Zastanawiam się, ilu z was wie, że Dzień Zwycięstwa zaczęto obchodzić w ZSRS prawie 20 lat po wojnie?

Ani Stalin, ani też Chruszczow nawet nie rozważali pomysłu ustanowienia nowego święta.

.

Dlaczego Stalin nie świętował?

Ba, czemu nie wziął udziału w defiladzie 24 czerwca 1945 r. w Moskwie?

Jako głównodowodzący powinien zamanifestować swoją rolę w „wojnie ojczyźnianej”.

I odebrać paradę.

I dlaczego nie świętował Chruszczow?

.

Dopiero najbardziej odznaczony uczestnik II wojny światowej, Leonid Iljicz Breżniew wprowadził to świeckie święto w 1964 roku.

Odpowiedź jest prosta. 22 czerwca 1941 roku to nie był początek „wojny ojczyźnianej” wywołanej podstępnym i zdradzieckim napadem Hitlera.

Naprawdę dzień ten oznaczał kres rojeń, obecnych wśród towarzyszy na Kremlu od czasów Lenina i Trockiego, o wielkiej wojnie, która pogrąży świat kapitalistyczny i da wolność uciskanemu proletariatowi Europy.

Czytaj: władza sowiecka sięgnie od Gibraltaru po Nordkap i od La Manche do Władywostoka.

A potem rozleje się dalej – na Chiny, Indie i kolonie w Azji i Afryce.

Tymczasem nagły atak Hitlera na ZSRS pokrzyżował te plany..

.

Stalin, podobnie jak inny socjalista Hitler, nie ukrywał swoich zamiarów.

Pierwszy, oficjalny sygnał, świadczący o tym, że Armia Czerwona szykuje się do „wyzwoleńczej” wojny, padł już latem 1940 roku.

.Na łamach moskiewskiej Prawdy (Правда) 18 sierpnia 1940 roku generał Georgij Bajdukow pisał:

.

Ileż szczęścia i radości będą wyrażały spojrzenia tych, którzy tu, w kremlowskim pałacu, przyjmą do rodziny narodów świata ostatnią z republik! Widzę już oczyma wyobraźni te bombowce, które obracają w perzynę fabryki, węzły kolejowe, mosty, magazyny i pozycje wojsk nieprzyjaciela; samoloty szturmowe zasypujące gradem pocisków kolumny wojsk i stanowiska artylerii; okręty desantowe wysadzające nasze dywizje na tyłach nieprzyjacielskich armii.

Potężna i groźna flota powietrzna Kraju Rad wraz z piechotą, artylerzystami i czołgistami wypełnią swój święty obowiązek i pomogą uciskanym narodom uwolnić się od ciemiężycieli!

.

Zbrojenia ZSRS w drugiej połowie lat 1930-tych nie miały równych sobie. Natomiast stan Czerwonej Armii w czerwcu 1941 roku bezdyskusyjnie czynił z niej najsilniejszą armię świata.

Czołgów i samolotów Związek Sowiecki miał więcej, niż wszystkie wojujące kraje świata…. razem.

Ilość wojsk powietrzno-desantowych (używając dzisiejszej nomenklatury) przekraczała 200 (dwieście!) razy stan wszystkich innych armii świata łącznie (1940). Na Morzu Czarnym z kolei budowano trzy (4?) potężne okręty liniowe typu Sowietskij Sojuz, które po wyposażeniu byłyby najpotężniejszymi w Europie, ustępując jedynie japońskim typu Yamato. Do tego dodać należy najliczniejszą armię pancerną świata, której rzekomo przestarzałe w chwili wybuchu wojny czołgi (np. T-28) i tak pozostawiały sporo w tyle nawet te najnowsze Panzerwaffe, o włoskich nie mówiąc, natomiast czołgi serii BT (od bystrochodnyj tank) w zamierzeniu miały być użyte jako szybki zagon pancerny przenikający szybko w głąb pozycji przeciwnika(prędkość maksymalna na kołach – prawie 90 km/h!). Bo sprawdzić się mogły jedynie w ofensywie, do obrony nie nadawały się zupełnie. Poza tym ich ilość przewyższała łączną ilość czołgów wszystkich walczących stron w tym czasie.

Zabłysły w swej roli dopiero latem 1945 roku, kiedy to Armia Czerwona zdemolowała Armię Japońską w Mandżurii właśnie dzięki nagłemu atakowi szybkich sił pancernych.

Tak miało być latem 1941 roku w Europie.

Tak samo, jak w 1920 roku Armia Czerwona miała przynieść wyzwolenie uciemiężonym proletariuszom całej Europy.

Późniejszy „wróg ludu”, jeden największym w dziejach świata masowych morderców (pacyfikował bunty na wsiach Związku Sowieckiego) Michaił Tuchaczewski jeszcze 2 lipca 1920 roku nawoływał swoich żołnierzy:

Bohaterscy żołnierze Armii Czerwonej!


Nadszedł czas rozrachunku.


Armia Czerwonego Sztandaru oraz armia drapieżnego Białego Orła stanęły naprzeciw siebie przed bojem na śmierć i życie.

Przez trupa Białej Polski prowadzi droga ku ogólnoświatowej pożodze.

Na naszych bagnetach przyniesiemy szczęście i pokój masom pracującym.

Na zachód!

W 1941 r. na drodze nie stała „pańska” Polska, ale bratni socjalistyczny kraj – III Rzesza Niemiecka.

Kraj, który wojował już prawie z całym światem. I czynił to również dzięki surowcom otrzymywanym ze Związku Sowieckiego.

Wg ocen stalinowskiego wywiadu kompletnie nie przygotowany do wojny obronnej na wschodzie.

Tym bar5dziej do agresji. Wszak czołgi, podstawowy oręż ówczesnych armii, nie były w stanie dotrzeć do Moskwy bez generalnego remontu.

Nawet w przypadku braku jakiejkolwiek obrony Wehrmacht stanąłby w połowie drogi z przyczyn technicznych.

Poza tym ani siły pancerne, ani też lotnictwo nie dysponowało konieczną do odparcia napaści siłą.

Czołgów i samolotów miała bowiem Armia Czerwona więcej, niż inne armie wojujących krajów.

Razem!

Armia Czerwona grupowała się nad zachodnią granicą praktycznie od końca 1940 roku.

Żołnierze Wehrmachtu pod koniec czerwca i w lipcu 1941 roku zdziwieni oglądali nagromadzone tuż za linią dzielącą jeszcze do niedawna oba mocarstwa…. szyny kolejowe i składy węgla.

Stojące koło siebie zniszczone tanki, którym równych Niemcy wówczas nie posiadali.

Olbrzymie zapasy amunicji składowane…. pod gołym niebem!

Na marginesie – każdy, kto miał zaszczyt służyć w ludowym Wojsku Polskim zdaje sobie sprawę, jak bardzo wrażliwe na warunki atmosferyczne są pociski.

Wystarczył mocniejszy deszcz, a cały zapas byłby jedynie kupą metalu do ponownego przetopienia.

Co innego, gdy za moment działa miały wystrzelić. Wtedy składanie amunicji na gołej ziemi miało sens.

Ba, z przyczyn logistycznych było konieczne.

Inna, ważna wskazówka – najlepsza na świecie artyleria nie sprawdziła się po 22 czerwca.

Gdy Niemcy przesłuchiwali jeńców ze zdumieniem dowiadywali się, że dowódcy baterii… nie byli wyposażeni w odpowiednie mapy!

Zamiast terenów Związku Sowieckiego byli wyposażeni w kartograficzne opracowania ziem III Rzeszy, czyli II RP.

Zaraz, zaraz…. Ktoś pewnie powie, a co mają mapy do armat?

Pytający zapomina, że czasy, gdy artylerzysta celował za pomocą lufy, a odległość strzału karabinowego bywała większa, niż armatniego, to już daleka przeszłość.

Podczas II wojny światowej artyleria zazwyczaj była ukryta bądź też odsunięta od linii frontu tak, by bombardując przeciwnika sama pozostawała niewidoczna. Właśnie dla takiego strzelania, obrazowo – za horyzont, potrzebne są szczegółowe mapy.

Artylerzysta nie jest widoczny, ale i sam nie widzi celu.

Obserwator artyleryjski podaje jego współrzędne a podczas prowadzenia ognia konieczne poprawki.

Brak mapy = brak celności.

.

Kolejny dowód, którego Sowieci a później Rosjanie nie potrafili ukryć to ogromna ilość jeńców, zagarniętych przez Wehrmacht w pierwszych tygodniach wojny.

Dzisiaj mówi się nawet o …. 2 milionach.

Pytanie, dlaczego ludzie ci znaleźli się nad ówczesną granicą ZSRS z Niemcami, Węgrami i Rumunią?

Odcięcie armii od zaopatrzenia, często nawet od amunicji, która nie dotarła jeszcze na przyszły front  spowodowało niewyobrażalną klęskę.

Z kolei wybudowanie kilkudziesięciu lotnisk tuż obok granicy (bywało, że nawet w odległości kilku kilometrów – rekord to 3!) było przyczyną zniszczenia na ziemi ok. 2000 samolotów sowieckich już w pierwszych godzinach ataku.

Nagły atak pozwolił również na przejęcie sporej ilości sowieckich armat polowych 3-calowych (76,2 mm) które… uratowały Wehrmacht przed rozjechaniem przez sowieckie tanki.

Istniejąca bowiem na wyposażeniu niemieckim broń przeciwpancerna była bezradna wobec pancerzy czołowych czołgów KW (żadna armia na świecie nie miała podobnych) oraz T-34.

Sowiecka historiografia podkreśla, że czołgów wyżej wymienionych typów w czerwcu 1941 r. było niewiele.

To prawda, ale i tak blisko dwa razy więcej, niż wszystkich Tygrysów zbudowanych w Niemczech przez… całą wojnę!

Pozostałe typy czołgów, którymi Stalin dysponował, i tak górowały nad niemieckimi. Uważane za nieprzydatne w wojnie obronnej czołgi BT-5 (do 7) miały za uzbrojenie armatę przeciwpancerną kalibru 45 mm. Niemcy takich dział czołgowych nie posiadali.

Sowiecki moździerz kalibru 120 mm był najlepszy na świecie. Po zdobyciu kilku egzemplarzy Niemcy… skopiowali model i wyposażyli weń własne oddziały.

Ba, zetknęli się z czołgiem ciężkim KW-2, uzbrojonym w armatohaubicę kal. 152 mm, w istnienie którego nie wierzyli niemieccy generałowie.

Zaskoczeniem było lotnictwo, w szczególności „latający czołg” Ił-2, siejący postrach w szeregach.

Lament sowieckich i rosyjskich historyków – ale tych samolotów było za mało! Dziwnie brzmi, jeśli porówna się z ilością bombowców nurkujących Ju-87 Stuka, używanych przez armię niemiecką.

Iłów było więcej!

Ba, 17 września 1939 roku wojska sowieckie atakujące od wschodu Polskę miały na stanie o ponad 30% więcej czołgów, niż Wehrmacht wraz z sojusznikami 22 czerwca 1941 roku na całym froncie od Bałtyku po Morze Czarne.

Na dodatek były to czołgi jakościowo… lepsze niż niemieckie dwa lata później.

Wstydliwym dla Wehrmachtu powinno być, że pośród atakujących ZSRS czołgów znalazły się także dwuosobowe tankietki uzbrojone jedynie w broń maszynową PzKpfw I. Typ ten zgodnie z założeniami miał służyć wyłącznie do szkolenia przyszłych tankistów.

Tymczasem naprzeciwko czaiły się potężne KW-1 o pancerzu nieprzebijalnym dla dowolnego działa niemieckiego czołgu.

Nawet „przestarzałe” T-28 dysponowały pancerzem o wiele grubszym niż czołgi niemieckie (80 mm wobec 30mm).

Lepsze od większości niemieckich były również T-26 (unowocześniona wersja brytyjskiego Vickers 6 Ton, na którym wzorowany był i nasz 7TP).

O wyższości sowieckiego uzbrojenia nad uzbrojeniem dowolnej innej armii tego okresu można by pisać tomy.

Ważne jest natomiast co innego – sowiecka armia w odniesieniu do innych najsilniejszą była właśnie w czerwcu 1941 roku.

Zadufanie Stalina i jego sztabu, przekonanie, że Hitler nie ośmieli się uderzyć w obawie przed walką na dwa fronty to źródło porażającej klęski.

.

Gdyby jednak Stalin uprzedził Hitler nawet o tydzień świat wyglądałby zupełnie inaczej. Hiszpańskie, francuskie, norweskie, szwedzkie, fińskie, niemieckie, włoskie itp. GUŁAG-i zapewniałyby półdarmo siłę roboczą, a płomień rewolucji rozgorzałby w Japonii, Australii, Nowej Zelandii, Meksyku…

Stalin zdawał sobie sprawę z jednego. Związek Sowiecki by przetrwać musi podbijać nowe tereny.

Nie jest w stanie zwyciężyć pokoju.

II wojna światowa miała doprowadzić do upadku kapitalizm (przynajmniej ten europejski) tak, aby Związek Socjalistycznych Republik Europejsko-Azjatyckich opanował większą częśc świata.

A potem rewolucja w Meksyku, Brazylii, Argentynie, Chile, Japonii….

Nowy, wspaniały świat….

Jeśli więc patrzeć, co naprawdę się stało, jak zakończyła się II wojna światowa widać wyraźnie, że Hitler… ocalił cywilizację.

Szok, prawda?

Ale to właśnie Hitler został wybrany przez Stalina jako ten, który utoruje drogę sowieckim tankom.

Czerwonoarmistom, którzy postrzegani będą początkowo jako wyzwoliciele.

Uczeń czerwonego czarnoksiężnika uznał jednak, że jego rola jest inna. Walcząc o swoje życie zaatakował pierwszy.

Część Europy dzięki temu ocalała.

Pozostali przez długie lata walczyli o wyzwolenie.

Cokolwiek dziś będziemy mówić, straszyć Rosją jak tylko się da (a nawet nie da) jedno jest pewne.

Rosja to nie jest Związek Sowiecki.

Może nam zagrażać militarnie, ale jej kroki nie są dyktowane ideologią.

Putin, a potem inni prezydenci, nie są groźni.

Atomówy nam nie spuszczą, bo niby po co. Podbić nie podbiją, bo gros wpływów z eksportu ropy naftowej mają od nas. Kury znoszącej nawet srebrne jaja nie przeznacza się na rosół.

Medialne napinanie jest tylko medialnym napinaniem.

Niczym więcej.

Głupcami są ci, którzy biorą to na poważnie.

O wiele groźniejszy jest atak ideologiczny.

A ten od wielu lat (dekad?) nie sączy się już ze Wschodu.

21.06 2019