Michał wił się w błocie nad potokiem. Pragnienie paliło gardło żrącym ogniem. Krew – sączyła się spod bandaży na biodrze, wsiąkając w ziemię.
Dwa dni. Dwa dni od masakry pod Łopienką. W uszach wciąż huczały krzyki towarzyszy, terkot kaemów.

UPA wyszła z lasu jak wilki. Wytłukli wszystkich. On, ranny, brudny, czołgał się nocami, byle dalej.

Siły opuściły go. Zemdlał z bólu i pragnienia.

Ostre szarpnięcie.
– Ej! Dusisz się, czy żyjesz?! – Ciepły, kobiecy głos rozdarł ciszę.

Otworzył oczy. Świat wirował. Nad nim pochylała się postać: dziewczyna w wojskowej koszuli, z karabinem na plecach. Ale nie broń rzucała się w oczy. Tylko twarz. Była młoda i piękna.
– Jestem… Michał – wypluł z siebie, charkocząc.
– Tola. – Jej wzrok wpił się w bandaż. – Cholera! Mocno krwawisz?! Ruszamy. Teraz.
– Nie… nie mogę… Umrę… – jęknął.
– Tu umrzesz na pewno! – Zerwała go z ziemi jak worek. Michał krzyknął, gdy strzeliło w biodrze. Jej ramię pod pachą było twarde jak żelazo. Ciągnęła go naprzód, nie zważając na jęki.

Las był zielonym piekłem. Pokrzywy parzyły, korzenie plątały nogi. Michał zwalił się twarzą w wilgotną ziemię. Tola bez słowa, z nieludzką siłą, wciągnęła go z powrotem na nogi. Jej oddech był szybki, była spocona.
– Idź! – krzyknęła, gdy znów się zatoczył. Jej głos nie brzmiał już pogodnie.

Zmierzch zastał ich w obozie. Kilka szałasów, ledwo tlące się ognisko. W cieniu siedział mężczyzna w mundurze. Papieros żarzył się w jego ustach.
– Kapitanie! – Tola wskazała na Michała. – Ranny! Spod Łopienki! Michał Wierzbicki. Dziewiąty pluton.

Kapitan Kunicki powstał wolno. Jego wzrok przeszył Michała.
– To ty przeżyłeś? Cud.
– Czołgałem się… – Michał próbował stanąć na baczność. Nogi odmówiły posłuszeństwa. – Wszyscy… leżą… rozwaleni…
Kunicki popatrzył na krwawiące biodro, na zapadnięte oczy i drżące ręce.

Tola złapała Michała, gdy osuwał się na ziemię. Podano mu wodę. Łykał chciwie, krztusząc się. Sanitariusz rozcinał bandaż. Ból był tak ostry, że Michał gryzł własne wargi, aż poczuł smak krwi.

Noc była długa. Gorączka ściskała mu czaszkę. Koszmary: twarze zabitych, wycie kul. Czuł tylko jedno – obecność Toli.
Siedziała przy nim, zmieniając opatrunki. Jej palce, mimo wszystko, były bardzo delikatne.
Czasem mówiła o Baligrodzie. O domu. O matce, którą Ukraińcy zabili latem ’44. Jej głos był nitką, która trzymała go przy życiu.

Sypiali plecami do siebie w szałasie. Jej ciepło na plecach było jedynym pewnikiem w chaosie. Coś rosło w Michale.

Cisna. Dołżyca.
Kolejne bitwy.
Częste strzelaniny.
Trupy.

Rana zabliźniła się.

Wąwóz zamienił się w pułapkę. Kule świszczały jak szerszenie.
Nagle – przeraźliwy krzyk Toli.
Michał odwrócił się. Leżała w kałuży własnej krwi, twarz wykrzywiona bólem. Kula rozszarpała udo.

Coś w nim pękło. Zapomniał o kulach, o zasadach, o strachu. Rzucił się jak wściekły pies.
Podniósł ją, czując, jak jej krew ciepła spływa mu po rękach.
Pociski uderzały w ziemię wokół, jeden gwizdnoł przy uchu.
Nie czuł nic. Tylko potrzebę, by ją uratować.
Żeby tylko ona żyła.
Zasłonił ją własnym ciałem, ciągnąc w tył, po kamieniach i błocie.

Wieczorem, w obozie, przy blasku ognia, opatrywał jej ranę własnymi rękami. Sanitariusz nie żył.
– Dziękuję… – wyszeptała Tola, blada jak płótno, zęby zaciśnięte od bólu. – Mogłeś zginąć…
– Ty żyjesz – odpowiedział, mocując bandaż. Jego palce splamione były jej krwią.
Ona uniosła powieki. Jej oczy, pełne łez i bólu, wpiły się w niego.

Koniec wojny.
Rozkaz rozwiązania oddziału.

Osiedlili się pod Legnicą. Obcy w obcym miejscu.
Michał podjął pracę w nadleśnictwie – patrzył w drzewa, widząc bieszczadzkie jodły.
Tola w szkolnej bibliotece – gładziła okładki książek, myśląc o matczynych tomach spalonych w Baligrodzie.

Dzieci nigdy nie mieli. Rana Toli? Trauma? Przekleństwo czasu? Nie mówili o tym. Nigdy.

Tylko raz w roku wracali. W Bieszczady.
Do Doliny Łopienki.
Stali tam, na wietrze, i trzymali się za ręce.
Milczeli, słuchając, jak góry szepczą imiona zabitych.

Tola odeszła nagle. 1993. W nocy. We śnie.
Michał obudził się i znalazł jej zimne dłonie.
Siedem lat żył sam.

Gdy i jego czas nadszedł, miał jedną wolę:
Spocząć obok niej.

Autor: Jędruś Ciupaga