Osiemdziesiąt lat i dalej w drogę. Piszesz, że nadal za Nim podążasz – już tylko ku ostatniemu celowi. Ale w Twoich słowach nie ma lęku.
Jest pogoda, wdzięczność, świadomość dobrze przeżytej drogi. To jest piękne. I rzadkie. – przeczytajcie!
Minęło już od śmierci Św. Jana Pawła II całe pokolenie. Ja jednak należę do tych szczęśliwców, którzy przez 26 lat Pontyfikatu Karola Wojtyły nie wyobrażali sobie życia bez Niego. W dobie rewolucji komunikacyjnej był obecny w naszych domach i sercach prawie codziennie. Jakby stał obok nas bardzo blisko, prawie na dotknięcie ręki.
Swoją, coraz bardziej pochyloną pod wpływem wieku i choroby sylwetką ogniskował powszechne uczucia miłości.
Dla mnie Karol Wojtyła był nie tylko – najwyższym dla mnie – autorytetem, ale też był kimś, kogo po prostu kochałem, jak nieżyjących już moich rodziców, a szczególnie ojca, którego przez całe dzieciństwo mi brakowało, bo umarł, jak miałem 9 lat.
Często, podejmując decyzje, co do których nie byłem tak do końca przekonany – zastanawiałem się na tym – jakby On oceniłby moje postępowanie, mój wybór. To była prawie codzienna, bardzo bliska z Nim relacja.
Kiedy odwiedzał nasz kraj, kalendarz Jego podróży porządkował wszystkie nasze plany tak, aby zapewnić mnie i mojej rodzinie spotkanie z Nim. Towarzyszyliśmy Mu, podczas wszystkich pielgrzymek do naszego kraju. Pozostała nam po tych spotkaniach spora kolekcja kart wstępu, zdjęć, a przede wszystkim wrażeń, tak wyrazistych, że tylko należy przymrużyć oczy, żeby przywołać obrazy, na których Ojciec Św. był jeszcze wtedy w pełni formy, mówił mocnym, dźwięcznym głosem. Potem stopniowo się zmieniał, kurczył, pochylał, widać było, że cierpi, ale przez to stawał się jeszcze bardziej nam bliski.
Odwiedzałem Go w Rzymie. Ostatni raz, na dwa tygodnie przed Jego śmiercią. 13 marca przed kliniką Gemelli wpatrywałem się w okna na 10 piętrze. Wtedy to z wysiłkiem, ale mocnym głosem „pozdrowił Wadowice” – miasto swoje rodzinne.
Miasto, które także jest mnie bardzo bliskie. W nim bowiem również wzrastałem, uczęszczałem do szkół. W kościele, w którym Papież został ochrzczony, przystąpiłem do I Komunii Św. W tej świątyni byłem także bierzmowany.
Na wadowickim cmentarzu spoczywają moi rodzice, dla których miasteczko położone nad Skawą stało się ostatnią przystanią po zawierusze
II wojny światowej, kiedy to trzeba było w wyniku jałtańskiej zmowy opuścić Kresy Wschodnie II Rzeczypospolitej.
Jestem przekonany, że Pan Bóg wynagrodził mnie i moim rodzicom dramat wypędzenia i w ten sposób nas uprzywilejował.
Teraz kiedy jestem już w sędziwym wieku, przywołuję wspomnienia, z których wyłaniają się obrazy: że idę, prowadzony przez śp. mamę do przedszkola – ochronki Sióstr Nazaretanek, gdzie wita mnie siostra Filotea, wychowawczyni całych pokoleń małych brzdąców, o której Ojciec Święty tak często wspominał.
Za orkiestrą, poprzedzającą maszerujących w niedzielę do kościoła żołnierzy, drepczę wraz z rodzicami i siostrami pod górę, na Karmel do Sanktuarium Św. Józefa. Wtedy ojciec Rafał Józef Kalinowski nie był jeszcze ogłoszony świętym, ale kult tego byłego powstańca powstania styczniowego, przeora klasztorów oo. Karmelitów Bosych
w Wadowicach i Czernej – zataczał coraz szersze kręgi.
Na Msze Święte, jak za czasów Lolka Wojtyły chodziło się do sąsiadującej z kościołem parafialnym kaplicy w Domu Katolickim.
Była to właściwie sala teatralna ze skromnym, ustawionym pośrodku sceny Ołtarzem. Odprawiana była tam, co tydzień Msza dla młodzieży licealnej i studentów przyjeżdżających na niedzielę do domu. Celebransem był zazwyczaj ks. dr Edward Zacher, katecheta Karola Wojtyły. Uczęszczałem do gmachu wadowickiego gimnazjum, tak osobliwie opisanego w „Zmorach” przez Emila Zegadłowicza.
W liceum, za moich czasów, wykładali Jego profesorowie: poloniści Kazimierz Foryś, prof. Raimanowa, romanistka Helena Rokowska. Fizyki uczył mnie prof. Zbigniew Putyra, który mieszkał w dawnym mieszkaniu Wojtyłów. Znałem Jego kolegów z klasy maturalnej: Siłkowskiego, Piotrowskiego, Bieniasza, Gajczaka.
Tak jak Ojciec Święty wspinałem się wielokrotnie na Leskowiec, ulubiony Jego szczyt w Beskidzie Małym.
Kąpałem się również w Skawie, rzece, która rokrocznie pochłaniała w swoich wirach nierozważnych pływaków.
Potem, już jako dorosły człowiek, wędrowałem innymi szlakami, zaznaczonymi Jego wcześniejszą na nich obecnością. Podzielana z Nim pasja do turystyki kajakowej wiodła mnie przez jeziora i rzeki, które On wcześniej przepływał po Pojezierzu Drawskim, na Mazurach, po Suwalszczyźnie. Z Jego obecnością spotykam się w miejscach tak odległych jak Szkodra w Albanii czy też w Chorwacji.
W mieście, w którym się urodziłem, a które obecnie należy do innego kraju, do Ukrainy – posadziłem przed kościołem, gdzie byłem ochrzczony dwa dęby Pamięci Jana Pawła II, które przekazała mi dla Złoczowa pani burmistrz Wadowic.
Przekroczyłem już osiemdziesiąty rok życia i coraz bardziej uświadamiam sobie, że nadal podążam za Nim, ale już tylko zmierzając do tego ostatniego celu.
Wspominając przewodnika Świętego Karola Wojtyłę- pogodnie przyjmuję tę nieuchronność, dziękując za dar długiego życia.
Zostaw komentarz