Od dwóch dni próbuję napisać swoją opinię o tym, co dzieje się w PiS. I nie potrafię. Nie dlatego, że brakuje mi słów. Wręcz przeciwnie. Każda kolejna godzina przynosi nowe oświadczenia, nowe oskarżenia i nowe dowody na to, że podział w partii stał się faktem.
Nie zaskakuje mnie sam rozłam. Partie polityczne pękają od zawsze. Zaskakuje mnie jego forma.
Ludzie, którzy przez lata przekonywali Polaków, że wspólnie pracują dla dobra państwa, zrzucili maski. Z konserwatywnego spokoju i odpowiedzialności nie zostało nic. Zostało publiczne okładanie się guanem z zapałem godnym rewolucjonistów.
Nigdy specjalnie nie interesowały mnie frakcje PiS. Personalne wojny, układy i intrygi były dla mnie zwyczajnie nudne. Dopóki partia realizowała program, a jej działania pozostawały przewidywalne, nie zaprzątałem sobie tym głowy.
Znacznie ciekawsi byli jej wyborcy. Tam ścierały się poglądy, temperamenty i wizje. Byli odpowiednicy „Silnych Razem”, których nazywano „Kochani Prawi”. Były polityczne jastrzębie, byli umiarkowani i ludzie po prostu chcący konserwatywnego państwa. To oni tworzyli prawdziwą siłę tego środowiska.
Szukając punktu zaczepienia do tego tekstu, przeczytałem na portalu X wpis Cezarego Krysztopy:
„Chciałbym gorąco pogratulować politykom PiS i byłym politykom PiS podziału najtwardszego elektoratu. Wydawało się niemożliwe. A jednak.”
Pomyślałem, że lepiej ująć tego problemu się nie da.
Nie będę analizował przyczyn rozpadu. Od tego są politolodzy, socjolodzy i psychologowie. Jestem zwykłym obywatelem, który od lat śledzi polską politykę i potrafi wyciągać wnioski.
A mój wniosek jest brutalny.
Ludzie, którzy jeszcze chwilę temu snuli wizje wielkiej Polski, nie dorośli do odpowiedzialności za państwo. Mentalnie nadal siedzą w piaskownicy. Sypią sobie piaskiem w oczy, wyrywają foremki i obrażają się na kolegów z grupy.
Różnica polega tylko na tym, że zamiast piaskownicy mają Sejm Rzeczypospolitej Polskiej.
Czytam kolejne wypowiedzi i nie mogę wyjść ze zdumienia. Lata tłumionych ambicji eksplodowały z siłą, która nie ma nic wspólnego z troską o Polskę. Dominuje jedno uczucie – nienawiść. Nie do politycznych przeciwników. Do swoich.
Jeszcze kilka miesięcy temu staliście ramię w ramię za Prezesem podczas konferencji prasowych. Dzisiaj nazywacie się zdrajcami, kłamcami i ludźmi niegodnymi zaufania.
Jeżeli to wszystko jest prawdą, to dlaczego milczeliście przez lata?
A jeśli nie jest prawdą, to dlaczego okłamujecie własnych wyborców dzisiaj?
Najbardziej groteskowe są zarzuty wobec Mateusza Morawieckiego, że miał doradzać Donaldowi Tuskowi. Naprawdę? Odkryliście to dopiero teraz? Nie wiedzieliście o tym przez sześć lat jego premierowania? Czy może wiedzieliście, ale wtedy było politycznie wygodniej udawać, że problem nie istnieje?
Nie piszę jednak tego tekstu po to, by analizować wasze wzajemne relacje.
Ja was oskarżam.
Oskarżam was o psucie polskiej polityki.
Oskarżam was o dziecinadę.
Oskarżam was o kunktatorstwo.
Oskarżam was o przedkładanie własnych karier nad interes ludzi, którzy przez lata obdarzali was zaufaniem.
Naprawdę myślicie, że wyborcy najbardziej przejmują się tym, który z was zachowa mandat poselski?
Nie.
Na śledzenie polskiej polityki poświęcam więcej czasu niż dziewięćdziesiąt pięć procent Polaków. A mimo to nie potrafię wymienić dziewięćdziesięciu pięciu procent posłów PiS.
Wiecie dlaczego?
Bo z perspektywy obywatela jesteście naciskaczami guziczków i podnosicielami rąk.
To brutalne?
Być może.
Ale jeszcze brutalniejsza jest prawda, że większość wyborców również nie potrafiłaby was rozpoznać na ulicy.
Rozumiem spory ideowe.
Rozumiem walkę o przywództwo.
Rozumiem nawet polityczne ambicje.
Nie rozumiem natomiast sytuacji, w której partia mająca być główną alternatywą dla obecnego rządu prowadzi wyniszczającą wojnę domową dokładnie wtedy, gdy jej polityczni przeciwnicy powinni być rozliczani ze swoich decyzji.
Największym przegranym tej awantury nie będzie Jarosław Kaczyński.
Nie będzie nim Mateusz Morawiecki.
Nie będą nim nawet politycy, którzy stracą miejsca na listach wyborczych.
Największym przegranym będzie wyborca.
Człowiek, który przez lata bronił was w rodzinnych dyskusjach, pisał komentarze w internecie, rozdawał ulotki, stał na wiecach i uwierzył, że reprezentujecie coś więcej niż własne ambicje.
To właśnie jego dziś zawiedliście.
I być może to jest największy sukces Donalda Tuska.
Nie dlatego, że wygrał z PiS.
Dlatego, że PiS postanowił wygrać z samym sobą.
Przez dwadzieścia lat polityczni przeciwnicy nie zdołali rozbić tego środowiska.
Wy dokonaliście tego sami.
Gratuluję.
Skruszyliście beton.
Tyle że był to beton, na którym sami staliście.
Zostaw komentarz