W Mołdawii byłem dwukrotnie jeśli wziąć pod uwagę przekroczenie granicy z nielegalnym, ale za to uzbrojonym Naddniestrzem. W Kiszyniowie spałem w hostelu dworcowym. Z dywanami na podłodze, na ścianach, ale na suficie już nie dali rady. Gdy wychodziłem z pokoju do łazienki, natychmiast uruchamiała się taka tłusta baba pełniąca obowiązki. I pytała wprost: A wy za cziem? Groźnie pytała, jakby wysikanie się było nieobjęte prawami człowieka. Zawsze dumnie odpowiadałem: za wsiem, szto ja uznaju.
Innym razem o mało mnie na zakuli w kajdanki za próbę nielegalnego przekroczenia granicy w drodze do kibla na granicy mołdawsko-rumuńskiej. Na szczęście byłem pod wpływem, więc tematy się rozluźniły i kazali tylko do auta wsiadać.
Teraz po raz pierwszy jadę sam. W połowie listopada ruszam. Ląduję w Kiszyniowie w połowie listopada i tego samego dnia zamierzam dotrzeć do Orcheja Starego (Orheiul Vechi) i z buta okrążyć okoliczne wsie. Nigdy nie byłem na Białorusi, ale wydaje mi się, że Mołdawia to taka Sycylia b. Związku Radzieckiego. Podróżując po tych stronach zawsze popełniam mnóstwo gaf, które ostatecznie ratują mi życie. Albowiem ja na Wschodzie oddycham pełną piersią, w odróżnieniu od tych z Zachodu, którzy tylko próbują w połowie jednym płucem.
Mnie Wschód wchłania jak chce. Jak swojego, bo rodzina przecież ze Lwowa i Stanisławowa.
Pierwszy dzień w Mołdawii to będzie patrol rozeznawczy. Trochę poczytałem, trochę zobaczyłem. Ja nie podróżuję dla widoków i zabytków. One są w internecie. Mnie interesują ludzie. Ich sytuacje, problemy, stanowiska. Tego nie ma w internecie, bo ci starzy ludzie nawet nie wiedzą co to internet. Uwielbiam się do nich przysiadać i rozmawiać…I wysłuchiwać tych opowieści, że kiedyś był raj, a teraz raju niet.
Będę pisać relacje z włóczęgi.
Zostaw komentarz