Dlaczego musimy odrzucić teologię „zaciśniętych zębów”
O kapłaństwie, które nie powinno wymagać rezygnacji z człowieczeństwa; o karierze i służbie, o wolności sumienia, ludzkiej kruchości oraz o tym, czego możemy nauczyć się z dziedzictwa Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego.
- Nie piszę z zewnątrz. Znam ten świat od środka
Nie zabieram głosu jako ktoś, kto zna życie kapłańskie wyłącznie z książek, prasowych doniesień albo opowieści ludzi rozczarowanych Kościołem. Piszę jako człowiek, który przeszedł formację seminaryjną, ukończył seminarium duchowne w Tarnowie, pracował w diecezji tarnowskiej i w Polskiej Misji Katolickiej we Francji. Znam od środka język kościelnych instytucji, ich duchowe aspiracje, codzienność duszpasterską, ale również napięcia, przemilczenia i mechanizmy, które potrafią zranić człowieka.
Moje doświadczenie nie jest uniwersalną miarą życia każdego księdza. Nie chcę wrzucać wszystkich duchownych do jednego worka. Spotkałem kapłanów dobrych, oddanych, mądrych i wrażliwych. Wiem, jak wiele dobra dokonuje się dzięki ich cichej, często niezauważanej pracy. Spotkałem jednak także sytuacje, w których człowiek pozostawał sam ze swoim cierpieniem, a jego prośba o pomoc spotykała się z niezrozumieniem, moralizowaniem lub próbą podporządkowania go cudzym oczekiwaniom.
Wiem, jak wygląda samotność, kiedy od człowieka oczekuje się, że będzie silny, choć nikt nie pyta czy ma jeszcze siłę. Wiem, jak trudno przyznać, że potrzebuje się pomocy, gdy przez lata uczono go, że kapłan powinien być przede wszystkim oparciem dla innych. Wiem też, że skorzystanie z terapii może być ważnym krokiem w odzyskiwaniu równowagi, a nie świadectwem porażki duchowej.
Dlatego nie potrafię przejść obojętnie obok słów, które mogą zostać odczytane jako wezwanie do zepchnięcia własnego cierpienia na dalszy plan, a nawet jako sugestia, że korzystanie z pomocy psychologicznej czy psychiatrycznej stoi w sprzeczności z kapłańską wiernością.
Moja droga prowadziła mnie również poza Kościół rzymskokatolicki, do posługi w Polskim Narodowym Kościele Katolickim. Nie oznacza to odrzucenia Chrystusa, Ewangelii czy kapłańskiego powołania. Przeciwnie: pozwoliło mi to spojrzeć na nie z innej perspektywy, z większą uwagą na wolność sumienia, godność człowieka i odpowiedzialność wspólnoty za tych, którzy ją tworzą.
Nie piszę po to, aby kogokolwiek upokorzyć. Piszę, ponieważ uważam, że o kapłaństwie trzeba rozmawiać uczciwie. Nie tylko o jego pięknie, ale również o jego cenie. Nie tylko o ofierze, lecz także o granicach ludzkiej wytrzymałości. Nie tylko o posłuszeństwie, ale też o odpowiedzialności tych, którym powierzono władzę.
- „List do młodego księdza” — troska o wierność i problem języka cierpienia
Punktem wyjścia tej refleksji jest „List do młodego księdza” ks. prof. Jerzego Szymika. To tekst, który można odczytywać jako głos człowieka zatroskanego o wierność kapłaństwu, o trwałość powołania i o niebezpieczeństwo sprowadzenia życia duchowego do wygody, indywidualnego dobrostanu czy kalkulacji zysków i strat.
Takiej troski nie należy lekceważyć. Kapłaństwo nie jest jedynie zawodem, który można wykonywać wyłącznie wtedy, gdy wszystkie warunki są sprzyjające. Nie jest także projektem samorealizacji, w którym własne pragnienia zawsze mają pierwszeństwo przed potrzebami innych. Powołanie wiąże się z odpowiedzialnością, wiernością, gotowością do służby i podejmowaniem trudnych decyzji.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy słuszna obrona ofiarności zostaje przeciwstawiona trosce o zdrowie psychiczne, korzystaniu z wiedzy naukowej albo uznaniu własnych ograniczeń.
W dyskusji wokół tekstu Szymika szczególnie ważne są sformułowania przywoływane w polemice, między innymi: „żadna terapia, żadna nauka, żaden work-life balance” oraz „Cierpienie jest dla Ciebie, miłość dla owiec”. Przed publikacją należy sprawdzić ich dokładne brzmienie i kontekst w oryginalnym tekście. Nie powinno się bowiem budować poważnej krytyki na cytacie wyrwanym z kontekstu.
Nawet jeśli autor chciał w ten sposób podkreślić, że kapłaństwo wymaga ofiarności, pozostaje pytanie o skutki takiego języka. Młody ksiądz, który zmaga się z depresją, wypaleniem, lękiem albo doświadczeniem przemocy, może usłyszeć w nim nie wezwanie do wierności, lecz nakaz milczenia. Może pomyśleć, że jego cierpienie jest sprawą drugorzędną, a prośba o pomoc świadczy o niedostatecznej wierze.
Czy rzeczywiście o to chodzi w Ewangelii?
Jezus wzywa do miłości, ale nie buduje jej na pogardzie wobec ludzkiej słabości. Nie traktuje człowieka jak narzędzia do realizacji religijnego projektu. Nie mówi, że cierpienie samo w sobie jest wartością, którą należy maksymalizować. Uczy, jak przez miłość przejść przez cierpienie, jak je nieść, jak pomagać innym i jak nie pozwolić, aby zło odebrało człowiekowi godność.
Wierność Chrystusowi nie wymaga rezygnacji z rozumu. Nie polega również na tym, by człowiek za wszelką cenę udowadniał swoją wytrzymałość.
Ofiarność jest cnotą. Gloryfikowanie cierpienia, którego można uniknąć lub które można skutecznie leczyć, nie jest cnotą.
- „Cierpienie jest dla Ciebie, miłość dla owiec” — czy kapłan ma prawo potrzebować miłości?
Kapłan jest powołany do służby. Ma być obecny przy chorych, towarzyszyć rodzinom w kryzysie, pocieszać pogrążonych w żałobie, słuchać ludzi zagubionych i szukać tych, którzy utracili nadzieję. W jego posłudze nie może zabraknąć gotowości do poświęcenia czasu, energii, a czasem również własnej wygody.
Ale czy z tego wynika, że jego własne cierpienie jest mniej ważne?
Czy ksiądz ma prawo powiedzieć, że jest zmęczony? Czy może przyznać, że nie radzi sobie z samotnością? Czy wolno mu szukać pomocy, gdy zaczyna tracić siły? Czy może oczekiwać przyjaźni, zwyczajnej ludzkiej życzliwości i relacji, w których nie musi stale pełnić funkcji duchownego?
Oczywiście, że może.
Kapłan nie przestaje być człowiekiem w chwili święceń. Nie zostaje pozbawiony potrzeby bliskości, odpoczynku, bezpieczeństwa i akceptacji. Nie staje się odporny na depresję, traumę, lęk czy skutki długotrwałego stresu. Sakrament święceń nie usuwa automatycznie psychicznych zranień ani nie zastępuje procesu dojrzewania emocjonalnego.
Co więcej, kapłan, który nie potrafi rozpoznać własnych potrzeb, może nieświadomie przenosić je na innych. Może wymagać od wiernych bezwarunkowego uznania, od współpracowników nieustannej dyspozycyjności, a od podwładnych takiego posłuszeństwa, które w rzeczywistości służy jego potrzebie kontroli.
Dlatego pytanie o dobro księdza nie jest pytaniem egoistycznym. Jest również pytaniem o dobro ludzi, którym ten ksiądz służy.
Człowiek chronicznie przemęczony, osamotniony i pozbawiony wsparcia nie staje się automatycznie bardziej święty. Może stać się bardziej drażliwy, zamknięty, impulsywny i podatny na błędy. Może utracić zdolność słuchania innych, a nawet zacząć ranić tych, którym powinien pomagać.
Miłość do owiec nie polega na tym, że pasterz ma obowiązek niszczyć samego siebie. Polega na odpowiedzialnej służbie, która uwzględnia zarówno potrzeby wspólnoty, jak i realne ludzkie możliwości.
Nie chodzi o kapłaństwo wygodne. Chodzi o kapłaństwo dojrzałe.
- Nie każda słabość jest brakiem wiary. O granicach ludzkiej wytrzymałości
W niektórych środowiskach kościelnych nadal można spotkać przekonanie, że człowiek głęboko wierzący powinien poradzić sobie z każdym kryzysem dzięki modlitwie, sakramentom i silnej woli. Gdy to nie wystarcza, pojawia się sugestia, że zabrakło mu zaufania Bogu, właściwego kierownictwa duchowego albo konsekwencji w realizowaniu powołania.
Taki sposób myślenia jest nie tylko uproszczony. Może być również niebezpieczny.
Depresja nie jest po prostu smutkiem, który można przezwyciężyć pobożną myślą. Zaburzenia lękowe nie są dowodem tchórzostwa. Trauma nie znika na mocy polecenia, by o niej zapomnieć. Kryzys psychiczny może wymagać specjalistycznej pomocy, podobnie jak choroba ciała może wymagać diagnozy i leczenia.
Modlitwa i życie sakramentalne mogą być ważnym źródłem nadziei, sensu i siły. Nie ma jednak powodu, by przeciwstawiać je psychoterapii lub psychiatrii. Właściwie rozumiana wiara nie każe ignorować wiedzy medycznej.
Jeżeli ktoś ma zapalenie płuc, nie dowodzi swojej wiary, rezygnując z pomocy lekarza. Podobnie ksiądz cierpiący na poważne zaburzenia psychiczne nie dowodzi wierności Chrystusowi, odmawiając sobie leczenia.
Pomoc specjalisty nie zastępuje Boga. Jest jedną z form odpowiedzialnego zatroszczenia się o życie, które człowiek otrzymał.
Trzeba również odróżnić cierpienie, którego nie możemy uniknąć, od cierpienia wywoływanego przez ludzką nieodpowiedzialność. Inaczej patrzymy na chorobę, a inaczej na upokorzenie zadawane przez przełożonego. Inaczej na żałobę, a inaczej na przemoc. Inaczej na trudną decyzję duszpasterską, a inaczej na system, który pozbawia człowieka wsparcia, a potem oskarża go o słabość.
Nie każde cierpienie jest krzyżem, który należy biernie przyjąć. Niektóre cierpienia są sygnałem, że trzeba postawić granicę, poprosić o pomoc, zmienić sposób działania albo przerwać sytuację, która niszczy człowieka.
Chrześcijaństwo nie jest religią kultu bezradności. Jest religią nadziei, która pozwala nazwać zło złem i szukać drogi wyjścia.
- Przemoc, upokorzenie i samotność w środowisku kapłańskim
Nie każda krzywda w Kościele ma charakter spektakularny. Czasem nie pozostawia widocznych śladów i nie trafia na pierwsze strony gazet. Może przybierać formę wielokrotnego poniżania, ośmieszania, manipulowania poczuciem winy, zastraszania lub wykorzystywania zależności służbowej.
Może polegać na tym, że młody kapłan nie ma prawa zgłosić wątpliwości, ponieważ zostanie uznany za nieposłusznego. Że jego problemy psychiczne są traktowane jak kompromitująca tajemnica. Że przełożony używa autorytetu religijnego, aby uniemożliwić krytykę własnych decyzji. Że człowiek, który próbuje opowiedzieć o krzywdzie, słyszy, iż powinien przebaczyć, zanim ktokolwiek w ogóle spróbuje go wysłuchać.
W takich warunkach duchowość może zostać wykorzystana jako narzędzie kontroli. Słowa o pokorze, posłuszeństwie, ofierze i krzyżu przestają pomagać w dojrzewaniu, a zaczynają służyć utrzymywaniu człowieka w sytuacji, która go rani.
Piszę o tym również z osobistej perspektywy. Doświadczyłem sytuacji, w których zabrakło mi odpowiedniego wsparcia i w których zachowania niektórych duchownych były dla mnie krzywdzące. Musiałem szukać sposobów, aby poradzić sobie z konsekwencjami tych doświadczeń, również korzystając z terapii.
Nie przedstawiam swojego doświadczenia jako dowodu na to, że wszyscy przełożeni zachowują się w podobny sposób. Nie chcę też przypisywać motywów konkretnym osobom bez wystarczających podstaw. Chcę jednak powiedzieć jasno: takie doświadczenia nie powinny być bagatelizowane tylko dlatego, że wydarzyły się w środowisku religijnym.
Niepokojące jest również to, że w moim pokoleniu seminaryjnym byli koledzy, którzy odebrali sobie życie. Nie wolno mi ani nikomu innemu bez odpowiednich dowodów przypisywać przyczyn ich śmierci konkretnym osobom czy instytucjom. Nie można jednak udawać, że takie tragedie nie powinny skłaniać środowisk kościelnych do poważnych pytań o samotność, dostępność pomocy, kulturę formacji i sposób reagowania na kryzysy.
Każda taka śmierć jest przede wszystkim osobistą tragedią człowieka i jego bliskich. Jest również powodem, aby nie traktować zdrowia psychicznego duchownych jako tematu drugorzędnego.
Kościół powinien być miejscem, w którym człowiek może powiedzieć: „Nie daję już rady”. I zamiast osądu otrzyma pomoc.
Nie wystarczy zapewniać, że Kościół jest rodziną. Trzeba jeszcze zapytać, czy sposób traktowania ludzi rzeczywiście przypomina rodzinę, w której można bezpiecznie przyznać się do słabości.
- Konfesjonał nie jest miejscem leczenia własnych kompleksów
Szczególnej odpowiedzialności wymaga posługa w konfesjonale. Spowiedź jest przestrzenią świętą, w której człowiek przychodzi z sumieniem, niepokojem, poczuciem winy, czasem z ogromnym wstydem. Spowiednik nie może traktować tej sytuacji jak okazji do demonstracji własnej władzy.
Znam relacje ludzi, którzy spotkali się w konfesjonale z chłodem, upokorzeniem, nadmiernym moralizowaniem albo próbą narzucenia im gotowych rozwiązań bez dostatecznego wysłuchania. Znam też świadectwa osób, które miały poczucie, że zamiast pomocy otrzymały dodatkowy ciężar.
Trzeba zachować tu ważną równowagę. Spowiednik nie jest uprawniony do udzielania rozgrzeszenia w oderwaniu od istoty sakramentu, od nauczania Kościoła i od wymaganych dyspozycji penitenta. Nie każda odmowa rozgrzeszenia jest nadużyciem. Czasami obowiązek duszpasterski wymaga jasnego nazwania zła, wyjaśnienia konsekwencji i wezwania do zmiany postępowania.
Jednak prawda nie usprawiedliwia pogardy. Wierność zasadom nie daje prawa do poniżania człowieka. Wymaganie nawrócenia nie oznacza, że można ignorować jego historię, stan psychiczny i realne możliwości.
Spowiednik powinien umieć odróżnić świadome odrzucenie dobra od sytuacji, w której człowiek zmaga się z lękiem, przymusem, traumą lub innymi trudnościami wymagającymi specjalistycznego wsparcia. Nie powinien udawać psychoterapeuty ani psychiatry. Powinien jednak wiedzieć, kiedy potrzebna jest pomoc specjalisty i nie zniechęcać do niej za pomocą religijnych argumentów.
Konfesjonał nie może być miejscem rozładowywania frustracji duchownego. Nie może być narzędziem wymuszania osobistej lojalności. Nie może stać się przestrzenią, w której penitent jest traktowany jak przeciwnik, którego trzeba pokonać.
Dobry spowiednik nie jest tym, który za wszelką cenę wywołuje silne emocje. Jest tym, który pomaga człowiekowi stanąć w prawdzie przed Bogiem i podjąć drogę nawrócenia bez odbierania mu godności.
Wymagająca prawda i współczucie nie są przeciwieństwami. W chrześcijaństwie powinny się wzajemnie dopełniać.
- Moralna wiarygodność przełożonych. Odpowiedzialność nie kończy się na stanowisku
Każda instytucja religijna potrzebuje autorytetu. Wspólnota nie może funkcjonować bez odpowiedzialności, zasad i ludzi, którym powierzono podejmowanie decyzji. Problem zaczyna się wówczas, gdy urząd zostaje pomylony z nietykalnością, a posłuszeństwo z obowiązkiem milczenia.
Przełożony kościelny nie jest zwolniony z odpowiedzialności tylko dlatego, że sprawuje funkcję duchowną. Im większa powierzona mu władza, tym większa odpowiedzialność za sposób jej wykonywania.
Autorytet nie powinien opierać się wyłącznie na tytule, święceniach czy miejscu w hierarchii. Powinien znajdować potwierdzenie w uczciwości, zdolności przyjmowania krytyki, szacunku dla podwładnych oraz gotowości do naprawienia krzywdy.
Nie można wymagać od młodego księdza bezwzględnej przejrzystości, a jednocześnie odmawiać jej sobie. Nie można wzywać do pokory, jeśli samemu nie umie się przyznać do błędu. Nie można nauczać odpowiedzialności moralnej, jeśli w sytuacji kryzysowej najważniejsza staje się ochrona reputacji instytucji.
Publiczne kontrowersje dotyczące osób sprawujących wysokie funkcje kościelne pokazują, jak ważne są przejrzyste procedury, rzetelne wyjaśnianie zarzutów i odpowiedzialność za podjęte decyzje. Każdą konkretną sprawę należy opisywać na podstawie wiarygodnych źródeł, z poszanowaniem faktów i prawa do uczciwej oceny.
Nie chodzi o to, by zastąpić bezkrytyczny szacunek nieuzasadnionym oskarżeniem. Chodzi o to, by odróżnić szacunek dla urzędu od zgody na każde zachowanie osoby, która ten urząd sprawuje.
Kościół nie traci autorytetu dlatego, że przyznaje się do błędów. Traci go wtedy, gdy błędy ukrywa, a ludzi, którzy o nich mówią, traktuje jak zagrożenie.
Przełożony, który naprawdę troszczy się o Kościół, nie powinien bać się uczciwego pytania. Powinien bać się sytuacji, w której ludzie przestają pytać, ponieważ nie wierzą już, że ktokolwiek ich wysłucha.
- Ks. prof. Jerzy Szymik — droga naukowa, publiczna pozycja i osobiste spotkanie
W tej dyskusji ważne jest także to, kto zabiera głos, z jakiego doświadczenia mówi i jaką pozycję zajmuje w życiu Kościoła. Nie po to, by z góry odrzucać jego słowa, ale po to, by właściwie rozumieć ich znaczenie.
Ks. prof. Jerzy Szymik jest teologiem, poetą i autorem licznych publikacji. Jego publiczny biogram opisuje wieloletnią pracę naukową, między innymi związaną z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim i Wydziałem Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Był członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, współpracował z prasą katolicką i przez lata uczestniczył w publicznej debacie o teologii, kulturze i Kościele.
Nie jest więc postacią, która pojawiła się w przestrzeni kościelnej bez wcześniejszej drogi. Jego pozycja jest rezultatem wieloletniej pracy, publikacji, działalności akademickiej, relacji zawodowych i uznania w określonych środowiskach kościelnych oraz naukowych.
To normalne, że człowiek rozwija się wśród ludzi, którzy go wspierają, zapraszają do współpracy, rekomendują jego pracę i otwierają przed nim nowe możliwości. Dotyczy to teologów, naukowców, duchownych i ludzi kultury. Tak funkcjonuje życie akademickie i instytucjonalne.
Sam znam ks. prof. Jerzego Szymika osobiście. Poznałem go dzięki bp. Wiktorowi Skworcowi, który przedstawił nam go w czasie, gdy byłem klerykiem w tarnowskim seminaryjum. Ks. Szymik był zapraszany do prowadzenia dni skupienia dla kleryków w seminarium duchownym w Tarnowie. Pamiętam zatem nie tylko jego nazwisko i publikacje, ale również kontekst, w którym pojawił się w mojej drodze formacyjnej.
To osobiste wspomnienie, a nie dowód na istnienie jakiegokolwiek ukrytego porozumienia. Sam fakt, że dwie osoby się znają, współpracują albo funkcjonują w tych samych środowiskach, nie uzasadnia insynuacji o nieformalnych układach.
Warto jednak stawiać pytania o środowiska, które kształtują publiczną debatę teologiczną. Kto zaprasza określonych autorów? Jakie idee są promowane? Które głosy uzyskują szeroki dostęp do kościelnych mediów? Czy w tej przestrzeni jest wystarczająco dużo miejsca na odmienne doświadczenia kapłańskie, na głosy osób zranionych oraz na krytyczną rozmowę o instytucji?
Są to pytania o mechanizmy wpływu, selekcję tematów i kulturę debaty. Można je badać na podstawie publicznie dostępnych informacji, nie przypisując konkretnym osobom ukrytych motywów bez dowodów.
Nie zamierzam podważać dorobku naukowego ks. Szymika tylko dlatego, że nie zgadzam się z pewnym sposobem mówienia o kapłańskim cierpieniu. Nie chcę również sprowadzać jego osoby do jednego tekstu. Dorobek teologa powinien być oceniany szerzej niż na podstawie pojedynczego artykułu.
Mam jednak prawo polemizować z jego argumentacją. A osobiste doświadczenie życia seminaryjnego i kapłańskiego daje mi podstawę, by pytać, jak takie słowa mogą zostać odebrane przez ludzi, którzy nie dysponują już wystarczającymi siłami, aby sprostać oczekiwaniom otoczenia.
Szacunek dla autora nie oznacza obowiązku przyjęcia każdej jego tezy. Także w Kościele trzeba umieć odróżnić autorytet intelektualny od nieomylności.
- Kapłaństwo: powołanie czy kariera? O pokusie kościelnego awansu
Jest jeszcze jeden problem, o którym warto mówić otwarcie. Wielu kapłanów — choć z pewnością nie wszyscy — funkcjonuje w świecie, w którym nominacje, stanowiska, tytuły i kolejne szczeble hierarchii mogą być postrzegane jako oznaki sukcesu. Z biegiem lat człowiek może zacząć patrzeć na własną drogę kapłańską przez pryzmat awansów, wyróżnień, wpływów i pozycji, którą udało mu się zdobyć.
Nie ma niczego niewłaściwego w tym, że kapłan otrzymuje nowe zadania, zostaje powołany do odpowiedzialniejszej funkcji albo jest doceniany za swoją pracę. Kościół potrzebuje kompetentnych ludzi, a powierzanie im odpowiedzialności samo w sobie nie jest problemem. Pytanie brzmi jednak: czy stanowisko jest dla kapłana narzędziem służby, czy staje się celem samym w sobie?
W publicznej rozmowie po nominacji biskupiej Wiesław Lechowicz, obecny biskup polowy, miał określić nominację biskupią jako wyróżnienie w swojej „karierze kapłańskiej”.
Nie jest to jednak powód, aby rezygnować z samego pytania. Przeciwnie — warto je postawić każdemu z nas, niezależnie od przynależności kościelnej i zajmowanego stanowiska.
Czy kapłaństwo można traktować jako karierę?
Jeśli przez karierę rozumiemy rozwój kompetencji, podejmowanie coraz większej odpowiedzialności i wierną służbę w nowych zadaniach, to można mówić o rozwoju drogi kapłańskiej. Jeśli jednak kariera oznacza wspinanie się po szczeblach hierarchii, zdobywanie coraz większego prestiżu i traktowanie kolejnych nominacji jako dowodów osobistej wyższości, wówczas wchodzimy na niebezpieczny grunt.
Papież Franciszek w homilii podczas święceń kapłańskich w 2021 roku mówił wprost, że kapłaństwo nie jest karierą, lecz służbą. Ostrzegał przed próżnością, pychą i przemianą pasterza w człowieka przypominającego przedsiębiorcę, który bardziej troszczy się o własną pozycję niż o ludzi powierzonych jego opiece. To ważne przypomnienie, ponieważ nie pochodzi od krytyka Kościoła z zewnątrz, ale od papieża zwracającego się bezpośrednio do przyszłych kapłanów.
Właśnie tutaj kryje się istota problemu. Jeżeli ksiądz zaczyna postrzegać siebie przede wszystkim jako człowieka sukcesu, może stopniowo zacząć oceniać innych według tego samego klucza. Będzie patrzył na parafię przez pryzmat prestiżu, na współbrata przez pryzmat jego stanowiska, a na własną przyszłość przez pryzmat kolejnych nominacji. W takim sposobie myślenia człowiek łatwo staje się środkiem do osiągnięcia celu.
Tymczasem Jezus nie powołał apostołów do rywalizacji o najważniejsze miejsca. Kiedy spierali się o to, który z nich jest największy, odwrócił ich uwagę od logiki dominacji i wskazał drogę służby. Chrześcijańska miara wielkości nie polega na tym, jak wysoko człowiek awansował, ale jak odpowiedzialnie wykorzystuje to, co zostało mu powierzone.
Dlatego nominacja biskupia powinna być rozumiana przede wszystkim jako przyjęcie większej odpowiedzialności, nie zaś jako nagroda za dotychczasową karierę. Biskup nie staje się bardziej wartościowym człowiekiem niż ksiądz, który pracuje w małej parafii, szpitalu, więzieniu czy wśród ludzi odrzuconych. Jego urząd oznacza inne zadania i większą odpowiedzialność, ale nie czyni go człowiekiem o większej godności.
Podobnie ksiądz proboszcz nie jest z definicji bardziej wartościowy niż wikariusz, a duchowny kierujący dużą instytucją nie jest automatycznie bardziej zasłużony niż kapłan, który przez całe życie wiernie służy niewielkiej wspólnocie.
Niebezpieczeństwo zaczyna się wtedy, gdy kościelna hierarchia przestaje być rozumiana jako porządek odpowiedzialności, a zaczyna funkcjonować jak drabina prestiżu.
Wówczas pojawia się pytanie, które powinno niepokoić każdego człowieka wierzącego: czy potrafimy jeszcze dostrzec wartość kapłana, który nie zrobił kariery?
Czy umiejmy uszanować księdza, który nie ma wpływowych przyjaciół, nie pełni eksponowanej funkcji i nie pojawia się w mediach? Czy widzimy jego pracę, gdy przez dziesiątki lat odwiedza chorych, odprawia pogrzeby, towarzyszy rodzinom i pozostaje wierny ludziom, których inni dawno przestali zauważać?
Jeżeli odpowiedź zależy od tytułu, stanowiska i miejsca w hierarchii, to musimy zapytać, czy przypadkiem nie pomyliliśmy Ewangelii z logiką świata.
- Czy kapłaństwo jednego Kościoła ma być powodem do wyższości nad innymi?
Z problemem kariery wiąże się jeszcze jeden niepokojący sposób myślenia: przekonanie, że kapłan należący do większej, bardziej wpływowej lub historycznie dominującej wspólnoty ma z samego tego faktu większą wartość niż duchowny należący do innego Kościoła.
Nie chcę twierdzić, że wszyscy księża rzymskokatoliccy tak myślą. Byłoby to niesprawiedliwe i nieprawdziwe. Spotykałem i znam duchownych rzymskokatolickich, którzy potrafią rozmawiać z szacunkiem, uznawać godność drugiego człowieka i prowadzić dialog bez potrzeby udowadniania własnej wyższości. Są jednak również takie postawy, w których przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego staje się podstawą do wyniosłego traktowania duchownych innych wspólnot.
Niekiedy można odnieść wrażenie, że kapłaństwo duchownego spoza Kościoła rzymskokatolickiego jest traktowane jako mniej wartościowe, mniej godne szacunku albo z góry podejrzane. Jakby wielkość instytucji, liczba wiernych czy siła jej historycznej pozycji automatycznie rozstrzygały o wartości konkretnego człowieka i jakości jego posługi.
Czy naprawdę tak powinno być?
Czy kapłan ma prawo patrzeć na drugiego duchownego z góry tylko dlatego, że ten drugi nie należy do jego Kościoła? Czy liczebność wspólnoty jest miarą godności człowieka? Czy tytuł, przynależność instytucjonalna albo miejsce w strukturze kościelnej dają prawo do lekceważenia drugiego?
Nie. Żaden tytuł nie zwalnia z obowiązku szacunku. Żaden urząd nie daje człowiekowi prawa do poniżania drugiego. A przekonanie o prawdziwości własnej tradycji religijnej nie musi prowadzić do pogardy wobec innych.
Trzeba przy tym zachować uczciwość teologiczną. Kościoły mają różne rozumienie sakramentów, sukcesji apostolskiej, urzędu biskupiego i kapłaństwa. Nie należy udawać, że wszystkie różnice są nieistotne ani że każda wspólnota formułuje identyczne twierdzenia o swojej tożsamości. Można prowadzić poważną dyskusję o tych kwestiach, odwołując się do konkretnych dokumentów, historii i argumentów teologicznych.
Czym innym jest jednak stwierdzenie, że dana wspólnota inaczej rozumie kapłaństwo, a czym innym traktowanie jej duchownych z wyniosłością. Czym innym jest obrona własnego nauczania, a czym innym upokarzanie człowieka, który wyznaje Chrystusa i pełni posługę w innej tradycji kościelnej.
Nawet gdy istnieją rzeczywiste różnice doktrynalne, nie usprawiedliwiają one braku kultury, pogardy ani odmowy podstawowego szacunku.
„Tylko my mamy depozyt wiary”?
W niektórych wypowiedziach można spotkać sposób myślenia, który sprowadza się do przekonania: to my jesteśmy największym Kościołem, to my posiadamy pełnię prawdy, więc inni powinni uznać naszą wyższość. Taki sposób argumentowania wymaga szczególnej ostrożności, ponieważ miesza poważne twierdzenia teologiczne z poczuciem instytucjonalnej dominacji.
Kościół rzymskokatolicki rzeczywiście naucza o szczególnej roli Kościoła Chrystusowego i o pełni środków zbawienia związanej z Kościołem katolickim. Nie oznacza to jednak, że można z tego wyprowadzać wniosek, iż inni chrześcijanie nie mają żadnego udziału w prawdzie, że ich życie duchowe jest bezwartościowe albo że należący do innych wspólnot duchowni zasługują na pogardę.
Sobór Watykański II w dekrecie Unitatis redintegratio uznaje, że poza widzialnymi granicami Kościoła katolickiego mogą istnieć liczne elementy uświęcenia i prawdy. To ważne rozróżnienie. Poważne przekonanie teologiczne nie powinno być przerabiane na argument służący poniżaniu innych chrześcijan.
Również sam fakt, że dana wspólnota jest większa liczebnie, nie dowodzi automatycznie większej świętości jej członków. Liczba wiernych jest faktem socjologicznym, a nie miarą osobistej wierności Chrystusowi. Historia pokazuje zresztą, że wielkie instytucje religijne mogą dokonywać wielkiego dobra, ale również muszą mierzyć się z ludzkimi błędami, nadużyciami i kryzysami.
Jeżeli więc ktoś powołuje się na „depozyt wiary”, powinien pamiętać, że jego strzeżenie oznacza przede wszystkim odpowiedzialność za prawdę, a nie prawo do wywyższania siebie. Depozyt wiary nie jest trofeum, które ma udowodnić przewagę jednej osoby nad drugą. Jest zobowiązaniem do wiernego przekazywania Ewangelii.
Można głęboko wierzyć w swoją tradycję i jednocześnie zachowywać pokorę. Można być przekonanym o słuszności własnych racji, a jednocześnie słuchać innych. Można przedstawiać różnice doktrynalne bez poniżania człowieka.
Prawda nie potrzebuje wyniosłości, aby pozostać prawdą. A kapłański autorytet nie powinien potrzebować pogardy, aby zostać zauważonym.
Szacunek nie oznacza rezygnacji z własnej tożsamości
Jako duchowny Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego nie oczekuję, że każdy ksiądz rzymskokatolicki zgodzi się ze wszystkimi twierdzeniami teologicznymi mojego Kościoła. Nie oczekuję również, że różnice historyczne i doktrynalne zostaną unieważnione przez uprzejmość.
Oczekuję jednak, że będziemy mogli rozmawiać jak ludzie, którzy rozumieją, iż przynależność kościelna nie zwalnia z podstawowych wymagań chrześcijańskiej miłości.
Nie trzeba zgadzać się ze mną we wszystkim, aby potraktować mnie z szacunkiem. Nie trzeba uznawać każdej mojej oceny teologicznej, aby wysłuchać mojego doświadczenia. Nie trzeba przyjmować moich wniosków, aby uznać, że kapłan należący do innej wspólnoty nie przestaje być człowiekiem.
Wyniosłość duchownego wobec innego duchownego mówi przede wszystkim coś o sposobie przeżywania własnego powołania. Jeżeli kapłan musi podkreślać, że jest ważniejszy, bardziej prawowity albo bardziej godny szacunku, warto zapytać, czy rzeczywiście czerpie swoją tożsamość z Chrystusa, czy raczej z pozycji, którą zajmuje w instytucji.
Chrystus nie budował autorytetu przez pogardę. Nie potrzebował poniżać innych, aby pokazać prawdę. Jego wielkość ujawniała się w służbie, wierności i gotowości do spotkania z człowiekiem.
Tego właśnie potrzeba dzisiaj w relacjach między Kościołami: nie udawania, że nie ma różnic, ale takiego dialogu, w którym różnice nie stają się pretekstem do poniżania.
- Pokolenie Z w seminarium. Sprawność cyfrowa nie zastąpi relacji
Młodzi ludzie wchodzą dziś w dorosłość w świecie pełnym sprzeczności. Są stale połączeni z innymi, a jednocześnie często doświadczają samotności. Potrafią sprawnie korzystać z technologii, ale nie zawsze mają doświadczenie długotrwałych, bezpiecznych relacji. Żyją w kulturze szybkiej komunikacji, porównywania się i nieustannej oceny.
Nie oznacza to, że całe pokolenie Z jest słabe, niedojrzałe czy niezdolne do ofiary. Takie uogólnienia byłyby niesprawiedliwe. Młodzi ludzie różnią się doświadczeniem, temperamentem, odpornością psychiczną i sposobem przeżywania wiary.
Warto jednak dostrzec, że formacja kapłańska nie może ograniczać się do przekazywania wiedzy teologicznej i egzekwowania dyscypliny. Musi również pomagać kandydatom do kapłaństwa w rozpoznawaniu własnych emocji, budowaniu zdrowych relacji, radzeniu sobie z konfliktem i przyjmowaniu informacji zwrotnej.
Nie wystarczy nauczyć kleryka, jak wygłosić kazanie. Trzeba mu również pomóc zrozumieć, co dzieje się z nim, gdy ktoś go krytykuje. Nie wystarczy przygotować go do sprawowania sakramentów. Trzeba nauczyć go słuchania człowieka, który przychodzi z problemem, na który nie ma prostego rozwiązania.
Nie wystarczy mówić o celibacie jako o ofierze. Trzeba również rozmawiać o samotności, przyjaźni, dojrzałości seksualnej, granicach i odpowiedzialnym budowaniu więzi.
Nie wystarczy wymagać posłuszeństwa. Trzeba wyjaśnić, czym różni się dojrzałe posłuszeństwo od bezrefleksyjnej uległości, a także jak rozpoznawać sytuacje, w których czyjeś polecenie może być krzywdzące lub moralnie niedopuszczalne.
Formacja, która boi się pytań, nie wychowuje dojrzałych księży. Wychowuje ludzi, którzy mogą nauczyć się ukrywać wątpliwości, dopasowywać odpowiedzi do oczekiwań przełożonych i milczeć, kiedy potrzebują pomocy.
Dojrzałość nie polega na tym, że człowiek nigdy nie przeżywa kryzysu. Polega na tym, że potrafi go rozpoznać, szukać pomocy, ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje i wracać do równowagi.
Seminarium powinno być miejscem, w którym można nauczyć się takiej dojrzałości, zanim młody człowiek weźmie odpowiedzialność za innych.
- Papież Franciszek: „Wstań!” — wyjdź ze swojej strefy komfortu, ale nie odrzucaj pomocy
W nauczaniu papieża Franciszka powraca wezwanie do powstania, wyruszenia w drogę i wyjścia poza zamknięcie, które odbiera człowiekowi nadzieję. W orędziu na XXXV Światowy Dzień Młodzieży w 2020 roku Franciszek odwołał się do słów Jezusa skierowanych do młodzieńca: „Młodzieńcze, tobie mówię wstań!” (por. Łk 7,14).
To wezwanie nie jest zachętą do udawania, że człowiek nie cierpi. Jezus nie ignoruje bólu matki ani śmierci jej syna. Właśnie w samym środku ludzkiej tragedii zatrzymuje się, dostrzega cierpienie i podejmuje działanie.
Dlatego słów „Wstań!” nie należy zamieniać w religijne hasło, którym zawstydza się osoby przeżywające kryzys. Nie powinny one oznaczać: „Przestań narzekać, weź się w garść i przestań potrzebować pomocy”.
Czasem powstanie oznacza odwagę podjęcia odpowiedzialności za własne życie. Czasem — uznanie, że dotychczasowy sposób funkcjonowania nie może trwać. Czasem — zwrócenie się do specjalisty. Czasem — odejście z relacji, w której człowiek doświadcza przemocy. A czasem — powiedzenie przełożonemu, że jego zachowanie przekracza granice, których nie wolno przekraczać.
Dla kapłana wezwanie do powstania może oznaczać również odzyskanie odwagi do uczciwego spojrzenia na siebie. Do przyznania, że nie jest wszechmocny. Że potrzebuje odpoczynku. Że nie wszystkie problemy rozwiąże sam. Że niekiedy powinien poprosić o pomoc, zanim jego kryzys zacznie ranić innych.
Prawdziwe wyjście ze strefy komfortu nie zawsze polega na zwiększaniu wysiłku. Czasem polega na porzuceniu dumy, która nie pozwala przyznać się do słabości.
Chrystus nie wzywa człowieka do udowadniania, że nie potrzebuje nikogo. Wzywa do życia. A życie obejmuje również przyjmowanie pomocy.
- Jan Paweł II: wiara i rozum — dwa skrzydła, a nie dwa wrogie obozy
W encyklice Fides et ratio Jan Paweł II przypomniał, że wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których ludzki duch wznosi się ku poznaniu prawdy.
To obraz niezwykle ważny dla rozmowy o zdrowiu psychicznym i formacji kapłańskiej. Wiara nie powinna być traktowana jak przeciwnik rozumu. Rozum nie jest wrogiem duchowości. Wiedza naukowa nie odbiera Bogu miejsca w życiu człowieka.
Jeżeli medycyna pomaga leczyć choroby, psychologia lepiej rozumieć mechanizmy ludzkiego zachowania, a psychoterapia przepracować doświadczenia, które utrudniają życie, nie ma powodu, aby wierzący człowiek z tych osiągnięć rezygnował.
Oczywiście, nie każda teoria psychologiczna jest bezdyskusyjna, nie każda metoda terapeutyczna jest odpowiednia dla każdej osoby, a nie każda porada specjalisty musi być trafna. Tak jak w każdej dziedzinie, potrzebne są kompetencje, odpowiedzialność i krytyczne myślenie.
Nie wynika z tego jednak, że należy odrzucać całą psychologię czy psychiatrię. To byłoby zaprzeczeniem racjonalnego rozeznania, a nie wyrazem wiary.
Kapłan powinien znać granice własnych kompetencji. Może towarzyszyć duchowo, słuchać, modlić się z człowiekiem i pomagać mu szukać sensu. Nie powinien jednak zastępować lekarza tam, gdzie konieczna jest diagnoza medyczna, ani udawać, że kryzys psychiczny zawsze można rozwiązać poprzez zwiększenie praktyk religijnych.
Podobnie terapeuta nie zastępuje spowiednika w sprawowaniu sakramentu, a psychiatra nie rozstrzyga samodzielnie wszystkich pytań moralnych i teologicznych. Te dziedziny mają różne kompetencje, które mogą się uzupełniać.
Dojrzała współpraca nie wymaga zacierania różnic. Wymaga uznania, że człowiek jest istotą złożoną, a jego dobro może wymagać pomocy z różnych stron.
Jeżeli poważnie traktujemy Jana Pawła II, nie możemy wykorzystywać wiary do zamykania oczu na wiedzę. Nie możemy mówić o prawdzie, a jednocześnie odrzucać fakty tylko dlatego, że stawiają przed nami niewygodne pytania.
- Wolność, praca i dojrzałość. Kapłan nie jest własnością instytucji
Tytuł tej refleksji odwołuje się do trzech słów: wolność, praca i ludzka kruchość. Nie są to pojęcia sprzeczne z kapłaństwem. Przeciwnie, pomagają zrozumieć jego ludzkie i duchowe wymiary.
Wolność nie oznacza robienia wszystkiego, na co ma się ochotę. Oznacza zdolność podejmowania odpowiedzialnych decyzji, rozpoznawania dobra i życia w prawdzie. Kapłan nie jest wolny od zobowiązań, ale nie powinien być pozbawiony podmiotowości. Posłuszeństwo nie może oznaczać rezygnacji z sumienia.
Praca jest ważną częścią kapłańskiej służby. Wymaga zaangażowania, kompetencji i wytrwałości. Nie oznacza jednak, że człowiek ma być dostępny bez przerwy, bez prawa do odpoczynku i bez możliwości przyznania, że przekroczył swoje możliwości. Nieustanna dyspozycyjność nie jest automatycznie dowodem świętości.
Ludzka kruchość przypomina, że nikt nie jest samowystarczalny. Każdy może zachorować, przeżywać kryzys, utracić siły lub potrzebować wsparcia. Kruchość nie przekreśla powołania. Może stać się miejscem głębszego poznania siebie i bardziej pokornego towarzyszenia innym.
Kapłan nie jest własnością biskupa, przełożonego, parafii ani instytucji. Jego życie nie jest zasobem, który można wykorzystywać bez uwzględniania ludzkich granic. Jednocześnie kapłan nie jest zwolniony z obowiązków wynikających z przyjętego powołania i podjętych zobowiązań.
Potrzebujemy więc nie kultury roszczeniowości, ale kultury odpowiedzialności. Nie kapłaństwa podporządkowanego każdej zachciance, ale również nie kapłaństwa opartego na lęku. Nie instytucji, w której każdy może robić wszystko, lecz wspólnoty, w której władza podlega odpowiedzialności, a godność człowieka jest respektowana.
Dojrzały ksiądz nie musi stale udowadniać swojej wartości przez nadmierny wysiłek. Potrafi rozpoznawać priorytety, współpracować z innymi, delegować zadania, odpoczywać i prosić o pomoc. Wie, że nie każda potrzeba wiernego może zostać natychmiast spełniona, a nie każda trudność parafii musi być rozwiązywana przez jednego człowieka.
Instytucja, która chce mieć dobrych kapłanów, musi stworzyć warunki, w których mogą oni rozwijać się jako osoby, a nie jedynie wykonywać kolejne zadania.
- Dziedzictwo Franciszka Hodura — kapłaństwo służebne, wolność sumienia i godność wiernych
W tym miejscu warto spojrzeć na doświadczenie Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego i dziedzictwo jego założyciela, bp. Franciszka Hodura. Nie po to, aby idealizować jedną wspólnotę lub twierdzić, że wszystkie problemy znikają po przekroczeniu granic instytucjonalnych. Żaden Kościół nie jest wolny od ludzkiej słabości, a sama deklaracja szacunku dla wolności nie gwarantuje, że zawsze będzie ona respektowana w praktyce.
Dziedzictwo Hodura pozostaje jednak ważnym punktem odniesienia dla refleksji nad relacją między duchownymi a wiernymi, nad odpowiedzialnością wspólnoty i nad tym, czy urząd kościelny ma służyć ludziom, czy podporządkowywać ich sobie.
Polski Narodowy Kościół Katolicki wyrósł z doświadczenia polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych pod koniec XIX wieku. W jego genezie istotną rolę odegrały spory o prawa wspólnot parafialnych, udział wiernych w zarządzaniu sprawami Kościoła, język ojczysty oraz poczucie, że ludzie tworzący wspólnotę powinni mieć realny wpływ na jej życie.
Franciszek Hodur sprzeciwiał się takim formom kościelnego zarządzania, w których wierni byli traktowani jak bierni odbiorcy decyzji podejmowanych ponad ich głowami. W centrum jego programu znalazły się między innymi godność człowieka, wolność religijna, odpowiedzialność wspólnoty i prawo wiernych do współdecydowania o sprawach, które ich dotyczą.
Sens tej tradycji można jednak przedstawić jasno: wspólnota kościelna nie jest własnością duchowieństwa, a wierni nie są ludźmi pozbawionymi głosu.
To ważna perspektywa także dla rozmowy o kapłaństwie. Kapłan ma służyć wspólnocie, przewodniczyć jej życiu religijnemu i troszczyć się o jej rozwój. Nie powinien traktować parafii jak prywatnego terytorium, a wiernych jak podwładnych, którzy mają jedynie wykonywać jego polecenia.
Służebny charakter urzędu nie oznacza braku autorytetu. Oznacza, że autorytet powinien być realizowany dla dobra wspólnoty, w granicach odpowiedzialności i z poszanowaniem godności innych ludzi.
W perspektywie Hodura należy również poważnie potraktować wolność sumienia. Człowiek nie przestaje być odpowiedzialny za własne decyzje tylko dlatego, że należy do wspólnoty religijnej. Wychowanie do wiary powinno rozwijać dojrzałość moralną, a nie tworzyć zależność, w której człowiek nie potrafi podjąć decyzji bez nieustannego potwierdzenia ze strony przełożonego.
Wolność sumienia nie oznacza, że każda decyzja jest dobra ani że wspólnota nie ma prawa nauczać, wymagać i korygować. Oznacza natomiast, że człowieka należy traktować jako osobę zdolną do odpowiedzialności, a nie jak przedmiot kierowania.
W tym sensie dziedzictwo Hodura może być ważnym głosem w debacie o kryzysach w formacji kapłańskiej. Przypomina, że Kościół nie jest wyłącznie strukturą urzędów. Jest wspólnotą ludzi, którzy mają własną godność, sumienie, doświadczenie i odpowiedzialność.
Jakich kapłanów potrzebujemy?
Potrzebujemy kapłanów, którzy potrafią przewodzić, ale nie muszą dominować. Którzy znają nauczanie Kościoła, ale nie używają wiedzy teologicznej do upokarzania innych. Którzy umieją stawiać wymagania, ale potrafią również słuchać. Którzy nie boją się pytań i nie traktują każdej krytyki jako zamachu na swój autorytet.
Potrzebujemy księży, którzy rozumieją, że wierny nie jest własnością parafii, a jego sumienie nie jest prywatnym terytorium duchownego. Którzy nie uzależniają ludzi od siebie, lecz pomagają im dojrzewać w wierze i odpowiedzialności.
Potrzebujemy przełożonych, którzy wiedzą, że władza kościelna nie jest przywilejem wolnym od kontroli. Że urząd nie zwalnia z obowiązku wyjaśniania decyzji. Że posłuszeństwo nie może być wykorzystywane do ukrywania nadużyć. Że prawdziwa troska o Kościół obejmuje także ochronę tych, którzy są w nim słabsi i zależni od innych.
Potrzebujemy kapłanów, którzy potrafią powiedzieć: „Nie wiem”, „Pomyliłem się”, „Przepraszam” i „Potrzebuję pomocy”. Takie słowa nie odbierają im autorytetu. Mogą go budować, ponieważ pokazują, że kapłan nie stawia siebie ponad prawdą.
Potrzebujemy również wspólnot, które nie pozostawiają duchownych samych sobie. Współodpowiedzialność nie polega na tym, że wierni tylko wymagają, a ksiądz wszystko dźwiga. Polega na wspólnym troszczeniu się o życie parafii, wzajemnym szacunku, rozsądnym podziale zadań i odpowiedzialności.
W tym miejscu spotykają się dwie ważne prawdy: kapłan nie jest samotnym bohaterem, który ma uratować wszystkich, a wierni nie są bierną publicznością jego posługi.
Kościół staje się zdrowszy wtedy, gdy urząd służy wspólnocie, a wspólnota wspiera tych, którzy jej służą.
Czy zmiana przynależności kościelnej rozwiązuje wszystko?
Nie. Nie wolno idealizować żadnej instytucji ani zakładać, że sama zmiana struktury usuwa ludzką pychę, konflikty, przemoc czy nadużycia. Także wspólnota, która w swoich założeniach podkreśla wolność i odpowiedzialność wiernych, musi nieustannie sprawdzać, czy rzeczywiście realizuje te wartości.
Dziedzictwo Hodura nie powinno być zatem używane jako wygodny slogan ani jako narzędzie przeciwko innym chrześcijanom. Powinno być wezwaniem do rachunku sumienia: czy naprawdę szanujemy człowieka? Czy wierni mają głos? Czy kapłani są odpowiedzialni przed wspólnotą? Czy wolność sumienia jest traktowana poważnie? Czy urząd duchowny pozostaje służbą?
Dla mnie perspektywa PNKK jest ważna właśnie dlatego, że stawia te pytania w centrum refleksji o Kościele. Przypomina, że wierność Chrystusowi nie może być oddzielona od szacunku dla człowieka.
Nie chodzi o to, aby kapłan był mniej kapłanem. Chodzi o to, aby był nim w sposób bardziej ewangeliczny: nie przez dominację, lecz przez służbę; nie przez strach, lecz przez odpowiedzialność; nie przez niszczenie własnej ludzkiej natury, lecz przez jej dojrzewanie.
- Czego potrzebuje dziś formacja kapłańska?
Jeżeli naprawdę zależy nam na przyszłości kapłaństwa, musimy wyjść poza spór o pojedyncze sformułowania i zapytać o praktyczne konsekwencje.
Formacja kapłańska powinna obejmować co najmniej kilka obszarów.
Po pierwsze: rzetelną formację duchową. Modlitwa, liturgia, sakramenty, lektura Pisma Świętego i kierownictwo duchowe pozostają ważne. Nie powinny jednak służyć do ukrywania problemów, których nie da się rozwiązać wyłącznie metodami duchowymi.
Po drugie: dojrzałość emocjonalną. Kandydat do kapłaństwa powinien otrzymać przestrzeń do poznawania siebie, rozumienia własnych reakcji, pracy nad relacjami i uczenia się odpowiedzialnego wyrażania emocji. Nie chodzi o stworzenie człowieka bez słabości, lecz o przygotowanie go do świadomego radzenia sobie z nimi.
Po trzecie: dostęp do profesjonalnej pomocy. Pomoc psychologiczna i psychiatryczna powinna być dostępna bez stygmatyzowania. Jeżeli ktoś potrzebuje leczenia, nie powinien obawiać się, że sama prośba o pomoc przekreśli jego przyszłość. Oczywiście, ocena zdolności do pełnienia posługi w konkretnych sytuacjach może wymagać rzetelnego rozeznania. Nie może jednak opierać się na uprzedzeniach wobec osób korzystających z terapii.
Po czwarte: kulturę odpowiedzialności. Potrzebne są jasne procedury zgłaszania przemocy, nadużyć i nieprawidłowości, a także niezależne, uczciwe rozpatrywanie takich zgłoszeń. Nie wolno sprowadzać każdej skargi do problemu z posłuszeństwem ani zakładać z góry winy którejkolwiek ze stron.
Po piąte: przygotowanie do współpracy. Parafia nie jest jednoosobowym przedsiębiorstwem księdza. Potrzebuje zespołu, kompetentnych świeckich, przejrzystych zasad i wspólnego rozeznawania. Umiejętność dzielenia się odpowiedzialnością nie osłabia kapłaństwa, lecz chroni je przed przeciążeniem i autorytaryzmem.
Po szóste: uczenie odpoczynku i stawiania granic. Kapłan powinien wiedzieć, że nie może być wszędzie i odpowiadać na każdą potrzebę natychmiast. Odpoczynek nie jest zdradą powołania. Jest jednym z warunków odpowiedzialnego wykonywania posługi.
Po siódme: odwagę intelektualną. Formacja nie może bać się nauki, pytań i uczciwej dyskusji. Człowiek, który ma służyć wiernym, powinien umieć rozmawiać także z tymi, którzy myślą inaczej, przeżywają kryzys wiary albo mają doświadczenia zranienia przez instytucję religijną.
Po ósme: duchowość, która nie pomija człowieka. Nie można głosić miłości bliźniego, a jednocześnie lekceważyć cierpienia współbrata. Nie można mówić o godności osoby, a potem wymagać od niej, by znosiła upokorzenie w imię świętego spokoju.
Formacja powinna przygotowywać do kapłaństwa, które nie jest ani wygodnym zawodem, ani religijnym maratonem samozniszczenia. Ma prowadzić do dojrzałej służby, w której wierność Chrystusowi łączy się z odpowiedzialnością za siebie i innych.
- Co naprawdę znaczy być wiernym Chrystusowi?
Wierność Chrystusowi nie jest prostą sumą wyrzeczeń. Nie mierzy się jej liczbą godzin przepracowanych bez odpoczynku, liczbą problemów przemilczanych dla dobra instytucji ani zdolnością znoszenia każdej krzywdy bez słowa sprzeciwu.
Nie oznacza też, że człowiek ma zawsze wybierać to, co łatwe. Chrześcijaństwo nie obiecuje życia bez bólu, konfliktów i trudnych decyzji. Czasem wierność wymaga rezygnacji z własnej wygody, obrony prawdy mimo niepopularności albo wytrwania przy człowieku, którego inni już opuścili.
Jednak wierność nie jest zgodą na zło. Nie jest nakazem ukrywania przemocy. Nie polega na udawaniu, że wszystko jest w porządku, kiedy człowiek potrzebuje pomocy. Nie wymaga również, aby kapłan rezygnował z rozumu, sumienia i odpowiedzialności za własne życie.
W Ewangelii Jezus nie traktuje ludzi jak funkcji do wykonania. Widzi konkretnego człowieka: chorego, zagubionego, zrozpaczonego, odrzuconego. Słucha, zadaje pytania, uzdrawia, podnosi i przywraca ludziom godność.
Nie możemy zatem budować duchowości, która pod hasłem ofiary odbiera człowiekowi prawo do bycia człowiekiem.
Jeśli ksiądz cierpi, nie powinniśmy natychmiast pytać, czy wystarczająco się modli. Najpierw warto zapytać, co się z nim dzieje i jak możemy mu pomóc.
Jeśli młody kapłan mówi, że nie daje rady, nie powinniśmy automatycznie odpowiadać, że powinien być silniejszy. Powinniśmy go wysłuchać i sprawdzić, jakiego wsparcia potrzebuje.
Jeśli duchowny zgłasza nadużycie, nie powinniśmy odruchowo bronić instytucji. Powinniśmy rzetelnie zbadać sprawę.
Jeśli wierny wychodzi z konfesjonału z poczuciem upokorzenia, nie powinniśmy z góry zakładać, że spowiednik miał rację, a penitent jest przewrażliwiony. Powinniśmy umieć przyjrzeć się również sposobowi, w jaki przekazujemy prawdę.
Jeśli przełożony popełnia błąd, nie powinniśmy zasłaniać się jego urzędem. Powinniśmy oczekiwać odpowiedzialności, ponieważ także przełożony pozostaje człowiekiem podlegającym ocenie moralnej.
Jeżeli zaś ksiądz zaczyna patrzeć na drugiego duchownego z góry, bo tamten nie ma takiego tytułu, nie należy do tej samej wspólnoty albo nie zajmuje równie wysokiego stanowiska, powinien zadać sobie pytanie, czy nie pomylił służby z prestiżem.
To nie jest osłabianie Kościoła. To próba przywrócenia mu wiarygodności.
Chrystus nie potrzebuje kapłanów, którzy potrafią przekonać wszystkich, że nigdy nie cierpią. Potrzebuje ludzi, którzy uczciwie podejmują swoją drogę, umieją kochać, uczą się odpowiedzialności i nie wykorzystują powołania do usprawiedliwiania własnej pychy.
Potrzebuje pasterzy, którzy nie tylko mówią o miłosierdziu, ale również potrafią je praktykować.
- Po Wielkim Piątku musi nadejść poranek Zmartwychwstania
Wielki Piątek jest nieodłączną częścią chrześcijańskiej opowieści. Jest dniem cierpienia, samotności, zdrady, niesprawiedliwości i śmierci. Nie wolno go pomijać, jeśli chcemy zrozumieć krzyż.
Ale chrześcijaństwo nie kończy się na Wielkim Piątku.
Nie możemy budować teologii kapłaństwa tak, jakby człowiek został powołany wyłącznie do cierpienia. Nie możemy głosić krzyża w taki sposób, by zapomnieć o Zmartwychwstaniu. Nie możemy uczyć młodych księży, że wierność oznacza zaciskanie zębów bez końca, bez względu na koszty, bez możliwości szukania pomocy i bez prawa do powiedzenia, że coś ich niszczy.
Krzyż jest znakiem miłości, która nie ucieka przed cierpieniem. Nie jest jednak usprawiedliwieniem dla cierpienia zadawanego przez ludzi, którym powierzono odpowiedzialność za innych.
Jezus nie mówi, że przemoc staje się dobra, gdy spotyka człowieka religijnego. Nie mówi, że upokorzenie jest święte, jeśli sprawca nosi kościelny tytuł. Nie mówi, że instytucja ma zawsze pierwszeństwo przed człowiekiem.
Mówi o miłości, która jest gotowa oddać życie. Ale miłość nie jest tym samym co bezmyślne pozwalanie na krzywdę. Nie jest również przyzwoleniem, aby jedni ludzie wykorzystywali drugich pod hasłem duchowego dobra.
Współczesny Kościół potrzebuje kapłanów odważnych, ale nie pozbawionych wrażliwości. Wiernych, ale nie ślepych na ludzką krzywdę. Gotowych do ofiary, ale nie przekonanych, że muszą zniszczyć siebie, aby udowodnić swoją wartość. Potrzebuje przełożonych, którzy potrafią słuchać, oraz wspólnot, które nie zostawiają człowieka samego.
Potrzebuje także odwagi do uznania, że terapia nie jest konkurencją dla łaski, nauka nie musi być wrogiem wiary, a odpoczynek nie jest zdradą powołania.
Potrzebuje kapłanów, którzy nie mierzą własnej wartości liczbą tytułów, kolejnych nominacji ani wysokością miejsca zajmowanego w hierarchii. Potrzebuje duchownych, którzy nie traktują kapłaństwa jak wyścigu, a innych księży jak konkurentów. Potrzebuje pasterzy, którzy rozumieją, że większa odpowiedzialność nie oznacza większej godności człowieka.
Dla mnie ważne pozostaje również przesłanie płynące z dziedzictwa Franciszka Hodura: Kościół nie jest własnością jednej grupy ludzi. Jest wspólnotą, w której godność, wolność sumienia i odpowiedzialność nie powinny zależeć wyłącznie od miejsca zajmowanego w hierarchii.
Wolność bez odpowiedzialności może stać się egoizmem. Odpowiedzialność bez wolności może stać się zniewoleniem. Praca bez odpoczynku może prowadzić do wyczerpania. Ofiarność bez troski o człowieka może zostać wykorzystana jako narzędzie przemocy. A religijność bez współczucia może zachować wszystkie zewnętrzne formy, tracąc to, co najważniejsze.
Dlatego trzeba odrzucić teologię „zaciśniętych zębów”, jeśli oznacza ona przekonanie, że kapłan ma cierpieć w milczeniu, a proszenie o pomoc jest oznaką słabości. Trzeba odrzucić również taką wizję kapłaństwa, w której wartość człowieka mierzy się jego karierą, tytułem, wpływami albo przynależnością do największej instytucji.
Nie dlatego, że chcemy łatwiejszego kapłaństwa, ale dlatego, że chcemy kapłaństwa bardziej prawdziwego, dojrzalszego i bliższego Ewangelii.
Niech młody ksiądz wie, że jego powołanie jest ważne, ale jego życie również ma wartość. Niech starszy kapłan nie boi się przyznać do zmęczenia. Niech przełożony pamięta, że władza jest odpowiedzialnością, a nie przywilejem. Niech wierny nie musi wybierać między własnym sumieniem a lękiem przed człowiekiem, który ma mu służyć duchowo. Niech kapłan jednego Kościoła nie zapomina, że szacunek wobec duchownego innej wspólnoty nie odbiera mu niczego z jego własnej tożsamości.
I niech Kościół zrozumie, że nie musi ukrywać ludzkiej kruchości, aby świadczyć o mocy Boga.
Być może właśnie wtedy, gdy przestaniemy wymagać od siebie nawzajem udawanej niezniszczalności, a przestaniemy też mierzyć wartość powołania wysokością kościelnego stanowiska, będziemy mogli zobaczyć prawdziwą siłę wiary: nie siłę ludzi, którzy nigdy nie upadają, lecz siłę tych, którzy potrafią podnieść się, przyjąć pomoc i pomóc powstać innym.
Po Wielkim Piątku musi nadejść poranek Zmartwychwstania. Także w życiu kapłana. Także w życiu Kościoła.
Źródła i uwagi do weryfikacji przed publikacją
- List ks. prof. Jerzego Szymika. https://www.gosc.pl/doc/9935098.List-do-mlodego-ksiedza
- Publiczny biogram ks. prof. Jerzego Szymika. https://jerzyszymik.pl/index.php/biogram/
- Papież Franciszek o kapłaństwie jako służbie. Homilia podczas Mszy św. połączonej ze święceniami kapłańskimi, 25 kwietnia 2021 r.; polska publikacja: https://www.osservatoreromano.va/pl/news/2021-06/pol-006/nie-kariera-ale-sluzba.html
- Jan Paweł II, encyklika Fides et ratio. Oficjalny tekst Stolicy Apostolskiej: https://www.vatican.va/content/john-paul-ii/pl/encyclicals/documents/hf_jp-ii_enc_14091998_fides-et-ratio.html
- Sobór Watykański II, dekret Unitatis redintegratio.
- Papież Franciszek, orędzie na XXXV Światowy Dzień Młodzieży (2020), „Młodzieńcze, tobie mówię wstań!”
- Historia PNKK w Polsce. https://pnkk.eu/historia-pnkk-w-rp/ — ź
Zostaw komentarz