To było Chłopskie Jadło przy ul. Św. Agnieszki. Obiad z Susaną i Mrożkiem, który odstawił dystans i rozmowa zrobiła się pasjonująca.

Weszła cichutko i nieśmiało. Szczuplutka jak opłatek, z płowym warkoczem i wielkimi oczami. Niosła skrzypce lecz idąc za obrazkiem myślało się: gęśliki.

Wokal nie sprzyja ani anegdocie, ani ambitnym tematom. Było mi żal rozmowy. W zasadzie byłam wściekła. Lecz tylko do chwili, kiedy zarzuciła pod brodę te swoje gęśliki i grając zaczęła śpiewać. Byliśmy oszołomieni. Ten śpiew nas sobie podporządkował.

Tak poznałam Joannę Słowińską i tak się zaprzyjaźniliśmy.
Boguś z nią i jej mężem Janem wymyślili Rozstaje – festiwal który okrzepł i stale się rozwija.

Jej śpiew towarzyszył ślubowi naszej córki. Śpiewała też piosenki J.K. Kelusa, które nagrała na rocznicę Studenckiego Komitetu Solidarności. Milkliwy Kelus zgodził się dać piosenki, lecz z Joanną rozmawiać nie chciał. Jednak sam do niej zadzwonił, gdy odsłuchał wykonania. I powiedział, że do tej chwili nie sądził, że pisał tak piękne piosenki. W ustach legendarnego barda to jedno zdanie było wielką odą pochwalną.

Gdy zachorowała dużo rozmawiałyśmy. To był wredny rak. Wymieniałyśmy doświadczenia.
Nigdy nie spotkałam kogoś tak wobec choroby pokornego, a równocześnie tak mężnego. Nie ukrywała problemów. Ona je zaczarowywała – występując, grając i śpiewając. Tak uruchamiała w sobie – i w innych – gejzer podtrzymującej energii. Jakim cudem dawała radę? Miała wielu sprzymierzeńców, których kochała. Rodzina, przyjaciele i Opatrzność.
Bo napędzała ją wielka zdolność do miłości.

Piękna i promienna. Przeniknięta światłem Joanna Słowińska zmarła wczoraj.
***

Jeszcze przytoczę, co Joanna mówiła Magdzie Dobrzynek z Gościa Niedzielnego.

„… Miłosierdzie Boże… Wszystko, co robię, mogłabym nim uzasadnić. To, że jestem, i to, jaka jestem. Fakt, że mogę pracować i móc dążyć do celu, jaki sobie wyznaczam, jest dla mnie doświadczeniem miłosierdzia. A jednym z celów jest być dobrym człowiekiem. To, że mogę nad tym pracować, motywuję miłosierdziem Bożym, bo wiąże się z prawdą o moim istnieniu. Mój sprzeciw budzi postrzeganie Boga przez pryzmat nadzwyczajnych wydarzeń. Cudem jest fakt, że istnieję. To jest akt miłości, która daje siłę i jest powodem do życia. To jest większe niż pojedyncze cuda.

– Cierpienie jest bólem. Nie widzę potrzeby jego uzasadniania. Ono jest elementem życia, ale nie ma w tym działania Bożego. Myślę o cierpieniu jako konsekwencji faktu, że jesteśmy na ziemi, bo wyszliśmy z raju. Głęboko wierzę, że Pan nas stworzył i dał nam możliwość życia w raju, ale chcieliśmy móc decydować o sobie, móc być w niebezpieczeństwie, żeby się z tego niebezpieczeństwa umieć wykaraskać.

Widzę Boga w szczęściu i widzę Go również teraz, kiedy cierpię. Choroba, która mnie dotknęła, bardzo wzmocniła doznania. Jestem teraz bardziej szczęśliwa i bardziej cierpiąca.

– Kiedy wychodzę na scenę, towarzyszy mi modlitwa: „Pozwól mi, Boże, nie być wyłącznie sobą”. Pozwól mi nie przesadzić, daj mi proporcje. To ogromna odpowiedzialność – i świadomość, jak łatwo można manipulować ludźmi, nawet nieświadomie, przez muzykę, przez pieśń.

– Kiedy śpiewam, staję się jednością. Moja psychika, umysł, dusza i ciało jednoczą się i w jednej chwili działają w tej samej sprawie. Śpiew to forma mojego bycia na tym świecie. Jestem śpiewaniem. Jeśli zostanie mi to odebrane, będę żyć dalej, ale… bez śpiewu jestem niekompletna

– Bardzo się boję. Oczywiście. Nie jest jednak tak, że cenię każdą chwilę dlatego, że zachorowałam, bo ja tak żyłam zawsze. Teraz mam większą świadomość. Dzięki strachowi. Ja go akceptuję. Strach to normalna ludzka emocja. Potrafi być pomocny. To sygnał, który się pojawia, zanim nadejdzie niebezpieczeństwo. Boję się nieustannie, ale nie staram się tego negować. Staram się żyć z tym, a nie umierać.”

***

Osądźcie sami, czy Joanna Słowińska mogła u nas liczyć na entuzjazm szerokich rzesz, celebryckie zajawki w mediach i związane z tym gigantyczne zarobki? Może i mogła. Ale to się nie zdarzyło.

***

„Ars longa vita brevis” znajdzie tutaj

W jej interpretacji „Ars longa, vita brevis”. Tam jest długie i piękne intro, a potem śpiew. Nie będziecie zawiedzeni!

Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, opublikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.