Jędruś,długo nosiłam w sobie ta opowieść. Miałam przyrodniego brata,który będąc 17latkiem,był w wojsku polskim,które walczyło z bandami UPA w Bieszczadach w latach 1947-1950. Ja,będąc już nastolatka, często pytałam go,co tam widział,jak było. Niechętnie powracał do tamtych lat i tylko strzępki tych wspomnień pamiętam. Widział niewyobrażalne okrucieństwo i mówił,że tylko bestie,potwory w ludzkiej skórze mogły czynić tyle czystego zła i bestialstwa drugiemu człowiekowi. Jedyne,co chętnie mi opowiadał to to,że w ich oddziale był pies. Pies,który miał przyznany stopień (aby miał przyznana rację żywnościowa)- zawsze szedł „na czujce” a żołnierze bacznie go obserwowali. Kiedy przysiadał – zagrożenie,kiedy się kładł,oni też się kładli. Kto lekceważył jego zachowanie-ginal od kul banderowców. Do 1950 roku,mój brat był w Bieszczadach, później wrócił do naszego miasta-Lodzi. Ot,takie małe wspomnienie. Dzisiaj jestem 70letnia panią,którą czyta Twoje opowieści wnukom,żeby pamięć i świadomość tego,co naprawdę było nie zaginęła. Dziękuję Ci bardzo,za Twoją naprawdę ważną pracę.
Noc była ciemna, a nad Bieszczadami skrzyły się tysiące gwiazd. Warty przed posterunkiem w Baligrodzie czuwały bez przerwy, dzień i noc. Nagle, kilka metrów od ceglanych murów, pojawił się cień. Wartownik przeładował broń. – Nie strzelaj, to pies! – krzyknął ktoś, ale było już za późno. Głuchy wystrzał przeciął ciszę. W ostatniej chwili Gienek podbił lufę karabinu – kula poszła w niebo. Pies zatrzymał się, opuścił głowę. Nie uciekał. Stał tak, jakby czekał, aż dopełni się jego los. Z posterunku wybiegli uzbrojeni ludzie. Chude, zmarnowane zwierzę czekało na swój koniec. Był to wilczur, wycieńczony i poraniony – widać było, że wiele przeszedł. Po krótkiej naradzie postanowiono go przygarnąć. Gienek przygotował posłanie, nakarmił psa. Nim zasnęli, długo patrzyli sobie w oczy. Kilka dni później wilczur był już pełnoprawnym członkiem załogi. Imię dostał szybko – Heks. Od tej pory nie odstępował Gienka ani na krok. W nocy czuwał na wartach razem z żołnierzami. Każdy dzień przynosił nowe tragedie – płonęły domy, ginęli niewinni ludzie, a łuny pożarów niemal co noc rozświetlały bieszczadzkie niebo. Heks okazał się niezastąpiony. Gdy topniały resztki śniegu, a błotniste drogi i wezbrane potoki utrudniały marsz, informator wskazał miejsce rzekomego bunkra UPA. Oddział ruszył w szyku ubezpieczonym, gdy nagle pies wpadł w szał – szczekał i warczał w stronę jaru. Dowódca wstrzymał kolumnę. Idealne miejsce na zasadzkę. Żołnierze zajęli pozycje. Czy wysłać szpicę? Czy zawrócić? Gienek przywołał psa – Heks przyszedł posłusznie, ale dalej jeżył sierść i wpatrywał się w ciemność. Zdecydowano o odwrocie. Kilka dni później ujęty banderowiec zeznał, że właśnie w tym miejscu czekała na polski oddział zasadzka. Bunkier był blefem. Dzięki psu ocalono wielu ludzi. Niedługo potem Heks znów uratował żołnierzy – zatrzymał ich tuż przed polami minowymi. W Baligrodzie mówiono o nim już jak o bohaterze. „Operacja Wisła” odcięła banderowców od zaopatrzenia. Wydawało się, że życie wraca do normy. Nic bardziej złudnego – w lasach wciąż kryły się niedobitki sotni i kureni, które siali strach i śmierć. Oddział Gienka stacjonował w okolicach Tarnawy. Kilka dni wcześniej Heks skaleczył łapę – ktoś rozrzucił tłuczone szkło, by go uśmiercić. Ukraińcy nienawidzili psa. Gienek bardzo się o niego martwił, ale lekarz nakazał, by pies jak najmniej chodził. Tego wieczoru młody żołnierz wybierał się do dziewczyny, mieszkającej kilometr dalej. Heks uniósł głowę, chciał iść, ale rana nie pozwalała. Gienek pogłaskał go, wziął broń i ruszył sam. Przechodził pod starą jabłonią, gdy nagle ktoś rzucił mu się na plecy. Drugi bandyta wytrącił mu karabin. Błysnęły noże. Był bez szans. Kilkaset metrów dalej stacjonowali koledzy – ale wystrzał zdradziłby wszystko. Miał zginąć po cichu. Napastnik zamachnął się nożem. I wtedy czarny cień przemknął przed oczami Gienka. Rozległ się przeraźliwy krzyk. To Heks, pomimo bólu, przybiegł za nim. Rzucił się na bandytę, rozrywając mu plecy. W tej samej chwili padły strzały. Kula przeszyła psa, a Gienek trafił napastnika. Obaj runęli na ziemię. Obok leżało ciało kolejnego bandyty, któremu Heks rozszarpał gardło. Żołnierze nadbiegli, ale było już za późno. W miejscu, gdzie poległ, pochowano wiernego psa. Do ostatniej chwili swego życia Heks był najwierniejszym z wiernych.
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz