Państwo z gumy, czyli kiedy prerogatywy prezydenta trafiają do prokuratora.

Są granice absurdu w państwie prawa. Problem w tym, że właśnie obserwujemy moment, w którym ktoś postanowił je sprawdzić — i to z rozmachem godnym politycznego eksperymentu. Oto prokurator, rękami ministra sprawiedliwości, sięga po kompetencje prezydenta i próbuje poddać je śledztwu. Nie decyzje administracyjne, nie prywatne działania — lecz prerogatywy głowy państwa. Jeśli to nie jest konstytucyjny zgrzyt, to czym właściwie jest?

Prerogatywy prezydenta nie są ozdobą ustrojową ani „opcją do negocjacji”. To fundament równowagi władz. Ich istota polega właśnie na tym, że są wyłączone spod bieżącej kontroli innych organów — w tym prokuratury. W przeciwnym razie przestają być prerogatywami, a stają się decyzjami urzędnika niższego szczebla, który musi oglądać się przez ramię na śledczego z teczką.

Co oznacza sytuacja, w której prokurator zaczyna badać, czy prezydent — poprzez swoich współpracowników — właściwie skorzystał ze swoich konstytucyjnych uprawnień? Oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko próbę podporządkowania jednej władzy drugiej. A to już nie jest zwykły spór prawny. To naruszenie samej konstrukcji państwa.

Bo jeśli dziś można wszcząć śledztwo w sprawie prerogatyw prezydenta, to jutro można będzie zrobić to samo wobec każdej decyzji, która komuś politycznie nie odpowiada. Granica przestaje istnieć. Państwo prawa zaczyna przypominać plastelinę — elastyczną, podatną na nacisk, formowaną według bieżącej potrzeby.

Oczywiście, zawsze znajdą się uzasadnienia. Zawsze pojawi się argument o „konieczności wyjaśnienia”, „podejrzeniu naruszenia prawa”, „równości wobec prawa”. Tyle że równość wobec prawa nie polega na tym, że ignorujemy konstytucję. Polega na tym, że każdy działa w ramach swoich kompetencji — ani kroku dalej.

Nie chodzi tu o sympatie polityczne. Nie chodzi o to, kto dziś zajmuje Pałac Prezydencki, a kto gabinet ministra. Chodzi o zasadę. Jeśli ją złamiemy, precedens zostanie. A precedensy w polityce mają to do siebie, że wracają — często ze zdwojoną siłą.

Dlatego mówienie, że mamy do czynienia jedynie z „normalnym działaniem prokuratury”, jest albo naiwnością, albo świadomym zaklinaniem rzeczywistości. To nie jest rutynowa procedura. To wejście w obszar, który z definicji powinien być poza jej zasięgiem.

I właśnie dlatego coraz częściej padają słowa o zamachu stanu. Nie w sensie czołgów na ulicach i zawieszenia konstytucji z dnia na dzień. Ale w sensie cichszym, bardziej wyrafinowanym — przesuwania granic, rozszczelniania systemu, testowania, jak daleko można się posunąć.

Bo zamach na państwo prawa nie zawsze zaczyna się od huku. Czasem zaczyna się od decyzji podpisanej w ciszy gabinetu.