No i rozwinęła się dyskusja! Od pewnego czasu wymieniamy się poglądami z Hubertem Łuczyńskim, który jest zwolennikiem odsunięcia PiS od władzy.
Bardzo sobie szanuję tego dyskutanta. W przeciwieństwie do wielu innych adwersarzy wspierających opcję opozycyjną pan Hubert jest:
– kulturalny,
– merytoryczny,
– wieloma wypowiedziami przekonał mnie, że nie kieruje nim partyjne zaślepienie.
To poważne argumenty i wymagają poważnej odpowiedzi. Dyskusja na takim poziomie jest warta podjęcia i dlatego tutaj moja odpowiedź na jego odpowiedź (czytaj), z którą możecie się zapoznać na zaprzyjaźnionym portalu Pressmania:
Na początek spróbuję pokrótce podsumować argumentację p. Huberta:
1) Na początek jest ukłon w moją stronę, pojawia się domniemanie, że w szeregach obozu rządzącego próżno szukać tak głębokiej refleksji na temat bieżącej sytuacji, jaką ja zaproponowałem w swoim tekście.
2) Pada ponadto zapewnienie, że p. Hubert zasadniczo zgadza się z moją analizą i uważa, że:
„Zarówno z konkluzją, jak i z większością stanowiska Autora nie można się nie zgodzić.”
3) Następnie idzie dość długi akapit, w którym p. Hubert popuszcza wodze swojej politycznej fantazji argumentując, że zasadniczo reakcja polskich władz na incydent w Przewodowie była w całości błędna i on inaczej by to rozegrał:
„Zachód uważa, że Polsce nic nie grozi, a ta zbłąkana rakieta to był przypadek. W zasadzie takie też sygnały poszły od polskich władz. A to był błąd. Otóż my się powinniśmy tej sytuacji realnie „wystraszyć” i pompować ją na arenie międzynarodowej niemiłosiernie.”
4) Następnie, bezkrytyczny wobec wymyślonego przez siebie scenariusza, p. Hubert wyjaśnia, dlaczego rząd przyjął inną strategię:
„Być może dlatego, że partia ta pozbyła się dużej ilości doświadczonych dyplomatów, a ci, którzy zostali w MSZ raczej skupiają się na przetrwaniu do zmiany władzy.”
5) Stąd płynie konkluzja:
„De facto o wszystkim i tak decyduje podmiot spoza ww. struktury – tajemnicza Nowogrodzka.”
Na koniec pada kategoryczna ocena roli dziedzictwa nieżyjącego brata prezesa Prawa i Sprawiedliwości, które przypomniał (że żałuje, że go nie słuchał) były minister spraw wewnętrznych i były przewodniczący Bundestagu Wolfgang Shaulble:
„Widocznie Lech Kaczyński służy tylko jako pałka do rozgrywek PiS z opozycją. Czyli do politykierstwa, a nie poważnej polityki prowadzonej przez poważne państwo.”
—————
No dobra – to jak ja to widzę?
Po pierwsze, stałą linią argumentacyjną wysuwaną przez zwolenników Opozycji jest nieustanne zarzucanie prawicowemu rządowi oczywistej niekompetencji. Zarzut ten dotyczy wszystkich aspektów władzy: od niekompetentnej legislacji po niekompetentną egzekucję. Ogólna linia propagandowa jest taka, że „Za co się PiS nie wieźmie – to spieprzy!”
Jakie by nie były sukcesy tego rządu – w narracji Opozycji zawsze blakną one przykryte całą stertą prawdziwych i wydumanych „wad”.
Jeśli PiS zbudował jakąś drogę, to koniecznie trzeba dopowiedzieć, że „stało się to z pogwałceniem interesów lokalnych społeczności”.
Jeśli PiS buduje jaką fabrykę, to „inwestuje w przebrzmiałe technologie”.
Jeśli PiS odbudowuje armię po latach zaniedbań, to „kupuje co popadnie bez planu”.
Jeśli PiS dogaduje się na budowę elektrowni jądrowych, to „nieroztropnie odrzucił ciekawą francuską ofertę”.
itd., itp.
Powiem wprost – cały czas twierdzę, że rząd Zjednoczonej Prawicy jest obciążony licznymi wadami i często prowadzi politykę chaotycznie a ostateczna linia polityczna wyłania się w sposób niejasny, często w ostatniej chwili po długim okresie wewnętrznych sporów i niesnasek. Często też ostateczne decyzje nie są optymalne.
To jest oczywiste!
Ale – wciąż uważam, że w zdecydowanej większości przypadków, są to jedyne możliwe decyzje w zastanej konfiguracji politycznej i w sprawach kluczowych są one zgodne z polską racją stanu – przynajmniej z racją stanu rozumianą tak, jak ja ją rozumiem.
Co więcej – często przeciwstawia się politykę Zjednoczonej Prawicy rzekomo konsekwentnej i przemyślanej polityce niemieckiej. Niemcy są zawsze punktem odniesienia, kiedy w Polsce rozpatrywany jest „profesjonalizm”.
Popatrzmy zatem na reakcje mediów niemieckich na propozycję szefowej niemieckiego MZS w sprawie Patriotów:
„Minister obrony Christine Lambrecht strzela sobie jedną bramkę samobójczą po drugiej. Minister wydaje się chaotyczna w codziennych sprawach, całkowicie przytłoczona zadaniami koncepcyjnymi, nie odgrywa żadnej roli w debatach i strukturach dotyczących polityki międzynarodowej i bezpieczeństwa” – twierdzi polityk opozycyjnej chadecji Johann David Wadephul.
Gazeta „Welt am Sonntag” zauważa, że „Decyzji o zaproponowaniu Polsce systemów Patriot nie skonsultowano wcześniej z siłami powietrznymi.”
„Po środowych rosyjskich atakach rakietowych na Kijów brakuje tam elektryczności i bieżącej wody, a ludzie na nieoświetlonych ulicach, w zimnie, ustawiają się w kolejkach do studni po wodę – opisuje w czwartek niemiecki dziennik „Bild”. Kanclerz Niemiec Olaf Scholz i jego rząd powinni pilnie zająć się sprawą pomocy dla Ukrainy, a systemy Patriot wysłać nie do Polski, a bezpośrednio na Ukrainę!” – podkreśla dziennik „BILD”.
Już choćby po tym można stwierdzić, że decyzja rządu niemieckiego jest tam oceniana jako mocno kontrowersyjna i nieprzemyślana. Należałoby zatem założyć, że jeśli „nieprofesjonalna” była reakcja strony polskiej, to nastąpiła ona jako efekt równie nieprofesjonalnej decyzji strony niemieckiej.
Sugestie p. Hubert Łuczyński w zakresie tego, jak należało rozegrać sprawę Przewodowa najchętniej pominąłbym milczeniem. To są jakieś absurdalne dywagacje. Strona amerykańska, której głos jest w tej kwestii najważniejszy jednoznacznie powiedziała, że rakieta, która spadła w Polsce była wystrzelona z terytorium Ukrainy. Upierając się bez jednoznacznych bez dowodów materialnych przy wersji, że była to rakieta rosyjska, Polska skonfliktowałaby się z USA a w świat poszłaby znowu opinia o naszej „zwierzęcej antyrosyjskości”. Tutaj nawet nie ma co dyskutować. Nikt poważny nie bierze na tę chwilę pod uwagę, że Rosja na obecnym etapie konfliktu chce frontalnie atakować Polskę. Nikt poważnie nie bierze pod uwagę, że bezpieczeństwo Polski jest w tej chwili narażone tak bardzo, że zachodzi ultrapilna potrzeba ustawienia na naszej wschodniej granicy jakiejś „żelaznej kopuły”. Panie Hubercie – moim zdaniem, te dywagacje, to najsłabszy punkt Pańskiej argumentacji!
Teraz jednak pozwolę sobie wrócić do kwesti „profesjonalizmu”. Uważam, że jeśli w czymś znajduję brak profesjonalizmu, to w pierwszej reakcji ministra Błaszczaka na Twitterze, w której stwierdził on, że „z życzliwością przyjmuje ofertę rządu niemieckiego”. Tak – niezręcznie wyszło, że minister wpierw wydaje się aprobować zaproponowane przez Niemcy rozwiązanie, lecz po konsultacjach politycznych w obrębie partii zmienia zdanie.
Wychodzi bowiem wówczas, podobnie jak to się dzieje w Niemczech, że szef MON nie jest w swoich decyzjach samodzielny, a takie – rzekomo – jest oczekiwanie wobec szefa resortu w „państwie deomkratycznym”.
Tylko – że w sytuacji kryzysu, a mamy przecież wielki kryzys – jest to oczekiwanie całkowicie nierealistyczne, po prostu błędne!
Zarówno w Polsce, jak i w Niemczech wszystkie decyzje związane z wojną na Ukrainie nabierają znaczenia dopiero wówczas, kiedy ukształtuje się konsensus polityczny w obozie rządzącym. Tak, ja w Niemczech ostateczna decyzja należy do Kanclerza, który już niejedną woltę wykonał, tak w Polsce należy do… Jarosława Kaczyńskiego. Zarówno w Polsce, jak i w Niemczech pozycja Ministra Obrony nie jest obecnie w pełni samodzielna! To samo dotyczy z resztą obu Ministerstw Spraw Zagranicznych. Wszyscy widzimy niesamodzielność min. Annaleny Baerbock, która w wielu kwestiach wydaje się wręcz ignorowana przez kanclerza Scholza.
To, że Jarosław Kaczyński jest w realiach naszego kraju nieformalnym „Naczelnikiem Państwa” należy po prostu przyjąć do wiadomości i nie dyskutować z tą szczególną okolicznością. Tak – to Jarosław Kaczyński jest sercem i mózgiem Prawa i Sprawiedliwości i to właśnie jego ocena ma decydujący głos w sprawach kluczowych. Wynika to ze szczególnego ukształtowania i historycznej drogi, jaką prawica doszła w Polsce do władzy i roli braci Kaczyńskich w tym procesie.
Tak więc – błędem była niefortunna wypowiedź Błaszczaka, który nie zrozumiał, że kwestia patriotów jest w oczach Jarosława Kaczyńskiego czymś więcej niż zwykłą decyzją techniczną, ale ma wymiar strategiczny związany z całością presji politycznej, jaką Polska wywiera na arenie międzynarodowej na Niemcy, starając się zmienić ukształtowany tam paradygmat powstrzymywania eskalacji konfliktu na Ukrainie.
Nie zgodzę się też z tym, że w PiS nie jest prowadzona żadna poważna analiza sytuacji międzynarodowej. W Polsce partie polityczne w ogóle mają wielkie trudności z zapleczem analitycznym, niemniej – akurat w przypadku wojny na Ukrainie – nie sposób nie zauważyć współpracy koncepcyjnej, jaka została nawiązana przez obóz prawicy z Polskim Instytutem Spraw Międzynarodowych, odkąd szefuje mu Sławomir Dębski. Podobnie, zasadniczo polepszyła się współpraca z Ośrodkiem Studiów Wschodnich. Prezydentowi doradza w tych sprawach znany politolog Przemysław Żurawski Vel Grajewski. Wiemy też bezpośrednio od Jarosława Kaczyńskiego, że czyta on na bieżąco analizy think-tanku Strategy&Future i to nie czyta bezrefleksyjnie. W ogóle – trudno zaprzeczyć, zwłaszcza jak się śledzi wypowiedzi prezesa PiS udzielanych podczas jego wciąż trwającego „objazdu” po Polsce – że jest on dobrze zorientowany w sytuacji i przedstawia bardzo spójny i konsekwentny obraz tego, jak PiS widzi stan stosunków międzynarodowych. Można się z jego opiniami zgadzać lub nie, ale – nie rozumiem argumentu, że Jarosław Kaczyński „nie wie co mówi”! Wręcz przeciwnie – na ogół wie dobrze – zwłaszcza, kiedy mówi o polityce międzynarodowej! Pojedyncze lapsusy w sprawach społeczno-obyczajowych nie powinny rzutować na to przekonanie.
PODSUMOWANIE
Moim zdaniem podstawowy problem Opozycji polega na tym, że konsekwentnie neguje ona „suwerennościową” linię polityki rządu. W ocenie Opozycji, Polski nie stać na taką politykę, a skoro tak – to jest ona przeciwna polskiej racji stanu.
Opozycja konsekwentnie uważa, że Polska musi NAJPIERW zająć „godne” miejsce w Unii Europejskiej a dopiero PÓŹNIEJ szukać w jej ramach narzędzi wpływu, które przekonałyby naszych unijnych partnerów do naszych racji strategicznych w zakresie np. polityki wschodniej.
Opozycja – moim zdaniem naiwnie – stoi na stanowisku, że na Zachodzie dokonały się już fundamentalne zmiany w zakresie stosunku do Rosji, więc Polska nie powinna silić się na kreowanie tu jakichś własnych rozwiązań, a raczej powinna szukać możliwości współpracy z Unią i wykorzystać to, co możliwe tej sytuacji.
Można taką linię polityczną nazwać „pragmatyczną”, w przeciwieństwie do linii obozu prawicy, która jest jakoby „romantyczna” – opiera się na nierealistycznej ocenie tego, co możliwe, przywiązuje przesadne znaczenie do współpracy z USA, konfliktuje się z Brukselą, Berlinem i Paryżem, próbuje wykreować jakieś „iluzoryczne” platformy współpracy z Koreą Płd., a w rezultacie – nie osiągnie niczego narażając jednynie nasz kraj na bakructwo.
Cóż – moje zdanie jest niezmienne od dawna – uważam, że Opozycja po prostu konsekwentnie WYPIERA integrany konflikt intersów pomiędzy Polską a Reńskim Ośrodkiem Siły zawiadującym Unią Europejską. Mówiąc krótko – zarówno ja, jak cały obóz prawicy ocenia, że wojna w Ukrainie ujawniła z całą siłą odmienne wizje strategiczne rozwoju sytuacji w Europie: dominujący w Europie Zachodniej nurt polityki kontnentalnej, nastawiony na współpracę z Rosją i Chinami, oraz przeciwną mu polską koncepcję polityki atlantyckiej, nastawionej na strategiczną współpracę z USA i „Międzymorzem” jako klinem między Europą a Azją umożliwiającym Amerykanom kompensowanie emancypacyjnych dążeń Europy Zachodniej wyrażających się właśnie w jej polityce kontynentalnej.
Prawica ocenia, że pomysł Opozycji na – de facto – podporządkowanie polityki polskiej interesom Ośrodka Reńskiego doprowadzi do trwałej utraty suwerenności przez Polskę i – w ostatczności – do „finlandyzacji” naszego kraju w roli terytorium buforowego między Europą i Rosją, ze wszystkimi konsekwencjami w rodzaju utrwalonej peryferyjności i strukturalnego upośledzenia ekonomicznego. W takim kontekście prawica widzi proces „federalizacji” Unii Europejskiej i dlatego mu się jak może przeciwstwawia broniąc oryginalnej koncepcji „Europy Narodów” jako antytezy „Państwa Europejskiego”.
Prawica nie widzi żadnej możliwości, żeby – biorąc pod uwagę obecne ukształtownie Unii Europejskiej – kraje naszej części Europy kiedykolwiek uzyskały w tej instytucji należną im rolę. Prawica uważa, że wręcz przeciwnie – wbrew werbalnym deklaracjom – obecna konstrukja UE wymusi trwałą marginalizację naszego regionu i utratę jakiegokolwiek realnego wpływu na podejmowane decyzje. Prawica słusznie zauważa, że w obecnej Unii zmarginalizowaniu legły nawet silniejsze od nas kraje, takie jak Włochy, więc nawet nie ma co roić sobie, że przystępując do niemieckiego planu „Zjednoczonej Euopy pod przywództwem niemieckim” Polska cokolwiek zyska.
Przebieg wojny na Ukrainie ujawnił z całą jaskrawością podwójną grę Niemiec i Francji, które chociaż werbalnie deklarują największo pomoc dla tego kraju, w praktyce robią bardzo mało – najmniej jak wizerunkowo jest to możiwe. Ujawnił też, jak samotna strategicznie jest Polska, gdyż nawet USA prowadzą tu politykę nadzwyczaj ostrożną, starając się uwzględniać interesy Niemiec, których potrzebują w ewentualnej rozgrywce z Chinami.
Rachunek jest tu jednak prosty – powrót do podporządkowania się interesom Niemiec jest zawsze możliwy. Polska w każdej chwili może podpisać (Opozycja o tym wręcz marzy) glejty, które związą Polskę takimi ramami międzynarodowymi, że np. nie da się tu wybudować ani elektrowni jądrowej, ani zakładów zbrojeniowych z prawdziwego zdarzenia, ani w ogóle niczego poważnego, co nie byłoby dobrze widziane w Berlinie. Mówiąc krótko – rezygnacja z suwerenności za garść eurasków jest możliwa w każdej sytuacji. Niemcy przyjmą to z otwartymi rękami!
Natomiast możliwość wyemancypowania się Polski na kraj w pełni suwerenny, na utworzenie w naszym regionie podmiotu politycznego, którego siła i znaczenie uczynią go realnym podmiotem polityki międzynarodowej, podmiotem z którym zarówno Niemcy jak i Francja będą po prostu zmuszone dogadywać się w sprawach kluczowych – nadarzyła się właśnie jako przypadek jednen na stulecie albo na dwa.
Polska nie może tej szansy zmarnować!
Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.
Zostaw komentarz