To chyba najmocniejsze zdanie Mateusza Morawieckiego w całym sporze o rozpad PiS. I zarazem zdanie, które najlepiej pokazuje, o co naprawdę toczy się dzisiejsza walka.
Nie o to, kto kogo bardziej nie lubi. Nie o ambicje jednego czy drugiego polityka. Chodzi o odpowiedź na znacznie ważniejsze pytanie: czy prawica ma pozostać zamkniętym klubem, czy ma wreszcie stać się szerokim obozem zdolnym wygrać wybory i rządzić Polską?
Morawiecki mówi, że do ostatniej chwili próbował zachować jedność. Kaczyński mówi coś zupełnie przeciwnego. Jeden twierdzi, że wyciągał rękę do zgody, drugi sugeruje, że za deklaracjami jedności krył się plan rozbicia ugrupowania.
Ale jest w tej historii jeszcze coś, czego nie można przemilczeć.
Jarosław Kaczyński powiedział, że Morawiecki był doradcą Tuska. To kłamstwo Morawiecki odpowiada jednoznacznie: „Nigdy nie byłem żadnym doradcą Tuska”.
I tutaj pojawia się pytanie, którego nie można omijać:
Dlaczego, Panie Prezesie Kaczyński, tak manipuluje Pan faktami? Dlaczego przedstawia Pan udział Morawieckiego w Radzie Gospodarczej przy premierze jako doradzanie Tuskowi?
Morawiecki nie był politycznym doradcą Tuska. Był członkiem zespołu gospodarczego działającego przy rządzie,jako prezes banku wszyscy prezesi banków byli w tej radzie. To zasadnicza różnica. Udział w takim gremium nie oznaczał politycznej lojalności wobec premiera ani przynależności do jego obozu.
Po co więc zmieniać znaczenie faktów? Po co z udziału w zespole gospodarczym robić „doradzanie Tuskowi”? Dlaczego takie manipulacje?. Dlaczego tak perfidnie kłamie?
I właśnie tutaj Kaczyński zaczyna sam sobie odbierać coś, co w polityce jest bezcenne: wiarygodność.
Piszę to także z własnej perspektywy. Moje środowisko, ludzi internowanych i więźniów politycznych, Jarosław Kaczyński przez lata traktował podobnie. Kiedy PiS było u władzy, przyjeżdżał na spotkania, słuchał naszych postulatów, a później mówił, że „nie ma klimatu”, że „nie ma możliwości”, że „nie da się” czegoś zrobić i nas olewał.. Zawsze znalazł się jakiś powód, żeby sprawę odłożyć.
I tak to trwało latami.
Dopiero Mateusz Morawiecki zrobił dla kombatantów i osób represjonowanych to, czego wcześniej przez lata nie potrafił albo nie chciał zrobić Kaczyńskii nikt inny. Chyba nie ma do tego wątpliwości?
Dlatego kiedy dzisiaj słyszę z ust prezesa PiS opowieści o wiarygodności Morawieckiego, mam prawo zapytać: a gdzie przez te wszystkie lata była wiarygodność Jarosława Kaczyńskiego wobec mojego środowiska?
Bo można ostro krytykować Morawieckiego. Można zarzucać mu błędy, można spierać się z jego strategią. Ale jeżeli chce się prowadzić poważny spór, trzeba trzymać się faktów. Bo kiedy polityczny przeciwnik zaczyna być przedstawiany nie takim, jakim był, lecz takim, jakiego potrzebuje narracja, wtedy zaczyna się manipulacja.
A wyborcy nie są głupi. Nie da kretynami.
Polityka nie polega przecież na tym, żeby w nieskończoność odbierać sobie tych samych wyborców. Polega na tym, żeby zdobywać nowych.
Jeżeli Morawiecki rzeczywiście chciał „konfederyzacji”, czyli luźniejszej współpracy różnych środowisk, zamiast podporządkowania wszystkich jednemu politycznemu centrum, to nie musi być plan rozbicia prawicy. Może być próbą jej poszerzenia.
A nowych wyborców nie zdobywa się kolejną wojną plemienną, wzajemnym oskarżaniem i przekonywaniem własnego elektoratu, że największym zagrożeniem jest człowiek stojący dwa metry dalej po tej samej stronie politycznej barykady.
Jeżeli prawica chce odsunąć Tuska od władzy, musi najpierw nauczyć się nie odsuwać od siebie ludzi, którzy mogliby tę władzę wspólnie zdobyć.
Dlatego warto dziś zapytać wprost:
Panie Prezesie, dlaczego Pan to robi? Dlaczego zamiast przekonywać wyborców do swojej wizji Polski, próbuje Pan odebrać wiarygodność człowiekowi, który przez lata był jednym z najważniejszych polityków własnego obozu? I przede wszystkim: dlaczego robi Pan to za pomocą półprawd i manipulowania faktami?
Bo można wygrać partyjną awanturę. Tylko że przy okazji można przegrać coś znacznie ważniejszego: własną wiarygodność. Wstyd panie Kaczyński.
Zostaw komentarz