Któż z dzisiejszych pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatków za młodu nie fascynował się przygodami Tomka Wilmowskiego, a zwłaszcza opisem chińskiej uczty w tomie zatytułowanym Tomek na tropach Yeti? Wygląda na to, że, przynajmniej kulinarnie, Azja przybywa do nas o wiele szybciej, niż wydawałoby się obserwując rozwój chińskich czy wietnamskich barów i restauracji.
Tenebrio molitor…. Oto nazwa nowej żywności, jaką za wcześniejszym błogosławieństwem Unii już niedługo będziemy mogli świadomie spożywać. Podkreślam, świadomie, bowiem nie da się ukryć, że już wcześniej Europejczycy (szczególnie zaś z naszej części kontynentu) zajadali się tym specjałem nie będąc tego świadomym.
Co prawda nie tylko nim. Generalnie wg badań jak najbardziej poważnych instytucji naukowych mieszkaniec Europy nie będący Azjatą, ba, hołdujący i zachowujący tradycyjną dietę, w ciągu roku zjada nawet kilogram mniej lub bardziej przetworzonych… robaków.
Są wszędzie. No, prawie wszędzie. Najmniej przetworzone znajdujemy w… soku owocowym. Norma dopuszcza bowiem obecność nawet pięciu muszek owocowych w szklance. Z kolei taki szpinak może zawierać mszyce, larwy gąsienic a nawet wciornastki (tylko proszę nie pytać mnie, co to za robal). Oczywiście w śladowych ilościach, niemniej statystycznie zauważalnych (kilo na rok).
Unia poszła dalej. W ramach walki z emisją dwutlenku węgla postanowiła zastąpić białko pochodzące od istot zwierzęcych emitujących dużo dwutlenku węgla białkiem od istot zwierzęcych emitujących mało dwutlenku węgla.
Zamiast kawałka świni, pardon, wieprzowiny w postaci schabowego (najlepiej z kapustą i ziemniakami) nowy wspaniały człowiek dbający o środowisko zadowoli się wspomnianym już wyżej tenebrio molitorem, czy jak toto się odmienia.
Zdecydowanie lepsza, choć mniej smakowita, jest polska nazwa – larwa mącznika młynarka.
Może być podawana na wiele różnych sposobów – dla smakoszy soute, dla innych zaś w postaci sproszkowanej jako dodatek do sosów, makaronów, ciast a nawet kotletów, rzecz jasna ekologicznych. Polska, kraj o tradycji żytnio-ziemniaczanej z dodatkiem wieprzowiny jest znowu w ogonie postępowego świata.
W starych krajach UE już kilka lat temu była dostępna w salonach IKEA książka kucharska „Future Food Today”.
Najbardziej trafiającym do wyobraźni jest przepis na owadziego burgera. Zamiast tradycyjnych składników (w tym obrzydliwie ocieplającego nam planetę mięcha) wystarczy wziąć 100 g buraka, 50 g pasternaku, 50 g ziemniaków oraz 50 g larw chrząszcza.
Bo generalnie owady są o wiele lepsze od tradycyjnych potraw. Postępowcy lubują się w porównywaniu wartości kalorycznej kurczaka i larw much. Ten pierwszy raptem w 100 g zawiera tylko 99 kcal (i to nie każda część, ale piersi); 100 g larw much zawiera aż 390 kcal. Muchy biją także na głowę tradycyjne kuraki zawartością żelaza (35,5 mg wobec 0.4 mg) a także mają nieznacznie, ale jednak więcej, białka.
Najważniejsze jest jednak co innego – larwy nie produkują tyle dwutlenku węgla, co krowy, owce, świnie a nawet kuraki.
Oczywiście są regiony, gdzie zjadanie owadów jest odwieczną tradycją. Np. suszone mrówki, pogryzane podczas seansu kinowego zamiast popcornu to stały element Kolumbii.
Nie wspominam już o Chinach, gdzie je się wszystko, co ma nogi (prócz stołu i taboretów rzecz jasna).
Jednak wprowadzanie do menu alternatywnej żywności za pomocą dekretów rodzi we mnie jakiś niepokój. Ideologiczne zadęcie, czyli wspominanie o rzekomej truciźnie dla środowiska, jakim ma być dwutlenek węgla, budzi obawę, że lada moment nie będzie już mowy o alternatywnym wyżywieniu, ale o… jedynym.
Przynajmniej jedynym dostępnym oficjalnie. Że to nie jest mrzonka upewniają ostatnie wydarzenia na jak najbardziej postępowej uczelni. Jak informuje holenderski dziennik Algeemen Dagblad studenci Wydziału Architektury Technische Universiteit Delft nie będą mogli zamówić w uczelnianej stołówce żadnych potraw zawierających mięso.
Bo chodzi o to, by uczelniany kampus stał się… neutralny klimatycznie. Czy to oznacza, że w następnym kroku zaczną fizycznie likwidować mieszkających tam studentów, w drugim rzucie zaś naukowców i pracowników obsługi? Wszak wielu z nich produkuje więcej gazu cieplarnianego niż niejeden wieprzek. ;)
Najwyraźniej lewica potrzebuje jakiejś pan-idei dla swojego (prze)trwania. Ale ostrożnie z tym.
Pod koniec XVIII wieku ówczesne lewactwo w imię powszechnych równości, wolności i braterstwa doprowadziły do największego mordu w dziejach ówczesnego świata – w Wandei wymordowano mniej więcej tyle ludzi, ile podczas II wojny światowej zginęło we Francji oraz jej wszystkich koloniach. I aż 50% więcej, niż podczas II wojny światowej zginęło Amerykanów, nb. walczących na wszystkich (poza wschodnim w Europie) frontach.
Lewacka rewolta październikowa, lewacka II wojna światowa (wszak i Hitler, i Stalin to byli marksiści)…
Nie zapominajmy, że wszystkie mordy odbywały się w imię szczytnych ideałów.
Teraz mamy kolejny – trza ocalić planetę.
Już nie przywrócić prawa wyborcze kobiet czy też „grabić zagrabione”, ale hasło wręcz kosmiczne – ocalić planetę!
Aż strach się bać, gdy człowiek uprzytomni sobie, ile te poprzednie lewackie idee wymagały ofiar.
.
Ile więc ofiar pochłonie ta ostatnia?
.
Raz sierpem, raz młotem lewacką hołotę…
.
I to by było na tyle, jak mawiał profesor Jan Tadeusz Stanisławski.
.
5.05 2021
.
fot. reklama mącznika
Zostaw komentarz