Możemy co osiem lat wyrzucać z Sejmu wszystkich posłów. Liderów partii, partyjne aparaty, lobbystów i ludzi piszących posłom ustawy zostawimy jednak na miejscach. I właśnie to ma być wielka odnowa polskiej polityki.

Niedziela, godzina 20.00, więc tradycyjnie czas na #kazaniepolityczne. Tym razem o pomyśle dwukadencyjności parlamentarzystów, który brzmi demokratycznie, sprawiedliwie i świeżo. Ma tylko jedną wadę: jeszcze bardziej obniży jakość Sejmu i jeszcze mocniej uzależni posłów od partyjnych wodzów.
W źle zarządzanej korporacji nie naprawia się firmy, wyrzucając co osiem lat wszystkich pracowników i pozostawiając ten sam zarząd. Zapraszam do czytania, komentowania i podawania dalej.
#kazaniepolityczne nr 45

SEJM JEDNORAZOWEGO UŻYTKU

Polska polityka coraz bardziej przypomina źle zarządzaną korporację. Taką, w której nikt już dokładnie nie wie, jaki produkt ma powstać, ale wszyscy doskonale wiedzą, kto komu podlega, komu nie wolno się sprzeciwić i czyje nazwisko należy obowiązkowo wymienić podczas prezentacji wyników.

Każda duża organizacja przypomina piramidę. Jeżeli umiejętności, inteligencję, ambicję i sprawność ludzi potraktujemy umownie w skali od jednego do dziesięciu, to prezes będący „dziesiątką” może otoczyć się dziewiątkami, ósemkami, a czasami nawet innymi dziesiątkami. Wszystko zależy od tego, czy chce zbudować wielką organizację, czy jedynie zachować wielki gabinet.

Szef pewny siebie szuka ludzi lepszych od siebie. Szef słaby szuka słabszych, bo przede wszystkim chce pozostać szefem. Nie wybierze człowieka, który może go przerosnąć, zakwestionować jego decyzję albo – nie daj Boże – pewnego dnia zająć jego miejsce. Wybierze kogoś wystarczająco sprawnego, aby wykonywał polecenia, ale niewystarczająco silnego, aby stał się konkurencją.

Kiedy taka „siódemka” zacznie dobierać sobie kolejny szczebel zarządzania, znajdzie „szóstki” i „piątki”. One zatrudnią „czwórki”, przy których same będą wyglądały kompetentnie. Po kilku takich rundach cała organizacja wypełnia się ludźmi świetnie znającymi firmowy język, prawidłowo kiwającymi głowami podczas narad i znakomicie wyczuwającymi, z której strony wieje wiatr. Tylko coraz mniej z nich wie, czym właściwie zajmuje się firma.

Najlepsze organizacje próbują ten mechanizm przełamywać. Polskie partie doprowadziły go do perfekcji.
Tydzień temu pisałem o rządzeniu Polską z tylnego siedzenia. O Donaldzie Tusku, Jarosławie Kaczyńskim i Karolu Nawrockim, ale przede wszystkim o modelu politycznej władzy, w którym najlepiej rządzić za pośrednictwem innych, odpowiedzialność przekazywać podwładnym, a samemu zachowywać kontrolę nad partią, nominacjami i pieniędzmi.

Jak to się stało, że duże partie polityczne przestały być wspólnotami ludzi posiadających własne poglądy i ambicje, a stały się dworami zbudowanymi wokół jednego człowieka? Dlaczego lider może przegrać wybory, stracić władzę, pomylić się w sprawie kandydata, strategii i programu, a mimo to pozostaje niewymienny?

Odpowiedź jest dość prosta: wcześniej usunął wszystkich, którzy mogliby go wymienić.

W latach dziewięćdziesiątych polska polityka, ze wszystkimi swoimi patologiami, bałaganem i układami, miała ludzi naprawdę dużego formatu. Możemy nie zgadzać się z Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem, Tadeuszem Mazowieckim, Lechem Kaczyńskim, Jerzym Buzkiem, Aleksandrem Kwaśniewskim czy Leszkiem Millerem. Nie zmienia to faktu, że byli to politycy samodzielni, posiadający wiedzę, własne poglądy i zaplecze. Potrafili rozmawiać z liderami swoich formacji jak partnerzy, a nie jak pracownicy czekający na przedłużenie umowy.

Tamto pokolenie uchwaliło konstytucję, wprowadziło Polskę do NATO i Unii Europejskiej oraz stworzyło fundamenty rozwoju, z którego korzystamy do dziś. Można dyskutować, czy wszystko zrobiło dobrze. Trudno jednak twierdzić, że nie potrafiło podejmować decyzji o historycznej skali.

Dzisiaj politycy potrafią przez kilka miesięcy dyskutować o tym, kto powinien pierwszy zadzwonić, kto ma zwołać spotkanie, komu należy przypisać sukces i kto bardziej kogo upokorzył. To również jest pewna specjalizacja, ale raczej nie taka, której oczekiwaliśmy po ponad trzech dekadach demokracji.

Jednym z instytucjonalnych momentów degradacji parlamentu była likwidacja listy krajowej w 2001 roku. Dla młodszych czytelników: większość posłów wybierano w okręgach, ale 69 mandatów rozdzielano pomiędzy ugrupowania na poziomie całego kraju. Partie mogły dzięki temu wprowadzać do Sejmu ludzi, którzy niekoniecznie potrafili objechać pięć powiatów, uścisnąć tysiąc dłoni i zatańczyć na dożynkach, ale znali się na prawie, gospodarce, dyplomacji albo administracji.
Oczywiście lista krajowa służyła również do nagradzania znajomych. Nie była Akademią Platońską, do której trafiali wyłącznie najmądrzejsi obywatele Rzeczypospolitej. Mogła wprowadzić do Sejmu wybitnego profesora, ale również człowieka, który po prostu znał właściwego prezesa.

Zamiast zapewnić przejrzystość tego mechanizmu i zwiększyć wpływ wyborców, najłatwiej było go zlikwidować. Populistycznie brzmiało to znakomicie: koniec z wprowadzaniem polityków tylnymi drzwiami, wszyscy mają stanąć przed narodem.

Tyle że wyborca nie zawsze szuka najlepszego konstytucjonalisty. Częściej głosuje na człowieka, którego zna z telewizji albo który potrafi przez trzydzieści sekund powiedzieć coś wystarczająco głupiego, aby później przez trzy dni pokazywały go wszystkie stacje.
Zniknęła jedna ze ścieżek wprowadzania do parlamentu ludzi merytorycznych, ale mało wiecowych. Przyszli ludzie lepsi w zbieraniu głosów, co niekoniecznie oznacza, że przyszli ludzie lepsi w stanowieniu prawa.

Później rozpoczęło się systematyczne czyszczenie partii z konkurencji. Donald Tusk robił to konsekwentnie i niezwykle skutecznie. Andrzej Olechowski i Maciej Płażyński współtworzyli Platformę Obywatelską, ale ostatecznie została ona partią jednego z trzech tenorów. Jarosław Kaczyński robił dokładnie to samo, zwykle tylko mniej subtelnie. W PiS można być ważnym politykiem, dopóki nikt nie zacznie sobie wyobrażać partii bez prezesa.

Obaj stworzyli formacje, w których można przegrać wybory, ale nie można przegrać przywództwa. W normalnie funkcjonującej partii porażka prowadzi do zmiany lidera albo przynajmniej do prawdziwej rywalizacji. W Polsce lider po porażce zbiera zarząd, który sam wcześniej wybrał, uzyskuje od niego jednogłośne poparcie i rusza ratować partię przed skutkami własnej strategii.

Nie zastanawiało Państwa, dlaczego tak się dzieje?

Bo prezes nie ma już z kim przegrać. Najpierw usunął „dziesiątki”, potem „dziewiątki”, a następnie pilnował, żeby żadna „ósemka” zbyt szybko nie rosła. W końcu został otoczony ludźmi, których najważniejszą kompetencją jest publiczne wyjaśnianie, że prezes ponownie miał rację, tylko społeczeństwo jeszcze do niej nie dorosło.

Bronisław Komorowski był jednym z symboli tej epoki. Miał doświadczenie i własny życiorys, a kandydaturę zdobył w partyjnych prawyborach. Trudno jednak nie zauważyć różnicy formatu pomiędzy nim a Wałęsą, Kwaśniewskim czy Lechem Kaczyńskim. Był wystarczająco poważny, aby wygrać wybory, ale nie na tyle silny, aby przejąć partię i stworzyć konkurencyjny ośrodek władzy. Idealny człowiek na szczebel niżej w partyjnej korporacji.

Następców przedstawiać nie muszę, bo jednak jest niedziela i nie ma potrzeby psuć Państwu całego wieczoru.

Tak powstał system selekcji negatywnej. Aby wejść do polityki, trzeba być rozpoznawalnym. Aby zostać, trzeba być lojalnym. Aby awansować, nie wolno stać się zbyt samodzielnym. A żeby zostać liderem, trzeba cierpliwie czekać, aż dotychczasowy wódz dobrowolnie odejdzie, czyli w praktyce można od razu poszukać sobie innego zajęcia.

I teraz do tej źle zarządzanej korporacji chcemy wprowadzić kolejny genialny mechanizm: dwukadencyjność.

W samorządach miała ona „odbetonować” władzę. Po dwóch pięcioletnich kadencjach wójt, burmistrz lub prezydent miasta nie może ponownie kandydować na tę funkcję w tej samej gminie. Dziesięć lat i do widzenia. Nieważne, czy był dobry, czy zły i czy mieszkańcy chcą wybrać go ponownie. Państwo wie lepiej, kiedy wyborcy powinni przestać ufać człowiekowi, któremu nadal chcą ufać.
Rozumiem argumenty zwolenników tego rozwiązania. Wieloletni włodarz buduje sieć zależności, kontroluje urząd, spółki i lokalne instytucje. Bywają samorządy zamienione w prywatne księstwa, w których wybory przypominają okresowe potwierdzanie panowania.

Tyle że odpowiedzią powinny być silniejsze rady, jawność finansów, skuteczne organy kontrolne i realna możliwość odwołania włodarza. My zamiast naprawić system, ustawiliśmy zegarek. Po dziesięciu latach zadzwoni i uznamy, że problem sam zniknął.

Co ma zrobić człowiek, który przez dekadę zarządzał miastem albo gminą? Załóżmy, że wcześniej był informatykiem, inżynierem, lekarzem lub menedżerem. Przez dziesięć lat jego branża poszła naprzód, kontakty zawodowe zniknęły, a kompetencje zostały podporządkowane administracji publicznej. Państwo mówi mu później: był pan wystarczająco dobry, aby zarządzać setkami milionów złotych i tysiącami pracowników, ale teraz proszę sobie czegoś poszukać.

Kto posiadający dobrą pozycję zawodową zdecyduje się na taką ścieżkę? Kto porzuci firmę albo zawód, wiedząc, że po dziesięciu latach zostanie z doświadczeniem, którego państwo nie potrafi wykorzystać?

W 2029 roku zakaz ponownego kandydowania może objąć ponad półtora tysiąca obecnych włodarzy. Część z nich zapewne zasłużyła na polityczną emeryturę, ale będą wśród nich również sprawni menedżerowie posiadający wiedzę i społeczne zaufanie. Co mamy zamiar z nimi zrobić?

Odpowiedź brzmi: nic. Jak zwykle przemyśleliśmy hasło, a nie cały mechanizm.

Najbardziej przewidujący włodarze przygotują następców. Wskażą zastępcę albo lojalnego współpracownika. Oficjalnie odejdą, lecz pozostawią ludzi, kontakty i wpływy. Powstaną lokalne modele putinowsko-miedwiediewowskie, w których człowiek na przednim siedzeniu będzie się zmieniał, ale instrukcje nadal będą przychodziły z tyłu.

Dwukadencyjność może więc nie zlikwidować lokalnych księstw. Może jedynie usunąć z nazwiska księcia, pozostawiając jego dwór.

Skoro jednak dwukadencyjność jest tak wspaniała dla samorządowców, PSL po przegranym głosowaniu nad jej zniesieniem postanowiło zaproponować ograniczenie kadencji posłów i senatorów. Jak równość, to równość. Jeżeli sąsiadowi zdechła krowa, sprawiedliwość zapanuje dopiero wtedy, gdy zdechnie również moja.
Brzmi efektownie, bo Polacy nie lubią zawodowych polityków. Najlepiej, żeby poseł przyszedł z ulicy, trochę popracował, a następnie wrócił do normalnego życia, wzbogacony o doświadczenie głosowania zgodnie z SMS-em przysłanym przez przewodniczącego klubu.

Pierwszą kadencję poświęci na poznawanie Sejmu. Pod jej koniec będzie już wiedział, jak czytać poprawki, czym różni się ustawa od uchwały i gdzie, mówiąc brutalnie, są sejmowe toalety. Na początku drugiej zrozumie, że za cztery lata kończy mu się kariera, więc zamiast myśleć o reformowaniu państwa, zacznie reformować własną przyszłość.

Jeden będzie szukał miejsca w spółce Skarbu Państwa, drugi w Parlamencie Europejskim, trzeci w samorządzie. Jeszcze inny zacznie uważnie słuchać lobbystów reprezentujących branże, które mogą później odwdzięczyć się za zrozumienie ich problemów. Poseł ostatniej kadencji przestanie zależeć od wyborców, ale zacznie zależeć od przyszłego pracodawcy.

Największym beneficjentem dwukadencyjności parlamentarzystów nie będzie obywatel. Będzie nim lider partii.
Co osiem lat dostanie nową grupę ludzi, którzy wszystko zawdzięczają miejscu przyznanemu na liście. Nie zdążą zbudować własnej pozycji, zaplecza ani kompetencji. Kiedy nauczą się parlamentu i zaczną być samodzielni, prawo nakaże im odejść.

Lider pozostanie. Aparat partyjny pozostanie. Lobbyści i urzędnicy piszący projekty ustaw pozostaną. Wymieniani będą tylko posłowie, czyli jedyni ludzie w tym układzie, których przynajmniej teoretycznie wybieramy.

W źle zarządzanej korporacji prezes zostaje więc dożywotnio, dyrektorzy pochodzą z jego nominacji, a co osiem lat zwalnia się specjalistów, ponieważ doświadczenie mogłoby ich zdemoralizować. Nowi przychodzą pełni entuzjazmu i pytają starszych pracowników, co mają robić, po czym odkrywają, że starszych pracowników już nie ma. Zostali tylko prezes, sekretariat i zewnętrzni konsultanci.

Na szczęście propozycja PSL zapewne nie zostanie zrealizowana, ponieważ liderzy musieliby ograniczyć również własne kariery. Możemy więc liczyć na ich instynkt samozachowawczy. To chyba jedyny instynkt, który w polskiej polityce działa bez zarzutu.

Sama propozycja pokazuje jednak, jak łatwo w imię schlebiania najprostszym oczekiwaniom jesteśmy gotowi dalej psuć państwo. Zamiast zapytać, jak podnieść jakość parlamentu, chcemy skrócić okres przydatności posła. Zamiast zastanowić się, jak przyciągać do polityki najlepszych, chcemy zagwarantować, że żaden z nich nie pozostanie w niej zbyt długo.
Polska potrzebuje w Sejmie „dziesiątek”, „dziewiątek” i „ósemek”: prawników, ekonomistów, lekarzy, inżynierów, samorządowców oraz ludzi posiadających wiedzę większą niż ta dostarczona rano w partyjnym przekazie dnia.

Być może warto wrócić do idei listy krajowej, choć nie w jej dawnej, całkowicie partyjnej postaci. Można stworzyć przejrzystą listę ogólnopolską, na której kandydaci byliby znani przed wyborami, przedstawialiby swoje kompetencje, a wyborcy wskazywaliby konkretne osoby. Można wprowadzić rzeczywiste wybory wewnętrzne w partiach i stworzyć ścieżkę do parlamentu dla ludzi, którzy potrafią napisać ustawę, nawet jeśli nie potrafią zatańczyć podczas partyjnej konwencji.
Najpierw trzeba jednak uznać, że jakość polityków ma znaczenie, doświadczenie nie jest chorobą, a poseł, który po dwóch kadencjach nauczył się swojej pracy, nie powinien być automatycznie wyrzucany tylko dlatego, że ktoś wymyślił dobrze brzmiące hasło.

Możemy oczywiście stworzyć Sejm jednorazowego użytku. Dwukadencyjność nie naprawi polskiej polityki. Wzmocni liderów, osłabi parlament i przyspieszy selekcję negatywną, która trwa już od ponad dwóch dekad.

Możemy zbudować państwo z samych jedynek. Tylko nie oczekujmy później, że będzie to państwo na dziesiątkę.

Link do X:
https://x.com/MariuszGierej/status/2114427515905442147?s=20

Autor: Mariusz Gierej
Dziennikarz, publicysta i rzecznik prasowy. Autor licznych komentarzy i analiz dotyczących polityki, gospodarki oraz życia publicznego. Prowadzi blog na portalu mpolska24.pl, gdzie publikuje wywiady i autorskie teksty publicystyczne.