Polityka nie wybacza próżni. Gdy jedni budują własne zaplecze, inni świadomie osłabiają konkurentów, licząc na bezlitosną matematykę systemu wyborczego. W takim układzie Mateusz Morawiecki może jeszcze wrócić do gry z poparciem sięgającym nawet kilkunastu procent, ale tylko pod warunkiem, że wykorzysta chaos we własnym obozie. Tymczasem Donald Tusk zdaje się rozgrywać partię znacznie szerzej niż bieżące sondaże – gra o taki układ sił po prawej stronie, który pozwoli mu utrzymać władzę mimo malejącego poparcia dla własnego obozu.
Jeszcze kilka miesięcy temu scenariusz, w którym Mateusz Morawiecki buduje własny projekt polityczny, wydawał się czystą publicystyczną fantazją. Dziś nie jest już pytaniem, czy byłby w stanie zgromadzić wyborców wokół siebie, lecz ilu z nich byłoby gotowych pójść za nim.
Realistyczny przedział wydaje się wynosić od 7 do 13 procent. Dolna granica oznaczałaby samodzielną obecność w Sejmie i stworzenie nowego ośrodka centroprawicy. Górna mogłaby całkowicie przebudować układ sił po prawej stronie sceny politycznej.
Nie bez znaczenia pozostaje kwestia mediów. Gdyby doszło do zmiany właścicielskiej TVN i wynikających z niej zmian w sposobie prowadzenia debaty publicznej, przestrzeń dla nowego projektu politycznego mogłaby znacząco się poszerzyć. Nie chodzi o automatyczne poparcie którejkolwiek ze stron, lecz o zmianę dynamiki przekazu i większą pluralizację debaty. W takim otoczeniu polityk o rozpoznawalności Morawieckiego miałby większe możliwości przedstawienia własnej narracji.
Jednocześnie były premier wydaje się coraz bardziej wypychany z centrum decyzyjnego Prawa i Sprawiedliwości. W partii coraz wyraźniej trwa walka o sukcesję po Jarosławie Kaczyńskim. Jednym z filarów tej strategii pozostaje projekt polityczny Przemysława Czarnka. Jeżeli jednak okaże się on niezdolny do przejęcia pełnej kontroli nad elektoratem PiS, presja na dalszą marginalizację Morawieckiego może paradoksalnie przynieść efekt odwrotny od zamierzonego.
Historia polskiej polityki wielokrotnie pokazywała, że wypychanie silnych polityków z dużych ugrupowań kończyło się narodzinami nowych projektów. Część z nich upadała, ale część na trwałe zmieniała układ polityczny.
Najciekawsza pozostaje jednak strategia Donalda Tuska. Premier doskonale rozumie, że nie musi wygrywać spektakularnie. Wystarczy, że jego przeciwnicy będą podzieleni.
Coraz częściej można odnieść wrażenie, że największym beneficjentem obecnego konfliktu politycznego staje się Grzegorz Braun. Każda kolejna medialna awantura, każda próba jego politycznej izolacji oraz każda radykalizacja przekazu powodują, że część antysystemowego elektoratu jeszcze mocniej konsoliduje się wokół jego środowiska.
Nie oznacza to oczywiście istnienia dowodów na celowe wspieranie Brauna przez rządzących. W polityce często wystarczy jednak stworzyć warunki, w których przeciwnik rośnie sam. Im bardziej spolaryzowana debata, tym łatwiej najbardziej wyraziste postacie przyciągają uwagę wyborców.
Dla Tuska taki układ może być korzystny. Każdy dodatkowy punkt procentowy zdobyty przez radykalniejszą część prawicy oznacza bowiem osłabienie największego konkurenta, czyli PiS.
I tutaj pojawia się najważniejszy element całej układanki – ordynacja wyborcza.
System D’Hondta premiuje największe ugrupowania i jednocześnie bezlitośnie karze rozdrobnienie. Nawet jeśli suma głosów oddanych na partie prawicowe byłaby wyższa od wyniku Koalicji Obywatelskiej, podział mandatów może okazać się znacznie korzystniejszy dla obozu rządzącego.
To właśnie matematyka, a nie wyłącznie polityczne emocje, często decyduje o tym, kto tworzy rząd.
Jeżeli prawica zostanie podzielona pomiędzy PiS, Konfederację, środowisko Grzegorza Brauna oraz ewentualny projekt Mateusza Morawieckiego, każdy kolejny procent poparcia zdobywany osobno może oznaczać utratę mandatów w skali całego bloku.
Donald Tusk doskonale zna tę mechanikę. Nie musi przekonywać wyborców prawicy do głosowania na siebie. Wystarczy, że będą głosować na różne partie.
Dlatego najbliższe miesiące mogą okazać się decydujące nie tylko dla przyszłości Morawieckiego, ale również dla całej polskiej centroprawicy. Jeżeli były premier uzna, że w PiS nie ma już dla niego miejsca, może spróbować zbudować własną formację. Wówczas walka nie będzie toczyła się wyłącznie o wyborców, lecz również o mandaty, które ordynacja wyborcza rozdziela według własnej, bezwzględnej logiki.
W polityce nie zawsze wygrywa ten, kto zdobywa najwięcej sympatii. Bardzo często zwycięża ten, kto najlepiej rozumie matematykę wyborczą i potrafi sprawić, by przeciwnicy podzielili własny elektorat.
Jeżeli właśnie taki scenariusz realizuje Donald Tusk, to jego najgroźniejszą bronią nie są dziś ani konferencje prasowe, ani medialne spory. Jest nią kalkulacja. A ta w systemie D’Hondta bywa znacznie skuteczniejsza od najbardziej efektownej kampanii.
Fot. Mateusz Morawiecki / Facebook
Mec. Aleksander Z. Zioło, to jeden z liderów protestów „Nie dla ACTA” i doradca RPO śp. dra Janusza Kochanowskiego.
Zostaw komentarz