Jak można się było dowiedzieć z ust przedstawicieli władzy ustawodawczej, w naszej przestrzeni publicznej pojawił się statek bezgłowy. Leciał bardzo nisko, co samo w sobie rodzi pytania o jego samoświadomość aerodynamiczną — ale przede wszystkim utrudniało jego namierzenie przez fotoradary, które, jak wiadomo, są zaprogramowane głównie na wykrywanie pojazdów z głową.

Niektórzy twierdzili, że to symbol nowej polityki transportowej, inni — że statek po prostu zgubił ster. W każdym razie jego kurs przecinał szlaki komunikacyjne, które od dawna nadają się już tylko do transportu… frustracji obywatelskiej.

Prawdziwe mistrzostwo absurdu osiągnęły jednak komentarze dotyczące dronów:
„Ten dron pojawił się w przestrzeni publicznej na bardzo niskiej wysokości. Stąd też ciężko było go wychwycić na tych wszystkich fotoradarach.”

Trudno nie docenić logiki — jeśli dron jest za nisko, żeby go zauważyć, to problem właściwie nie istnieje.

Telekomunikacja publiczna, co samo brzmi „nadziejąco”, również – niestety – kompletnie nie nadaje się do transportu dronów ani ich monitorowania. Próby przesłania sygnału kończyły się sukcesem — ale tylko w zakresie przesłania dezorientacji.

W międzyczasie Ministerstwo ds. Rzeczy Niepojętych z dumą ogłosiło prace nad rządowym wynalazkiem: nowym systemem lokalizacji obiektów, które jeszcze nie istnieją, ale już są komentowane w mediach. „Gdziekolwiek 2.0” ma umożliwić śledzenie wydarzeń, które już się dzieją… w dyskusjach na Facebooku.

Do składu doradców dołączyła też Agencja Do Spraw Pilnowania Rzeczy, Których Nie Ma, której rzecznik tłumaczy:
„Jeśli nie dajemy rady namierzyć drona, który istnieje – tym lepiej namierzymy te, które nigdy nie istniały.”

Brzmi absurdalnie? Może i tak – ale jeszcze lepiej brzmi, gdy drugiego dnia omawia się to na konferencji prasowej, jakby to był raport o bezpieczeństwie narodowym.

W ten klimat wpisuje się również inne oświadczenie:
„Nasz system antydronowy wykrywa cele już od 100 metrów i potrafi je zneutralizować kinetycznie.”

Komu to potrzebne? Nawet dron, co leciał najniżej, się zachwiał. Nawet ten, co leci tak nisko, ze nie jest wychwytywany przez fotoradary.

Jak zatem mamy się czuć bezpiecznie u siebie i vice versa? Jeśli statek bezgłowy dryfuje nad głowami, drony znikają przy najniższych pułapach, a telekomunikacja publiczna nie jest już telekomunikacją, tylko… holem pomiędzy absurdami — to zostaje tylko intuicja zbiorowa, działająca w pełnym braku danych.

I wiecie co? Ministerstwo zapowiedziało także nowy projekt drogowy:
„Drogi, Które Same Się Kończą” – bo, jak wyjaśnił jeden z urzędników: „Będą kończyć się tam, gdzie zaczyna się problem.”

A bezpieczeństwo? Kiedyś to był stan wolny od zagrożeń. Teraz to tylko poczucie, że coś kiedyś było bezpieczne… tylko już nie pamiętamy co. I … vice versa.

Prawda?

Więcej na stronie autorskiej: Wislon.tv/zg