Dawno, dawno temu istniało imperium, nad którym nigdy nie zachodziło słońce. Dziś nad jego stolicą często nie widać nawet nieba, bo zasłaniają je formularze, regulacje i kolejne strategie naprawy skutków poprzednich strategii.

Anglia była kiedyś krajem odkrywców, wynalazców i kupców. Dziś coraz bardziej przypomina korporację zarządzaną przez dział compliance. Dawniej budowała okręty, dziś produkuje raporty. Dawniej wysyłała administrację na drugi koniec świata, dziś nie potrafi naprawić własnej kolei bez wielomiesięcznych konsultacji.

Najbardziej fascynujące jest jednak to, że ten upadek nie nastąpił wskutek wojny, głodu ani katastrofy naturalnej. Nie. Brytyjczycy postanowili zrobić to sami. Z typową dla siebie kulturą, uprzejmością i kolejką do okienka.

Przez dekady słyszeli, że naród to przeżytek, granice są nieważne, tradycja jest podejrzana, a patriotyzm wymaga specjalnego pozwolenia urzędnika. W rezultacie kraj, który kiedyś miał odwagę rządzić połową świata, zaczął przepraszać za własne istnienie.

W Londynie można dziś znaleźć ludzi z każdego zakątka globu. Trudniej natomiast znaleźć polityka, który bez zażenowania potrafi odpowiedzieć na pytanie, czym właściwie jest Anglia i dlaczego warto ją zachować.

Państwo rozrosło się do rozmiarów mitycznego potwora. Każdy problem rodzi nową agencję, która tworzy nowy departament, który przygotowuje nową strategię rozwiązania problemu stworzonego przez poprzednią agencję. To gospodarka obiegu zamkniętego – tyle że zamiast surowców recyklingowi podlega zdrowy rozsądek.

Brytyjczyk pracujący płaci coraz więcej podatków, by finansować system, który tłumaczy mu, dlaczego nie wolno mu oczekiwać sprawnych usług publicznych. Jeśli pociąg się spóźnia, szpital nie działa, policja nie odbiera telefonu, a mieszkanie kosztuje pół życia kredytu – otrzyma przynajmniej profesjonalnie przygotowaną broszurę wyjaśniającą złożoność sytuacji.

Największą ironią jest jednak to, że podczas gdy Wielka Brytania zajęta była debatami o własnej tożsamości, Europa Środkowa zajęła się pracą. Polacy, których jeszcze niedawno traktowano jako tanią siłę roboczą, coraz częściej patrzą na Wyspy nie jak na ziemię obiecaną, lecz jak na ostrzeżenie.

Historia bywa okrutna. Szczególnie dla tych, którzy są przekonani, że sukces odziedziczony po przodkach będzie trwał wiecznie. Imperia nie upadają wtedy, gdy brakuje im pieniędzy. Upadają wtedy, gdy brakuje im wiary we własne istnienie.

A jeśli ktoś uważa, że to przesada, niech spojrzy na kraj, który kiedyś uczył świat rządzenia, a dziś co kilka miesięcy wymienia premiera niczym operator komórkowy promocje dla nowych klientów.

Słońce nad brytyjskim imperium już dawno zaszło. Pytanie brzmi, czy ktoś jeszcze pamięta, gdzie zostawiono latarkę.