Odkąd dwa tygodnie temu rozwaliłem sobie nogę na dworcu PKP Warszawa Zachodnia. Początkowo o dwóch kulach, od kilku dni już o jednej. Noga dochodziła do siebie. Tymczasem wczoraj podczas karmienia świniaków kula wymsknęła się i runąłem z hukiem na podłogę, oczywiście na… lewą chorą nogę. Szczęśliwie nie przywaliłem łbem o coś kanciastego. Upadek musiał być głośny, bo MC Zender wpadł do pokoju, żeby zobaczyć co się stało i podnieść mnie z podłogi. Leżąc, przez chwilę zastanawiałem się czy to dobrze, że spadłem na lewą niż na prawą, bo tak przynajmniej jedna pozostaje zdrowa.
Uświadomiłem sobie, że w ostatnich15 latach trzykrotnie rozwalałem sobie tę nogę. Pierwszym razem w Beskidzie Śląskim (zbiegając z góry potknąłem się i poleciałem – jak twierdzą świadkowie – dobrych kilka metrów). Drugim razem pod jednym zamkiem na Słowacji, gdy również postanowiłem zbiec ze stromej górki. No i trzeci raz dwa tygodnie temu w Warszawie. Ta środkowoeuropejska epopeja zwichnięcia lewej nogi z pewnością zasługuje na osobne opowiadanie.
Obecnie ledwo poruszam się do łazienki i z powrotem. Więcej leżę niż siedzę, robota leży odłogiem, słucham sobie wykładów z YT. We wtorek o 11:00 mam się stawić w szpitalu w przychodni ortopedycznej. Wtedy okaże się co się tam w środku stało i ile będzie trwać leczenie.
Tymczasem poszukuję osoby z Cieszyna lub okolic, która mogłaby wypożyczyć na pół dnia wózek inwalidzki na wypadek, gdybym do tego czasu nie zaczął się jako tako poruszać.
Zostaw komentarz