Odszedł przedwcześnie, w wieku 36 lat, dokładnie 40 lat temu, 11 maja 1981 roku. Jeden z najwybitniejszych muzyków XX stulecia. Albo i wszechczasów…
Postać daleko wykraczająca poza samą tylko scenę muzyczną. Znany chyba każdemu, choć pozostający dziś nieco w cieniu współczesnych sobie i późniejszych gwiazd bardziej popularnych stylów. Większość ludzi kojarzy go zarazem dość płytko, nie będę się rozpisywał z czym, bo i po co, kiedy właśnie – jest to przynajmniej dalece niepełny obraz tej postaci…
Bob Marley – a właściwie – Robert Nesta Marley. „Król reggae”. Ale znowuż – to zdecydowanie za mało z tego, co można by o nim powiedzieć.
Reggae – w którym oczywiście był niezrównany, do dziś niedościgniony – było dla niego może i tylko środkiem do tego by „naprawiać świat”. By przekazywać wielkie, ważne przesłania. Stawać w obronie uciśnionych ludzi, pocieszać, głosić szczęście i… miłość.
Początkowo w zasadzie kierował swą twórczość przede wszystkim do swojego narodu. W pewnym momencie jednak okazało się, że przekaz muzyki Boba jest uniwersalny dla wszystkich ludzi, narodów, ras.
Początkowo był tym sam jakby trochę zaskoczony. Choć też wyraźnie mówił, że taki weźmy na przykład kolor skóry nie ma dla niego znaczenia. Jeden cytat (reszta ważnych słów jest w piosenkach):
„Mój ojciec był biały, a matka czarna. Nazywają mnie mieszańcem czy jakoś tak. A ja nie staję po niczyjej stronie. Nie jestem po stronie czarnego człowieka, ani po stronie białego człowieka. Jestem po stronie Boga, Tego, który mnie stworzył i sprawił, że pochodzę od człowieka czarnego i białego”.
Mówił w swoich piosenkach proste prawdy, ale czynił to po mistrzowsku. Żadnemu z jego naśladowców nie udało się go doścignąć. Może dlatego, że jego przekaz był do bólu szczery i nie obliczany na sukces kasowy. Zresztą początki działalności artystycznej Marleya i Wailersów były finansowo koszmarnie ciężkie i trwało to dość długo, zanim zdołali wreszcie w miarę pewnie stanąć na własne nogi.
Bob w swojej twórczości wyrażał ból niezliczonej rzeszy pokrzywdzonych, żal i gniew na wielopokoleniowe, wielowiekowe zniewolenie i upodlenie jednych ludzi przez drugich. No i cóż – tym zachwycił świat.
Jego koncerty gromadziły tłumy. Stał się więc i niespodziewanie – pomimo swej skromnej postury i łagodnej (przynajmniej zazwyczaj) natury – człowiekiem nader niebezpiecznym. Groźnym dla Systemu. Dla „Babilonu”. Tego samego, który i dziś nam tak mocno zatruwa życie…
Oczywiście, jak to artysta, nie był święty… Co tu ukrywać. Trzeba wszelako powiedzieć, że coś też u niego z tym zmierzaniem do owego Jednego Wielkiego Celu na rzeczy jednak było. Choć krętą ścieżką. Ale słuchając jego piosenek nie ma co do tego wątpliwości. A i inne szczegóły z życiorysu Nesty o tym świadczą. Berhane Selassie…
Można wygooglować. Wiele można by mówić o Bobie. Ale też i czy jest po co? Zawsze można sięgnąć do tego czy innego życiorysu. A może zamiast tego warto odpalić sobie któryś z jego wspaniałych utworów. Posłuchać. I wszystko staje się jasne. Świat wokół nabiera innych barw. Zatem: „Singin’ – Don’t worry bout a thing…”
Robert Nesta Marley
Święty nie był z nich prawie żaden, ale to tylko drobiazgi, dyktowane nieraz wariactwem życia w jakie się rzucali by coś osiągnąć i dotrzeć z przekazem lub sztuką jaką mieli zapisaną w duszy do innych, by ich poruszyć, lub nimi wstrząsnąć. Najczęściej zabijali lub wyniszczyli tą nieświętością samych siebie, swoje życie prywatne, o ile je mieli. Ludzka słabość… Ale ich artystyczny przekaz pozostał do dziś niezmiennie ważny lub piękny lub i jedno i drugie. Mimo że umierali skazani na komercję przez wykorzystujący ich showbuisness, tej komercji jako artyści wymykali się w utworach o niedościgniony dystans. Byli artystami i głosicielami wolności i wspaniałego ducha kultury – poprzez sztukę, której poświęcali całe życie. Aż do nieszczęsnej, przedwczesnej często śmierci. Tak było z Bobem, z Jaco Pastoriusem, z Freddim Mercurym, i wieloma innymi. Szkoda ich życia na taką smierć. Ale zdołali pozostawić po sobie trwały i ważny ślad w dziejach ludzkości i kultury.