Od chwili, gdy wokół Mateusza Morawieckiego zaczęło powstawać stowarzyszenie „Rozwój Plus” internet zalała fala teorii o rzekomej „ustawce”. Według tej narracji Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki mieli wspólnie przygotować polityczny spektakl, którego celem byłoby stworzenie dwóch konkurujących, lecz współpracujących formacji prawicy. Taka hipoteza brzmi efektownie, jednak z perspektywy politologii i logiki funkcjonowania partii politycznych trudno ją uznać za wiarygodną. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z autentycznym konfliktem o przywództwo w PiS, władzę i przyszłość całego obozu prawicy.
Polityka nie jest teatrem, gdy stawką jest przetrwanie
W każdej dużej partii politycznej napięcia są czymś naturalnym. Ambicje, różnice programowe czy rywalizacja personalna stanowią element życia politycznego. Istnieje jednak granica, po przekroczeniu której konflikt przestaje być kontrolowaną grą, a staje się walką o dominację.
W przypadku obecnego kryzysu w Prawie i Sprawiedliwości właśnie tę granicę przekroczono.
Teorie o wyreżyserowanym rozłamie ignorują podstawową zasadę nauk o polityce – żaden racjonalny lider nie osłabia własnej organizacji tylko po to, aby stworzyć medialny spektakl.
Partie polityczne są strukturami nastawionymi na maksymalizację wpływów, utrzymanie dyscypliny oraz zabezpieczenie zasobów organizacyjnych i finansowych. Dobrowolne niszczenie tych fundamentów byłoby zaprzeczeniem elementarnej logiki politycznej.
Pierwszy argument – ogromne koszty polityczne
Najbardziej przekonującym dowodem przeciwko teorii o „ustawce” są koszty, jakie ponosi Prawo i Sprawiedliwość.
Odejście kilkudziesięciu parlamentarzystów oznacza nie tylko symboliczne osłabienie. To przede wszystkim utrata realnej siły politycznej.
Każdy poseł i senator to głos podczas głosowań, wpływy w komisjach parlamentarnych, kontakty w terenie, lokalne struktury oraz część finansowania działalności politycznej. W polskich realiach subwencje budżetowe stanowią jeden z najważniejszych filarów funkcjonowania partii.
Osłabienie klubu parlamentarnego oznacza więc również osłabienie organizacyjne.
Trudno wyobrazić sobie, aby Jarosław Kaczyński świadomie godził się na tak daleko idące ograniczenie własnych możliwości działania wyłącznie po to, aby stworzyć iluzję politycznej różnorodności.
Takie działanie byłoby strategicznym absurdem.
Drugi argument – utrata najcenniejszego kapitału, czyli wiarygodności
Przez ponad dwie dekady Prawo i Sprawiedliwość budowało swój polityczny wizerunek wokół jednego zasadniczego przekazu – jedności, dyscypliny i silnego przywództwa. Nawet w okresach największych kryzysów wyborcy tej formacji otrzymywali sygnał, że partia pozostaje zwartą organizacją zdolną do podejmowania trudnych decyzji.
Obecny konflikt ten obraz całkowicie burzy. Publiczne ultimata, wzajemne oskarżenia, medialne wywiady oraz demonstracyjne wyrzucanie ze struktur partyjnych nie wzmacniają żadnej ze stron. Wręcz przeciwnie – tworzą obraz ugrupowania pogrążonego w chaosie.
Gdyby rzeczywiście planowano stworzenie dwóch współpracujących projektów politycznych, proces przebiegałby w sposób uporządkowany, kontrolowany i pozbawiony otwartej wojny personalnej.
Tymczasem obserwujemy dokładne przeciwieństwo.
Trzeci argument – słowa, po których trudno odbudować zaufanie
W polityce język ma znaczenie.
Jeszcze większe znaczenie mają publiczne oskarżenia wypowiadane przez liderów.
Jarosław Kaczyński zdecydował się przypomnieć opinii publicznej, że Mateusz Morawiecki był w przeszłości doradcą Donalda Tuska, a także ujawnił informacje dotyczące rozmów o podziale partii.
Nie są to wypowiedzi przypadkowe. To klasyczny przykład delegitymizacji politycznego konkurenta. Lider partii nie używa tak ciężkich zarzutów wobec osoby, z którą planuje za kilka miesięcy wspólnie budować nowy projekt polityczny.
Takie słowa mają charakter definitywny. Ich celem jest podważenie wiarygodności przeciwnika we własnym elektoracie.
To nie jest element politycznej inscenizacji.
To jest sygnał rozpoczęcia otwartej walki o przywództwo.
Skąd bierze się wiara w teorię „dwóch płuc prawicy”?
Nie oznacza to jednak, że sama koncepcja funkcjonowania dwóch prawicowych formacji jest całkowicie pozbawiona logiki. Wręcz przeciwnie.
Z perspektywy strategii wyborczej mogłaby ona okazać się skutecznym rozwiązaniem.
Jedna formacja mogłaby pozostać wierna konserwatywnemu, narodowemu i tradycyjnemu elektoratowi.
Druga mogłaby próbować zdobywać wyborców centrowych, umiarkowanych przedsiębiorców, część klasy średniej oraz rozczarowanych sympatyków Koalicji Obywatelskiej i PSL.
Podobne modele funkcjonowały już w wielu państwach Europy. Problem polega jednak na tym, że nawet najbardziej atrakcyjna koncepcja polityczna może rozbić się o ludzkie ambicje.
Wojna o sukcesję
Wszystko wskazuje na to, że właśnie z tym mamy dziś do czynienia. Mateusz Morawiecki najprawdopodobniej dostrzegł moment, w którym można rozpocząć proces budowy własnego zaplecza politycznego oraz przygotować się do przejęcia przywództwa na prawicy.
Jarosław Kaczyński odebrał te działania jako próbę podważenia własnej pozycji i przejęcia kontroli nad partią, którą budował przez ponad dwadzieścia lat. Od tego momentu konflikt przestał dotyczyć strategii wyborczej.
Stał się konfliktem o władzę.
W naukach politycznych takie procesy określa się mianem kryzysu sukcesyjnego. Są one szczególnie niebezpieczne dla partii opartych na silnym przywództwie jednego lidera. Gdy pojawia się wyraźny pretendent do schedy, organizacja niemal zawsze wchodzi w okres głębokiej destabilizacji.
Historia europejskich ugrupowań pokazuje, że bardzo niewiele partii przechodzi taki moment bez poważnych strat.
Przyszłość polskiej prawicy rozstrzyga się właśnie teraz
Bez względu na to, która ze stron zwycięży, obecny konflikt będzie miał konsekwencje wykraczające daleko poza sam PiS. Od jego wyniku zależy przyszły układ sił po prawej stronie sceny politycznej, możliwości budowania większości parlamentarnej oraz zdolność całego obozu do odzyskania władzy.
Największym beneficjentem takich sporów bardzo często okazują się bowiem nie uczestnicy konfliktu, lecz ich polityczni przeciwnicy.
Historia uczy, że rozbite obozy polityczne niezwykle rzadko wychodzą z podobnych starć silniejsze.
To nie tak miało być…
Teoria o „wyreżyserowanym spektaklu” może być atrakcyjna medialnie, ale nie wytrzymuje konfrontacji z faktami ani z logiką funkcjonowania współczesnych partii politycznych. Zbyt wysokie są koszty organizacyjne, finansowe i wizerunkowe, aby uznać obecny rozłam za element wcześniej zaplanowanej strategii.
Znacznie bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym doszło do rzeczywistego starcia dwóch wizji przyszłości prawicy oraz dwóch ośrodków politycznych ambicji.
Nie obserwujemy więc politycznego teatru.
Obserwujemy klasyczny kryzys sukcesyjny – jeden z najtrudniejszych momentów w historii Prawa i Sprawiedliwości, którego skutki mogą na wiele lat zmienić układ sił na polskiej scenie politycznej.
Zostaw komentarz