Do wojny na Ukrainie, konfliktu izraelsko-palestyńskiego, wojny w Libanie i paraliżu transportu morskiego na Morzu Czerwonym dołożył się właśnie eskalujący problem koreański i demonstracyjne manewry wojsk chińskich wokół Tajwanu.

Można powiedzieć, że siła złego na jednego – równoczesne wystąpienie napięcia w tych kilku punktach ma bardzo wyraźny skutek – w ostentacyjny sposób sygnalizuje światu ograniczenia przed jakimi stoją Amerykanie, których siła jest już niewystarczająca do powstrzymywania aspiracji regionalnych potęg.

Im bardziej zaś widać, że Amerykanie więcej blefują niż mają atutów w ręku, to tym bardziej widać kształtowanie się nieformalnego porozumienia między stronami zainteresowanymi rewizją obecnego ładu.

Co więcej – potęga USA osłabła na tyle, że Amerykanie nie są w stanie przekonać do współpracy kluczowych parterów: Turcji i Indii, którzy prowadzą politykę samodzielną i realizują wyłącznie własne interesy. Rozwój sytuacji na Bliskim Wschodzie pokazuje też, że Amerykanie nie są już w stanie kontrolować nawet Izraela. Premier Netanyahu prowadzi swoją wojnę wbrew interesom amerykańskim. Amerykanom w ogóle teraz nie zależy na wzroście napięcia na Bliskim Wschodzie, bo mają na głowie ważniejsze problemy gdzie indziej.

Taki rozwój sytuacji międzynarodowej wpływa na nastroje w USA. Co prawda w Ameryce sprawy międzynarodowe nigdy nie miały decydującego znaczenia dla wyniku wyborów, ale nie jest też tak, że Amerykanie nie widzą co się dzieje.

Po pierwsze, chcąc-nie-chcąc – amerykańska administracja wspiera Izrael, dosztarcza Żydom uzbrojenie i zapewnia pewne wsparcie na arenie międzynarodowej. Wywołuje to ogromną irytację tamtejszej lewicy a propalestyńskie protesty stały się normą na amerykańskich ulicach. Osłabia to pozycję Kamali Harris, gdyż nie mieści się w ramach szeroko rozumianej „postępowości”, podczas gdy to właśnie Kamala Harris występuje jako kandydatka strony progresywnej.

Po drugie, wzrost napięcia potwierdza diagnozy Donalda Trumpa, który od lat twierdzi, że amerykańska polityka międzynarodowa prowadzona w liberalno-lewicowym paradygmacie prowadzi kraj wprost do kolejnej wojny i domaga się zmiany tego paradygmatu.

Wreszcie po trzecie, coraz mocniej słychać w USA poważne głosy, że administracja Bidena robi stanowczo za mało, żeby zreformować amerykańskie siły zbrojne, wyjść ze spirali stale rosnących kosztów i odbudować potencjał przemysłu zbrojeniowego. Kamala Harris konsekwentnie milczy w tym temacie, co oczywiście sprawia wrażenie, że obóz Demokratyczny tematu nie zauważa lub problem bagatelizuje – co jedynie powiększa frustrację ekspertów. Mówiąc krótko – pomimo ogromnych wydatków na zbrojenia realny potencjał USA w wypadku konfliktu z głównym przeciwnikiem, czyli Chinami wygląda coraz bardziej blado.

Z tych trzech tematów jedynie pierwszy jest stale obecny w mediach amerykańskicj, pozostałe dwa mają charakter zbyt specjalistyczny, żeby się wybijać na czołówki, co jednak nie oznacza, że ich w ogóle nie ma. To właśnie z tego powodu słychać coraz głośniejsze lamenty Anny Appelbaum, która w snuje coraz czarniejsze wizje konsekwencji ewentualnej wygranej Trumpa nie rozumiejąc w ogóle, że właściwie punktuje wszystkie błędy obecnej administracji, która nie stanęła na wysokości zadania i doprowadziła do kryzysu.

Tymczasem Trumpowi udało się zmniejszych dystans do Kamali Harris a niektórzy analitycy sygnalizują, że ma już większość w kolegium elektorskim, co spowodowało ostrą reakcję demokratycznego kandydata na wiceprezydenta Tima Waltza, który stwierdził niedawno, że kolegium elektorskie należałoby właściwie zlikwidować, gdyż jego istnienie zaprzecza demokratyczności wyborów. Takie głosy padają ze strony obozu demokratycznego zawsze, kiedy wynik wyborów jest dla nich niepewny.

Jeszcze miesiąc temu wydawało się, że pozycja Donalda Trumpa spadła na tyle, że nie ma szans na zwycięstwo – sam wypowiadałem się w podobnym tonie. Dziś jednak muszę przyznać, że się pospieszyłem. Wynik wyborów w USA wcale nie jest jeszcze przesądzony i wszystko może się jeszcze zdarzyć.