Byłem dziś na Mszy św. w kościele parafialnym, pw. Marii Magdaleny w Cieszynie. I pierwszy raz zwróciłem uwagę na posadzkę. Zrozumiałem wtedy, że fizycznie odzwierciedla ona – nazwijmy to kredytowo nieco – pobożność lokalsów. Solidna, granitowa, kilkusetletnia posadzka, ale jednak wydeptana w wielu miejscach. Z zagłębieniami włącznie.

I wtedy przypomniałem sobie moje lata młodzieńcze, gdy jeszcze nie byłem nastolatkiem. Wtedy też intrygowała mnie ta posadzka, która być może jest ona najprawdziwszym przejawem wiary. Ta wychodzona, wydeptana. Ale jest. Bo ludzie z różnych powodów przychodzą do kościoła.

Jak miałem kilka lat, tuż przed Pierwszą Komunią Świętą, liczyłem te kwadraciki posadzkowe namiętnie, mało zważając na lekcje duszpasterza. Starałem się odgadnąć, dlaczego jedne istotnie różnią się od innych, i co było tego przyczyną. Między 10:00 a 15:00 kościół był oświetlany spektakularnie przez Słońce. To ułatwiało obserwację. Wówczas było widać te wszystkie nierówności i wgłębienia.

Ta posadzka zawsze mnie intrygowała.

I gdy wchodzę do kościoła i mam się czuć jak w domu, bo takim drugim domem jest dla mnie kościół parafialny, choć strasznym grzesznikiem jestem, mój wzrok zawsze kieruje się na posadzkę, nie na obrazy na ścianach, witraże, czy nawet na ołtarz. Patrzę na te wychodzone „kafelki” i widzę w nich pewną ciągłość pokoleniową. Być może już zamykamy temat, jak miało to miejsce na Zachodzie, gdzie w ciągu dwóch dekad kościoły opustoszały. Ale pamięć o tym wydeptywaniu posadzki zostanie i być może kiedyś ożywi wiarę.

Ale nawet gdyby…

Ostatnio wiele razy dyskutowałem o przyszłości chrześcijaństwa w Europie. Niestety dominuje myślenie polityczne, które wskazuje na ubytek wierzących. Tymczasem nie chodzi o liczby, ale o jakość. I bynajmniej nie jest to jakaś forma ekskluzywizmu, a tym bardziej sekciarstwa. Chrystus powiedział, że mamy być solą ziemi, nie ziemią. Mamy nieść Dobrą Nowinę. To wszystko, a tak wiele.

Lubię swój kościół parafialny. Czuję się w nim jak w domu. Jakbym przychodził do siebie. Nigdy nie czułem się tam samotnie klękając przed Najświętszym Sakramentem. Kilka razy nawet zasnąłem. Powierzając całe swoje trudne życie Chrystusowi.

I ta posadzka, która jest świadectwem bycia w tej świątyni milionów ludzi jak to się przeliczy na te 200-300 lat. To jest niesamowite. Jak tylko to się sobie uświadomi.

Od niedawna zacząłem rozumieć i odczuwać, jak ważny dla mnie jest kościół parafialny, nie pomijając przy tym kaplicę pod wezwaniem Świętej Rodziny u ss. Boromeuszek czy kościoła ojców franciszkanów przy ul. Szersznika. To jest mój dom, tam czuję się u siebie. Tam jest mi dobrze, nawet jeśli na zewnątrz jest mi źle. To są takie miejsca schronienia. Autentycznego takiego…

Fot. Wojciech Wendzel / UM wydział Promocji w Cieszynie