Unia Europejska miała być antytezą imperium, a dostała jego karykaturę. W Brukseli coraz mniej znaczy prawo, coraz więcej – kaprys. Ursula von der Leyen rządzi jakby traktaty były broszurą reklamową, a współpracownicy – meblami do przestawiania.
W Brukseli wszystko jest dziś „europejskie”: wartości, fundusze, narracje. Tylko władza jakaś dziwnie feudalna. Na jej szczycie – Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, cesarzowa bez korony, za to z nieograniczoną wyobraźnią instytucjonalną. Gdy „Politico” ujawnia, że Kaja Kallas nazywa ją „dyktatorem”, nie mamy do czynienia z niegrzecznym epitetem. To precyzyjna diagnoza.
Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której szefowa unijnej dyplomacji zostaje zredukowana do roli dekoracyjnej paprotki? Von der Leyen – w akcie kreatywności godnym absolutysty – tworzy własne struktury polityki zagranicznej, dubluje kompetencje, omija stanowiska. Po co dyplomata, skoro można mieć gabinet? Po co procedura, skoro jest wola?
Oczywiście wszystko odbywa się w imię „sprawności”, „koordynacji” i innych słów-kluczy, które w Brukseli oznaczają jedno: ja decyduję. Traktaty? Są elastyczne. Zasady Komisji? Umowne. Kolegialność? Świetnie wygląda w prezentacjach PowerPoint.
A Kaja Kallas? No cóż, pochodzi z Estonii. A więc z tej części Unii, która ma raczej słuchać niż mówić, potakiwać niż kwestionować. W końcu prawdziwa Europa zaczyna się tam, gdzie mówi się po niemiecku i ma odpowiedni ciężar polityczny. Reszta to sympatyczny dodatek do mapy.
Ironia polega na tym, że ta sama Komisja, która z emfazą poucza państwa członkowskie o praworządności, sama traktuje reguły jak sugestie. Ursula von der Leyen stała się strażniczką zasad, które obowiązują wszystkich – z wyjątkiem jej samej. To nowa doktryna: rządy prawa, ale zarządzane centralnie.
Berlaymont coraz mniej przypomina instytucję wspólnotową, a coraz bardziej dwór, gdzie liczy się dostęp do ucha władczyni. Kto milczy – awansuje. Kto pyta – znika z radaru. Kto się sprzeciwia – dowiaduje się, że „nie ma kompetencji”. Magia biurokracji w najczystszej postaci.
Unia Europejska nie rozpadnie się z hukiem. Ona może po prostu skurczyć się moralnie – do rozmiarów ambicji jednej osoby. Ursula von der Leyen zapewne nazwie to „silnym przywództwem”. Historia zna jednak inne określenie: samowładztwo w aksamitnych rękawiczkach.
Zostaw komentarz