Jest swoistym paradoksem, iż wymarzona przez młodego człowieka wolność przychodzi do niego tak późno. Tę bowiem osobniczą autonomię osiąga się zazwyczaj dopiero z wiekiem, przeważnie na emeryturze. Następnie, poprzez umiejętne zrezygnowanie z nawyków, utrwalonych stereotypów zachowania, a nawet z wynikających z pozycji społecznej konwenansów, możemy dodatkowo poszerzyć obszar ofiarowanej nam przez los życiowej swobody. W końcu — tak prawdę pisząc — nie musimy się już więcej z wcześniejszymi upodobaniami ukrywać ani ich maskować.
Długie życie zdążyło je przecież dawno zdekonspirować. Nie musimy więc udawać altruizmu, patriotyzmu, wykazywać swojej sprawności intelektualnej, bo przecież od tego nie zależy wysokość pobieranego z ZUS świadczenia. Nie musimy już dalej dobrze się zapowiadać, określać, legitymować, z innymi wygrywać. Biologia tłumi fantazje, więc nie musimy się nimi kierować ani za byle czym uganiać. Czas w tym stanie przestaje być kategorią ekonomiczną. Nie musimy już dłużej nosić zegarka ani zerkać w kalendarz. Staruszek odzyskuje czas w sensie egzystencjalnym. Nie mierzy się go już w godzinach pracy, w terminach, w zobowiązaniach. Mierzy się go w oddechach, w spacerach, w rozmowach, w drobnych przyjemnościach. To jest wolność, której młody człowiek nawet nie potrafi sobie wyobrazić. Możemy być w końcu sobą. Czytać z satysfakcją nekrologi i być — denerwującymi innych — egocentrykami.To jest według mnie największy przywilej starości, z jednym tylko ograniczeniem. Bo 58 lat temu, 15 kwietnia, w Archikatedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie, w obecności Baśki i księdza, ślubowałem, iż nie opuszczę rzeczonej aż do śmierci.
Zostaw komentarz