Flota USA ma problemy z zapewniem ciągłości obecności lotniskowców na Pacyfiku (czytaj tu).

Tak wygląda w praktyce gasnąca potęga Ameryki. Zarazem – obecne elity rządzące są przekonane, że stać je na utrzymanie globalnego status-quo, gdyż przecież wyrażają niezbitą rację moralną i stoją po właściwej stronie historii.

Jeśli nie nastąpi opamiętanie, to dojdzie w końcu do przetestowania realnych możliwości Ameryki, gdyż pretendenci – choćby regionalni – będą w coraz mniejszym stopniu skłonni do akceptowania widocznego blefu ze strony słabnącego giganta.

Tymczasem wybory w USA są wyborami między optymistyczną wizją przyszłości a uznaniem realności narastających problemów.

Powtarzam – to nie są wybory, w których między pretendentami toczy się jakakolwiek poważna dyskusja na tematy programowe. W tych wyborach osią sporu jest ogólna wizja przyszłości, w której obóz liberalno-lewicowy opowiada się za kontynuacją obecnego modelu i jest przekonany, że wszelkie problemy są tymczasowe i zasadniczo mało istotne, że są właściwie „techniczne”, podczas gdy obóz republikański domaga się zmiany obecnego modelu rozwojowego i twierdzi, że problemy Ameryki są strukturalne i nie są możliwe do rozwiązania w ramach kursu proponowanego przez Demokratów.

Jednym słowem – istotą tych wyborów jest spór optymistów z pesymistami w zakresie oceny sytuacji bieżącej. On w ogóle nie wchodzi w rejestry rozwiązań. W szczególności sztab Kamali Harris zadowala się zupełnymi ogólnikami, szerokim uśmiechem kandydatki, która zapewnia, że wszystko będzie dobrze a nawet lepiej niż dobrze. Sztab Trumpa próbuje czasem podnosić kwestie konkretne, ale druga strona kwituje jest prosto: „to absurd” i tyle.

Widać tu przede wszystkim rosnącą rolę wielkich miast, których mieszkańcy żyją w świecie tak mocno zglobalizowanym, że lokalne problemy prowincji ich mało dotyczą. Mają kompletnie w dupie „bidoków z zadupia” – bardziej utożsamiają się z „globalnymi ofiarami”: głodującymi w Afryce, Palestyńczykami, Tybetańczykami. To w ich problemy jest wykierowana ich empatia a nie w problemy „rednecków z Hillbilly”.

Wielkie miasta – pomimo swojego zróżnicowania, są jednak na swój sposób światopoglądowo jednorodne. Są to wielomilionowe populacje, w których dominuje raptem kilka „wielkich opowieści”: ocieplenie klimatu, prawa zwierząt, dyskryminacja seksualna i rasowa, nędza globalnego południa. To dlatego stosunkowo łatwo można sobie te populacje zjednywać – Demokratom wystarcza poprzestawać na ogólnikach, które dobrze wpisują się w te wielkie narracje.

Tymczasem prowincja jest bardziej zróżnicowana. Każde miejsce ma swoje własne problemy lokalne a obraz całości jest zamglony. Jedyną wielką narracją jest narracja religijna, co stanowi czynnik spajający, lecz zarazem najbardziej dzielący wobec sekularnego światopoglądu wielkomiejskiego. Utrudnia to prawicy prowadzenie spójnej kampanii wyborczej. W jednych rejonach masowa imigracja jest problemem, ale w innych już nie. W jednych rejonach problemu globalnego ocieplenia nie widać, a w innych widać. W jednych miejscowościach przemysł zniknął, ale w innych się pojawił. Spadła cena zboża, ale wzrosła cena mięsa…

To właśnie tutaj należy widzieć główną przyczynę trudności wyborczych Donalda Trumpa. Jego hasło „Uczyńmy Amerykę Wielką Znów” odwołuje się do polityki ogólnokrajowej, ale wymaga przełożenia na tysiące sytuacji lokalnych, gdzie rezyduje jego baza wyborcza. Demokratów, których bazą wyborczą są wielkie miasta, ten problem dotyczy w dużo mniejszym stopniu, gdyż baza ta jest mocno skoncentrowana.

  1. Ten problem dotyczy dziś właściwie całej prawicy na Zachodzie i jest to problem szalenie trudny do przezwyciężenia. Jeśli prawica nie znajdzie sposobu na wielkie miasta, to będzie jej coraz trudniej wygrywać wybory.