Ten felieton jest odpowiedzią na liczne komentarze i wątpliwości, które pojawiły się po moim wcześniejszym tekście o końcu Unii Europejskiej. Tamten artykuł odbił się szerokim echem,co pokazało, jak bardzo temat przyszłości Europy i suwerenności Polski porusza ludzi. W tym tekście wracam więc do sprawy – by pokazać, że Unia nie była jedyną możliwą drogą, że istniały i wciąż istnieją inne modele współpracy między narodami.
Europa ale też Polska nie musiała iść ku centralizacji, ku wspólnej walucie, ku brukselskim dekretom i dominacji niemieckiej biurokracji. To był wybór – polityczny, a nie dziejowy. Były inne ścieżki, równie nowoczesne, ale wolne od tego, co dziś dławi narody: od szantażu finansowego, od moralnej presji i od tej pozłacanej iluzji „wspólnoty”, w której rządzą silni, a słabi są zmuszani do pokory. Przypomnijmy.
Po wojnie Zachód szukał sposobu na odbudowę. Amerykanie mieli swój plan Marshalla, a w jego cieniu powstawały różne koncepcje współpracy gospodarczej. Jedna – ta francusko-niemiecka – zakładała budowę wspólnoty węgla i stali, potem wspólnego rynku, aż w końcu superpaństwa z flagą, hymnem i prezydentem. Ale druga – ta anglosaska – była zupełnie inna. Zakładała wolny handel, wymianę towarów, technologii, idei – bez biurokracji, bez przymusu, bez ingerencji w wewnętrzne sprawy państw.
W 1960 roku powstała EFTA, Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu. Dziś mało kto o nim pamięta, choć wtedy była to prawdziwa alternatywa dla Wspólnot Europejskich. Założyła ją Wielka Brytania razem z Norwegią, Szwecją, Austrią, Szwajcarią i Portugalią. Państwa, które chciały handlować, ale nie chciały tworzyć nowego imperium pod flagą Brukseli. To właśnie EFTA była wizją Europy wolnych narodów – współpracujących, ale nie podporządkowanych.
Dziś Norwegia i Szwajcaria, które nigdy nie weszły do Unii, mają jedne z najwyższych standardów życia na świecie. Nie mają euro, nie mają unijnej biurokracji, a mimo to mają pełny dostęp do rynków i umowy handlowe z całym światem. Bo można być częścią Zachodu, nie będąc kolonią Brukseli.
Podobną drogą poszła Ameryka. W 1994 roku Stany Zjednoczone, Kanada i Meksyk podpisały NAFTA – porozumienie o wolnym handlu, które później, za prezydentury Donalda Trumpa, przekształcono w nowocześniejszy układ USMCA.
Nie powstał żaden „parlament północnoamerykański”, nie wybrano wspólnego „komisarza od demokracji”, nie stworzono waluty ani centralnego banku. Państwa zachowały swoją suwerenność, swoją tożsamość, swoje prawa. A handel kwitnie.
To jest właśnie ten model, którego w Europie zabrakło – współpraca bez dominacji, wolny rynek bez federalizacji, wspólne interesy bez wspólnej ideologii.
Można było iść tą drogą. Polska mogła stać się częścią szerokiego bloku wolnego handlu w ramach EFTA lub Trójmorza – mogła budować współpracę regionalną z Czechami, Słowacją, Węgrami i Rumunią, w oparciu o energię, transport, bezpieczeństwo i zdrowy rozsądek. Zamiast tego wybrała Brukselę – a Bruksela wybrała Berlin. Dziś płacimy za to cenę: wysokimi rachunkami, dyrektywami klimatycznymi, unijną cenzurą, wtrącaniem się w polskie sądy, lasy, a nawet w wychowanie naszych dzieci.
Bo Unia Europejska przestała być wspólnotą gospodarczą. Stała się ideologicznym projektem – europejskim imperium w budowie. I nie chodzi tu o Europę, tylko o władzę. O kontrolę nad przepływem energii, surowców, rolnictwa, a ostatecznie – nad ludźmi.
Alternatywy istniały i istnieją nadal. Współczesna Inicjatywa Trójmorza mogłaby być czymś więcej niż unijnym dodatkiem – mogłaby stać się nowoczesnym blokiem wolnych narodów, od Bałtyku po Adriatyk, wspieranym przez USA i Kanadę, ale niezależnym od Berlina i Paryża. Tymczasem Niemcy coraz głębiej ingerują w te struktury, próbując przejąć każdy instrument, który mógłby dać środkowej Europie samodzielność.
Europa mogła być wspólnotą równych państw, a stała się rynkiem podporządkowanym Niemcom i ich przemysłowi. To oni decydują, kto ma prąd, kto ma wiatraki, a kto ma siedzieć cicho. Ale historia się nie kończy. Świat po drugiej stronie Atlantyku pokazuje, że można inaczej – że można być bogatym, wolnym i niezależnym, nie będąc częścią unijnej wieży z betonu i przepisów.
I może właśnie w tym tkwi nadzieja: że pewnego dnia, zamiast mówić o „polexicie”, zaczniemy mówić o powrocie do normalności. Do współpracy między narodami, a nie nad narodami.
Do handlu między ludźmi, a nie dekretów między komisarzami.
Do Europy, która jest domem, a nie urzędem.
Bo Unia nie jest losem bez alternatywy do końca świata. To tylko wybór – a wybory można zmieniać.