Smakuje jak niedokończony film, przerwana w pośpiechu rozmowa, za szybko zamknięte drzwi, wzrok odwrócony w stronę smartfona, wypowiedziane w pośpiechu “do widzenia”. Samotność ma w sobie coś z lęku i wyczekiwania zarazem. Momentami staje się parafrazą siebie samej. Zazwyczaj nieudaną.

W samotności lepiej się słyszy samego siebie, który w danym momencie nie ma nic do powiedzenia ani sobie ani innym. Siebie samego widzi się niczym ślepego i głuchego, a jednocześnie spragnionego słuchania i patrzenia na innych. W samotności człowiek nie chce się z nikim dzielić tym, czego nie ma. Bo czym miałby się wówczas podzielić.

Samotność wyostrza wzrok na ludzi niesamotnych. Zazdraszcza się im choćby zdawkowych kontaktów z innym człowiekiem, a nawet zwykłych sprzeczek – burz, po których nastaje pogoda. Ale przede wszystkim tych codziennych zwykłych wymian zdań prozaicznych – cześć, dzień dobry, idź już sobie bo mnie denerwujesz. Niesamotni nawet rutynowo związani z kimś na co dzień rzadko to dostrzegają. Bo nie mają wzroku i czucia samotnych.

Samotność nie pojawia się z przypadku. Jest konsekwencją własnych zaniedbań, ale najczęściej doświadczeń swoich przodków. Mój dziadek był samotny, Tato także był na swój sposób samotny w tłumie, który go lubił i podziwiał. Dopiero po Jego śmierci zrozumiałem, jak dużym szacunkiem go darzono, mimo że w moich oczach był nieudacznikiem. Ale wiem też, że był smutnym człowiekiem. Coraz bardziej się do niego upodabniam.

Samotność nie musi z konieczności wiązać się ze smutkiem. Znam wielu samotnych, którzy przeczą tej regule, ale to jednak wciąż pozostaje regułą. Ale to jest wielka walka po troszę wbrew sobie. Myślę, że niewielu ją wygrywa.

Kto nie był kiedyś samotnym, niech pierwszy rzuci różę…

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.