Trump w ostatnich miesiącach wykonał zwrot przeciwko Rosji i, przynajmniej w retoryce oraz w części decyzji, w stronę Ukrainy. Po miesiącach nacisku na Kijów i wiary, że Putina da się skłonić do układu samą perspektywą amerykańskich ustępstw, zaczął publicznie przyznawać, że Kreml gra na czas i nie chce rzeczywiście kończyć wojny. Zmiana Trumpa nie jest pełnym powrotem do klasycznej polityki amerykańskiego wsparcia Ukrainy jak za czasów Bidena, ale przesuwa punkt ciężkości. Problemem przestaje być wyłącznie „nieustępliwy Zełenski”, a coraz wyraźniej staje się nim Putin i rosyjskie maksymalistyczne żądania.

W ślad za nim zaczyna przesuwać się część ruchu MAGA. Najbardziej spektakularny przykład to Laura Loomer — przez lata jedna z najbardziej antyukraińskich postaci tego środowiska, dziś deklarująca, że dała się zwieść rosyjskiej propagandzie i opowiadająca się po stronie Ukrainy. Podobny, choć znacznie mniej jednoznaczny, sygnał wysłał Tim Pool, dotąd konsekwentny krytyk pomocy dla Kijowa. Nie oznacza to, że MAGA stało się nagle ruchem pro-ukraińskim; wciąż jest w nim silny nurt izolacjonistyczny i prorosyjski. Pokazuje jednak, że gdy Trump zmienia ton, jego medialne zaplecze zaczyna dostosowywać granice tego, co w tym środowisku wolno powiedzieć o Rosji i Ukrainie.

Cała sytuacja wskazuje, że Trump w relacjach z Rosją zachowuje się jak… Obama. Putin natomiast pozostaje tym samym Putinem co kilkanaście lat temu. Znów chce dużo i znów kolejny amerykański prezydent przekonuje się, że z prezydentem Rosji nie da się pragmatycznie dogadać w taki sposób, w jaki można negocjować z normalnym partnerem państwowym. Można rozmawiać o zawieszeniu broni, wymianach czy technicznych szczegółach porozumienia. Nie można jednak kupić trwałej współpracy samymi gestami, bo Kreml odczytuje dany gest nie jako zamknięcie sporu, ale jako oznakę słabości i zaproszenie do następnego żądania.

Trump w istocie próbował odtworzyć schemat, który kilkanaście lat wcześniej zastosował Barack Obama i który Obama zakończył porażką. Obaj wychodzili z założenia, że napięcie z Moskwą jest częściowo skutkiem złej atmosfery, wzajemnej nieufności i błędów czy słabości swoich poprzedników. Wystarczy więc zmienić język, obniżyć temperaturę, dać Rosji poczucie podmiotowości i znaleźć wspólny interes. Taka była filozofia amerykańsko-roysyjskiego resetu. Zarówno w 2009 jak i w 2025 roku.

Obama obejmował urząd po wojnie rosyjsko-gruzińskiej i po latach narastającego konfliktu z Moskwą za George’a W. Busha. Zaproponował nowy początek: rozmowy o kontroli zbrojeń, współpracę w sprawie Iranu i Afganistanu, ograniczenie demonstracyjnej polityki Waszyngtonu wobec Moskwy. Zmienił także projekt obrony przeciwrakietowej w Europie odziedziczony po Bushu. Decyzję tę w Warszawie i Pradze odebrano jednoznacznie jako ustępstwo wobec rosyjskich nacisków.

Symbolem tej polityki stał się gest Hillary Clinton, która wręczyła Siergiejowi Ławrowowi w 2009 roku czerwony przycisk „reset”. Nawet ten obraz miał w sobie coś z późniejszej historii całego przedsięwzięcia. Rosyjski napis na przycisku został błędnie przetłumaczony: zamiast „resetu” oznaczał „przeciążenie”. Dyplomatyczna anegdota okazała się niemal prorocza. Administracja Obamy chciała zacząć od nowa, ale relacje z Kremlem nie zostały wyzerowane — zostały obciążone kolejnymi rosyjskimi żądaniami.

Nie chodziło przy tym wyłącznie o język dyplomacji. W pierwszych latach Obamy w Waszyngtonie wyraźnie wzrosło przekonanie, że Europa powinna w większym stopniu sama zarządzać własnym bezpieczeństwem i polityką wobec Rosji. W praktyce największą rolę powierzano Berlinowi. To Niemcy miały rozmawiać z Moskwą, godzić interesy Zachodu i pilnować europejskiej stabilności.

Formalnie nikt Europy Niemcom nie „oddał”. Powstał jednak polityczny klimat, w którym kraje Europy Środkowej coraz częściej miały wrażenie, że o ich bezpieczeństwie rozmawia się gdzieś pomiędzy Waszyngtonem, Berlinem i Moskwą — bez ich realnego wpływu. Berlin patrzył na Rosję także przez pryzmat handlu, energii i Nord Streamu, a nie bezpieczeństwa wschodniej flanki i razem z Moskwą zacisnął na regionie gazową pętlę Nord Streamów.

W 2011 roku zlikwidowano też dowództwo amerykańskiej Drugiej Floty, przenosząc jego zadania do innych struktur i kierując uwagę marynarki ku Bliskiemu Wschodowi oraz Azji. Był to istotny prezent dla Putina, wpisujący się w szersze przekonanie, że północny Atlantyk przestał być główną areną rywalizacji. Drugą Flotę odtworzono dopiero w 2018 roku, gdy rosyjskie zagrożenie na Atlantyku i Dalekiej Północy stało się niemożliwe do ignorowania.

Reset miał pokazać, że USA nie muszą z Rosją rywalizować wszędzie i zawsze. Problem polegał na tym, że Kreml nie odczytał tej polityki jako zaproszenia do stabilnego kompromisu. Odczytał ją jako słabość i jako okazję. Putin nie porzucił celu, jakim było odzyskanie wpływów na obszarze dawnego imperium. Nie zrezygnował z przekonania, że Ukraina, Białoruś, Kaukaz czy bezpieczeństwo Europy Środkowej powinny być przedmiotem rosyjskiego współdecydowania.

Potem przyszły kolejne etapy: presja na sąsiadów, wojna informacyjna, interwencja w Syrii, aneksja Krymu i wojna w Donbasie. Reset nie zmienił Rosji. Zmienił tylko warunki, w których Rosja mogła spokojniej realizować własną politykę. Amerykanie, po tych wszystkich ustępstwach w Europie, spodziewali się rosyjskiej współpracy lub neutralności na Bliskim Wschodzie. Nie dostali ich, dlatego gdy w 2013 roku rozpoczęła się rosyjska presja na Ukrainę, wrócili do twardej gry.

Trump wszedł w ten sam labirynt innymi drzwiami. Nie mówił językiem liberalnego internacjonalizmu, nie opowiadał o „resecie” i nie miał sympatii do wielostronnych instytucji. Ale w praktyce przez długi czas zakładał, że z Putinem można zrobić interes: znaleźć formułę porozumienia, odsunąć problem Ukrainy od centrum amerykańskiej polityki i ogłosić sukces negocjacyjny.

Stąd presja na Kijów, ostre starcie z Wołodymyrem Zełenskim w Gabinecie Owalnym i wstrzymanie amerykańskiej pomocy wojskowej w marcu 2025 roku. Pomoc została później wznowiona, lecz sam sygnał był czytelny: Waszyngton próbował wymusić na Ukrainie większą gotowość do rozmów, licząc, że w ten sposób skłoni również Moskwę do ustępstw.

Tyle że Putin nie potrzebował zachęty do rozmów. Potrzebował warunków, które pozwolą mu osiągnąć cele strategiczne: podporządkować Ukrainę rosyjskiej strefie wpływów, osłabić jej związki z Zachodem i zacząć decydować o bezpieczeństwie Polski, państw bałtyckich, Rumunii i Mołdawii. Krótko mówiąc, przesunąć dotychczasową <strefę zgniotu> znad Dniepru nad Wisłę, Bałtyk i Karpaty. Jego celem nie jest bowiem spór o jedną linię frontu ani o jedno porozumienie. To spór o całą architekturę bezpieczeństwa w Europie.

Dlatego Alaska nie była przełomem, na jaki liczyli zwolennicy szybkiego układu. Spotkanie Trumpa i Putina w Anchorage w sierpniu 2025 roku potwierdziło, że rozmowa jest możliwa, ale nie rozwiązało zasadniczej sprzeczności: Ameryka szukała transakcji kończącej wojnę, Rosja chciała, by transakcja potwierdzała jej zdobycze i otwierała drogę do dalszych żądań.

I tu wracamy do Obamy. Różne były style, różne deklaracje, różne osobowości. Obama wierzył w reset. Trump wierzył w deal. Obaj jednak zderzyli się z tym samym Putinem: politykiem, który traktuje ustępstwo nie jako fundament pokoju, lecz jako chwilę słabości przeciwnika.

Putin wziął od Obamy zmianę tonu rozmowy, ustępstwa i oddanie większej inicjatywy europejskim stolicom. Od Trumpa wziął gotowość do bezpośrednich rozmów i presję na Kijów. W obu przypadkach nie zrezygnował z maksimum swoich celów. I właśnie dlatego kolejne amerykańskie próby „ułożenia się” z Kremlem kończą się podobnie: najpierw nadzieją na pragmatyzm, potem odkryciem, że po drugiej stronie nie stoi partner skłonny do kompromisu.

Po drugiej stronie stoi coraz starszy przywódca coraz mniej liczącego się mocarstwa. Przywódca, który rozumie kompromis jako słabość a w głowie ma cały czas odwrócenie „największej geopolitycznej katatrofy XX wieku”, jak nazywa upadek Związku Sowieckiego. Przy czym im bardziej dąży do odbudowy dawnego imperium, tym bardziej, przynajmniej na razie, się od celu oddala.

Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.