Malarski kwiat jednej nocy, którego wizerunek do dziś trwa, choć zapomniano, gdzie wzrósł.
Tak zaczyna się opowieść o Aleksandrze Zatlerowej — kobiecie, która w 1862 roku usiadła przed Józefem Simmlerem w błękitnej sukni, poprawiła fałdę koronki i pozwoliła, by jej twarz została unieśmiertelniona. Nie dlatego, że była kimś ważnym. Nie dlatego, że jej mąż zapisał się w annałach. Po prostu dlatego, że ktoś miał pieniądze i potrzebę utrwalenia własnego istnienia na płótnie. A potem wszystko się rozsypało. Biografia zniknęła. Nazwisko ocalało tylko w przypisach.
Mąż — generał, choć nie wiadomo, generał czego — rozpłynął się w archiwach. Dopiero po latach, dzięki skrupulatności urzędników i uporowi ciekawskich, można odnaleźć ślad: generał-major Borys Zatler, intendent armii rosyjskiej podczas wojny krymskiej, oczyszczony z zarzutów niegospodarności, upomniany za bałagan w papierach. Obok niego w księgach adresowych figuruje inny Zatler – Teodor, prowiantmajster. O Aleksandrze — ani słowa. A przecież to ona ocalała.
Nie on, generał. Nie Teodor, prowiantmajster. Ocalała Ona — kobieta, której historia nie zostawiła nawet zdania, ale zostawiła twarz. I ta twarz, po latach, trafiła do mojego pokoju w sanatorium.
Wisiała na ścianie nad łóżkiem, jak cichy gość z innego czasu. Patrzyła spokojnie, bez pretensji, jak ktoś, kto już dawno pogodził się z tym, że pamięć jest kapryśna. I że czasem ocala to, co miało zniknąć, a gubi to, co miało trwać. Ile osób przede mną patrzyło na nią i pytało: „Kim była?”
I ile jeszcze będzie pytać, nie znajdując odpowiedzi?
Może właśnie w tym tkwi jej nieśmiertelność — w powtarzanym pytaniu, które nie ma rozwiązania. Bo człowiek żyje tak długo, jak długo ktoś o nim pamięta. A ona żyje nadal.
Żyje także dzięki pewnemu paradoksowi XX wieku.
W czasach, gdy w sklepach brakowało wszystkiego, PRL dbał o to, by kultura wysoka trafiała pod strzechy. W Domach Książki można było kupić reprodukcję mistrzów malarstwa, oprawioną w złoconą ramę, gotową do powieszenia nad łóżkiem w bloku z wielkiej płyty. Filharmonia grała w radiu. Teatr Telewizji wchodził do mieszkań w poniedziałkowe wieczory. Objazdowe sceny dramatyczne jeździły po kraju.
A Simmler, Matejko i Chełmoński stawali się częścią codzienności ludzi, którzy nigdy nie mieli szansy zobaczyć oryginałów.
I tak Zatlerowa, żona carskiego generała, trafiła pod polskie strzechy. Nie jako symbol władzy, nie jako relikt zaborów, lecz jako twarz, która uspokajała wnętrza. Jakby historia sama chciała ją ocalić, choć nie ocaliła jej imienia.
A Simmler? Stał po stronie sztuki – ale żył po stronie portfela. Malował tych, którzy płacili: Polaków, Rosjan czy Niemców.
W 1862 roku, gdy Warszawa wrzała przed Powstaniem Styczniowym, on malował portret żony carskiego generała. Nie dlatego, że wybierał stronę. Dlatego, że wybierał światło, kompozycję, fakturę koronki.
I paradoksalnie — on i ona ocaleli. Może nawet kiedyś ktoś dopisze jej legendę. Może stanie się patronką zapomnianych historii, cichą opiekunką tych, którzy nie zostawili po sobie nic poza spojrzeniem. A może już dziś udaje praprababkę jakiegoś samozwańczego arystokraty, który potrzebuje w drzewie genealogicznym choć jednego portretu w koronkach. Ale to wszystko są tylko dodatki.
Sedno jest proste: Może to nie ona patrzy na nas — tylko my patrzymy w siebie, przez nią. Bo każdy ma jakąś swoją Zatlerową. Tylko nie każdy ją zauważa.
Na odwrocie reprodukcji widniała dedykacja: „Od kuracjuszy turnusu 6 stycznia 1988 do 29 stycznia 1988 dla Ośrodka Solinka”, podpisana przez Radę Turnusu i uczestników. Wielu z tych ludzi zapewne już nie ma. Oni także na nią patrzyli. Widocznie musiała czymś ich zatrzymać.
Zbigniew Grzyb
Podczas pobytu w Sanatorium Solinka w Polańczyku reprodukcja portretu Aleksandry Zatlerowej pędzla Józefa Simmlera wisiała nade mną w sanatoryjnym pokoju przez trzy tygodnie. A teraz wisi we mnie.
Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz