W środku nocy w strugach deszczu karetka przywiozła na SOR Starego Rumuna z Parku Pokoju. Początkowo nie chcieli go przyjąć, bo obcokrajowiec, ale miał ze sobą kartę EKUZ i nie mieli wyjścia. Ostatecznie to obywatel UE ubezpieczony w swoim państwie. Stary Rumun leżał niemal nieruchomo na łóżku transportowym w swym owczym futrze i kaciuli (tradycyjne rumuńskie okrycie głowy). Został zaatakowany przez rój agresywnych gołębi w momencie gdy przechodził koło pomnika Leopolda Szersznika. Gołębie podziobały go po wszystkich nieokrytych owczym kożuchem częściach ciała. Tylko interwencja rezolutnej kelnerki z Cafe Muzeum – zapobiegła najgorszemu. Czyli zadziobaniu starego Rumuna na śmierć przez gołomby. Stary Rumun jęczał, ale cicho, jakby do wewnątrz siebie, przywołując duchy przodków.

– Gdzie z nim jedziemy? – zapytał krępy pielęgniarz w zakrwawionym fartuchu, ten sam co po północy zwozi do piwnicy ciała pacjentów, których operacje się nie udały. – No gdzie mam jechać z nim? – krzyczał do dyżurki.

– Na razie nigdzie. Najpierw musi go obejrzeć lekarz dyżurny, ale właśnie pali papierosa przed budynkiem. Jak skończy, to się nim zajmie.

– Imię i nazwisko – powiedział lekarz dyżurny do starego Rumuna, a widząc jego tragiczną sytuację odpalił papierosa i włożył mu do ust.

– Tu nie wolno palić – zaprotestowała recepcjonistka.

– Wielu rzeczy nie wolno robić, ale warto, bo upiększają życie i czynią nas wolnymi, wszystko w dupie mającymi. Takimi nibyaniołami szorującymi skrzydłami po podłodze.

– Rumun chętnie skorzystał z papierosa i powiedział w swoim języku, że nie rozumie – Nu înțeleg.

– Nicio problemă, a spus medicul, am petrecut câțiva ani în România la păscut oi. (Nie ma problemu – powiedział lekarz – kilka lat spędziłem w Rumunii na wypasie owiec.) – powiedział lekarz.

– Vă rog să mă trimiteți la secția de traumatologie și ortopedie. Se presupune că sunt oameni drăguți acolo. (Niech mnie pan skieruje na oddział urazowo-ortopedyczny. Tam podobno są mili ludzie.) – poprosił lekarza stary Rumun.

– Ej ty, karzeł, wieź pana Rumuna na VI piętro, tylko gibko – zawołała do krępego pielęgniarza z zakrwawionym fartuchu lekarz. Ksywka „karzeł” była znana wszystkim na szpitalu, ale pielęgniarza zabolało to, że dowiedzieli się o niej wszyscy czekający w poczekalni SOR.

W windzie pielęgniarz uważnie przyglądał się staremu Rumunowi, który właśnie dopalał papierosa otrzymanego od lekarza dyżurnego na SORze. Coś ty za jeden – myślał odwracając od niego wzrok. W rogu kabiny siedział jak zwykle skulony pomocnik „karła” i dopijał kolejną małpkę. On wychodził z windy tylko wówczas gdy była jakaś nadzwyczajna potrzeba, a tak tylko kursował między piętrami zwinięty w kłębek.

– Jesteśmy na oddziale – powiedział pielęgniarz staremu Rumunowi. – ale pamiętaj Pan, to nie hotel, tu są regulaminy, terminy, odwiedziny, inspekcje i inne sytuacje. Po rumuńsku ci tego nie powiem – niech się ten mądrala lekarz z SORu tu zjawi to Ci wytłumaczy.

– Dajcie go do sali nr 5, tam jest jedno wolne łóżko – zaordynowała przełożona pielęgniarek i wróciła do przeglądania śmiesznych filmików na TikToku.

– Absolutnie żadnych łóżek. Nigdy w życiu nie spałem na łóżku! – zaprotestował stary Rumun.

– To niby gdzie mamy Cię położyć? – zapytała pielęgniarka.

– W jakimś zaciemnionym kącie i dajcie mi worek siana, albo dwa, zrobię sobie posłanie. Inaczej nie zasnę. Zrobię sobie legowisko, a jak wyjdę z waszego szpitala to jeszcze nie jeden z niego skorzysta.

– To fenomenalne – westchnął młody lekarz dyżurny z oddziału VI. On jest taki fantastycznie offroadowy, maksymalnie zniuansowany do poziomu cheapfolku, i jednocześnie taki autentyczny, Fajnie, że do nas zawitał – westchnął młody lekarz drapiąc się po brodzie.

– Panie doktorze, ale on nie chce leżeć na łóżku – powiedziała pielęgniarka.

– Pani Zuzanno, to jest kwestia różnic kulturowych. On nigdy nie spał na łóżku. Czułby się z tym źle. Nie miałby snów, wierciłby się, krzyczał. Po co nam to? Na końcu korytarza pod kaloryferem stary Rumun sam uwije sobie legowisko. – powiedział spokojnym tonem lekarz.

– A co z posiłkami? – zapytała pielęgniarka.

– Stary Rumun zasadniczo żywi się własnym serem owczym, którego ma za pazuchą nieograniczone niemal ilości. Od czasu do czasu możecie mu podać herbatę, kromkę chleba i kiszonego ogórka. Reszta naszego repertuaru restauracyjnego, powiedzmy sobie mocno głodowego, raczej go nie zainteresuje.

Stary Rumun urządził sobie swój pasterski barłóg pod kaloryferem na końcu korytarza, tuż przed wejściem do sekretariatu. Rozłożył się w nim wygodnie i miał z niego wgląd na cały korytarz. Na całym oddziale zapanowało zagadkowe milczenie, ludzie z sal wychodzili, żeby zobaczyć starego Rumuna a ten przyjaźnie odmachiwał im ręką. Z czasem zaprzyjaźnił się z tym pomagierem pielęgniarza w zakrwawionym fartuchu i razem pociągali sobie wysokoprocentowy alkohol w opakowaniach 200 ml.

Na oddziale zapanował wreszcie święty spokój, chorzy błyskawicznie dochodzili do zdrowia, niektórzy pacjenci przeznaczeni do operacji cudownie zdrowieli o operacja okazywała się zbyteczna, pielęgniarki były cudownie wypoczęte, a lekarze mogli się wreszcie wyspać.

Dlatego stary Rumun jest taki ważny dla naszego nieszczęśliwego miasta.