Szaleńczy pęd ku zrumuńszczeniu się jest we mnie nie do okiełznania. Myślę po rumuńsku, marzę po rumuńsku, przeklinam i błogosławię po rumuńsku. Moją biedną duszę (suflet) spowijają niebieski-żółty-czerwony – barwy flagi rumuńskiej. Gdy głaszczę rumuńskiego psa, pachnę jego sierścią, gdy dotykam rumuńskiej owcy zaczynam odruchowo beczeć, gdy przekraczam granicę węgiersko-rumuńską odmawiam odruchowo modlitwę dziękczynną.
Pokochałem ten kraj za jego dziewiczą przyrodę i za kulturę omletową, za luźnych ludzi wystających przy ulicy u gapiących się przed siebie bez sensu, za grekokatolików z Siedmiogrodu, których miało nie być bo zostali porzuceni przez Watykan i umęczeni do spółki przez komunistów i prawosławnych kolaborantów w czasach władzy „słońca Karpat” (Nikolae nie był w sumie aż tak zły, ale miał okrutną żonę). Uwielbiam Rumunię za jej wyboistą drogę do Europy zapoczątkowaną w połowie XIX wieku, za Eminescu, Ciorana i Eliadego, za Cypriana Porumbescu, który wyzionął ducha w wieku 30 lat i który ma muzeum pod Suczawą, otwierane w przerwie gdy personel zbiera owoce w przylegającym do niego sadzie.
Rumunii nie da się znienawidzić. A nawet jeśli podejmie się taką próbę, powraca się do niej ze szlochem, że już nigdy więcej nie porzuci się tej ziemi. W Rumunii zasiałem w różnych miejscach cząstkę siebie i jak tam wracam widzę, że jest mnie jakby więcej. Mogę wówczas nic nie jeść, wystarcza mi rumuńskie powietrze i lapte batut, i od czasu do czasu Meniul Mici pod Kauflandem za 10 lei z bułką i obfitą musztardą.
Jak tylko moja schorowana noga dosięgnie sprzęgła, znów tam pojadę.

Zostaw komentarz