Nie sądzę.
To że tam tak często jeżdżę wynika li tylko z potrzeby dziecięcej ślizgawki. Dzieci lubią się ślizgać, a ja wciąż pozostaję dzieckiem. Ślizgawka na zachód jest pod górkę, więc żadna uciecha. Ta na wschód jest zbyt stroma i niebezpieczna. Może kiedyś. W swym konformizmie wybrałem zatem ślizgawkę bałkańską. Do Belgradu mam 8 godzin jazdy Szerszeniem, od Belgradu do Niszu jakieś 3 godziny. Z Niszu do Skopja 2 godziny jak w Tabanovcach nie zatrzymają na dłużej.
Myślę, że nigdy nie przestałem być dzieckiem. Wciąż lubię te wszystkie nieoczywistości, te zakręty mentalne, prozaiczne sytuacje, różnego rodzaju prowokacje. Często zatrzymuję się na jakimś bałkańskim zadupiu, dając odpocząć Szerszeniowi, oglądam się wokół i doświadczam bycia na pustyni, nicniemania ogólnego. Jednocześnie fascynuje mnie to i przeraża. I nie bardzo wiem, co mam z tym zrobić. Myślę, że Bałkany są moją prywatną pustynią, na której spragniony i głodny lepiej słyszę swoje myśli i pragnienia.
Dopóki jestem w drodze – żyję. Jak dojeżdżam do celu – umieram. Droga męczy strasznie, a dotarcie do celu odbiera resztę sił. Nie bardzo wiadomo czy pomiędzy tymi sytuacjami istnieje jakaś nisza umożliwiająca normalne funkcjonowanie. Jakaś taka szczelina między niebyciem a byciem, w której można byłoby odpocząć choćby na chwilę.
Zawsze po powrocie z Bałkanów czuję się źle. Tak, jakbym został osierocony, ogołocony, odtrącony. Nie jestem w stanie zrozumieć przyczyn i jakości tego zjawiska, ale zawsze tak jest. Jednocześnie czuję się winny temu, że stamtąd wyjechałem mimo, że byłem się w stanie do tamtych realiów łatwo przystosować. Pozostaje ból, wstyd i upokorzenie.
Jedynym optymistycznym akcentem ostatniej podróży pozostaje to, że wciąż potrafię być jednak dzieckiem ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bycie dzieckiem nie oznacza bycie infantylnym. Oznacza tylko tyle i aż tyle, że potrafię nadal cieszyć się z drobiazgów i okruszków, i że mam pewność, że Ktoś nade mną czuwa. Reszta już do mnie nie należy.
Zostaw komentarz