Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe (jak to w bajce).

Po zaśnieżonym chodniku gdzieś w centrum Warszawy, unikając wzroku przechodniów, szybkim krokiem porusza się mężczyzna odziany w płaszcz z najnowszej kolekcji jednej z topowych zagranicznych marek. Kiedy stara się zasłonić twarz polietylenowym kołnierzem, by pozostać nierozpoznanym, spod lewego rękawa wysuwa się złoty Rolex, który swoim blaskiem wyraźnie kontrastuje z zimowym, białym otoczeniem. Płatki śniegu delikatnie spadają na wystylizowaną fryzurę, a zimny wiatr szorstko ociera się o twarz. Mężczyzna pozostaje jednak niewzruszony, jego skórę chroni profesjonalny makijaż, zrobiony kilkadziesiąt minut temu na potrzeby programu telewizyjnego. Nie pojawia się również żaden grymas, kiedy dociera do celu swojej krępującej podróży. W duchu jednak wyraźnie czuje ulgę – ukradkowe spojrzenie nie dostrzega wokół żywej duszy. Mężczyzna szybkim i energicznym ruchem otwiera dębowe drzwi, przekraczając próg niewyróżniającego się budynku.

– Dzień dobry – odzywa się lekko zdyszany do recepcjonistki, która na jego widok dostaje na twarzy (nie jestem narratorem wszechwiedzącym, nie wiem więc, czy „kolorki” ograniczyły się tylko do tego miejsca) lekkich rumieńców. Mężczyzna wydaje się nie zwracać na to uwagi. – Nazywam się Ryszard…

– Tak, wiem – przerywa mu nieśmiało dziewczyna. – Proszę schować płaszcz w szafie i wejść do gabinetu.

Ryszard spogląda lekko przestraszony na mebel, w którym ma spocząć jego odzienie wierzchnie. Woli mieć je przy sobie, ale czuje się lekko bezsilny wobec polecenia recepcjonistki. Zdejmuje zatem niepewnym ruchem płaszcz i wiesza w szafie, po czym poprawia elegancką niebieską marynarkę. Cała droga prowadząca do tego miejsca była ciężka, ale najtrudniejsze wydaje się przekroczenie progu gabinetu. Nie ma jednak wyjścia, uznaje bowiem, że głupio wygląda stojąc bezradnie między recepcjonistką a szafą… Nie ufa za grosz obu.

Raz frankowi skok – parafrazuje popularne powiedzenie i rusza na chwiejnych nogach w stronę budzącego lęk celu, który jednak wydaje się jedyną deską ratunku.

– Dzień dobry, śmiało, proszę się nie bać. Nie ugryzę – wita go łagodny i dziwnie relaksujący głos, kiedy dwoma nogami staje w gustownie urządzonym gabinecie. – Panie Ryszardzie, jest Pan znaną osobą, wiele podobnych już u mnie gościło. To nic krępującego. Proszę spocząć wygodnie na kozetce.

– Dzień dobry, dziękuję – jąka się widząc przed sobą niskiego mężczyznę usadowionego na skórzanym fotelu. Przechodząc obok niego zachowuje jednak ostrożność, nie jest pewien, czy żart o „gryzieniu”, nie stanowi przypadkiem jakiegoś podstępu. Oddycha z ulgą dopiero, gdy usadawia się we wskazanym miejscu z nieposzarpanymi zębami nogawkami. Wzrok kieruje w obity boazerią sufit.

– Niech się Pan zrelaksuje, pomyśli, że jest w bezpiecznym miejscu. Sufit na głowę na pewno nie spadnie – kontynuuje łagodnie psychoterapeuta, niewinnym żartem pragnąc rozładować napięcie, które obserwuje u swojego gościa. – Niech Pan opowie, co jest przyczyną wizyty. Nie będę przerywał, tylko analizował Pana słowa.

– Dobrze… – odpowiada Ryszard niepewnie, na wszelki wypadek zasłaniając twarz ramieniem (gdyby jednak sufit, jak na złość, zdecydował się runąć). – Wszystko zaczęło się w 2015 roku…

– Niech Pan nie przerywa, nie zastanawia się dlaczego milczę. Zabiorę głos w odpowiednim momencie – podkreśla sympatycznym głosem terapeuta.

– W mojej głowie zaświtał pewien pomysł, przełomowy dodam nieskromnie – kontynuuje wyraźnie onieśmielony Ryszard, a jego słowa zaczynają przybierać formę kwiecistego monologu. – Nowoczesny kraj, nowocześni obywatele, nowoczesna przyszłość. Hulaj dusza, frank jest tani. Powołałem do życia fundację, równie nowoczesną jak moje wyobrażenia. Byłem pełen wiary, nadziei, optymizmu i radości. Szczęśliwy, mówiąc krótko. Na bazie fundacji utworzyłem ugrupowanie polityczne – nowoczesne, nie muszę chyba dodawać. Wokół tego zaczął tworzyć się nowoczesny ruch, efektywnie przechodzący w nowoczesną partię polityczną. Uznałem, że jestem nowoczesną alternatywą dla przestarzałego systemu i zostałem nowoczesnym kandydatem na posła. Ludzie wybrali mnie, ponieważ prowadziłem, a jakżeby inaczej, nowoczesną kampanię.

– Nowoczesny… – rozlega się cichy mruk terapeuty.

– Słucham? – Ryszard czuje lekkie wybicie z rytmu, ale nasłuchiwanie nie przynosi żadnej odpowiedzi, toteż kontynuuje. – Moje szczęście kończy się właśnie w tym momencie – po jego policzku spływa krystaliczna łezka. – Nie wiem dlaczego to wszystko tak się skomplikowało? – zawiesza na dłużej głos.

– Proszę kontynuować. Jestem tu by Pana wysłuchać. Jest Pan bezpieczny – zachęca dziwnie relaksujący głos.

– W sejmie otaczają staroświeccy ludzie, jestem dla nich chyba zbyt nowoczesny – wraca na właściwe tory opowieści, po słowach otuchy, które padły chwilę wcześniej. – Przede wszystkim ten Kukiz. Po prostu żyć mi nie daje. Nazwał mnie nawet publicznie Petrusem – tu, mimowolnie, na twarzy Ryszarda pojawia się uśmiech. – Przyznam, że nawet mi się to spodobało, zabrzmiało tak starożytnie, doniośle, rzymsko. Czułem się trochę jak Juliusz Cezar jadący na „rubikoniu”. Wydaje mi się nawet, choć to trochę buńczuczne, że cesarstwa, które, jak uczy historia upadają w latach swojej świetności, za moich rządów istniałyby do dzisiaj.

Na chwilę odlatuje w myślach widząc oczami wyobraźni swoją osobę, walczącą z pogromcami Rzymu, słynnymi Galami – Asterixem i Obelixem. – Nawet gdyby wspomagali się magicznym napojem, nie uporaliby się ze mną. Moje wojska, złożone m.in. (a niech mnie!) z oficer Jachiry, katowałyby, tratowałyby, męczyłyby, dręczyłyby, smagałyby, poniewierałyby, trułyby i wycierały wrogami podłogę – pogrąża się w marzeniach.

– Panie Ryszardzie? – nagle dobiega jego uszu głos, wydobywający go z metafizycznych zaświatów konstrukcji myślowych.

– Ach, przepraszam – odchrząka speszony i powraca do monologu. – Ludzie nie doceniają nawet, gdy ostrzegam ich przed niebezpieczeństwem. Powietrze w Krakowie jest zagrożeniem dla dzieci, to coś złego, że martwię się o ich zdrowie? – pyta retorycznie. – Polacy zachowują się jakby byli w „Sejmie Głuchym”, pozostając niewrażliwymi na moje obawy.

– A ostatnie wydarzenia? – przerywa mu niespodziewanie głos, który zamiast, jak wcześniej, relaksować, zaczyna doprowadzać do złości.

– Przepraszam, po prostu uwielbiam historię, to moja – stara się nie tracić rezony Ryszard. – KOD, angażując się w ten projekt czułem, jakbym był Leonardo diCaprio malującym „Mona Lizę”. Ta inicjatywa miała ostrzec Polaków przed zamachem, takim samym jak ten majowy z 1936 r. Prawicowe dobermany, tak ich lubię nazywać, atakują mnie i moich przyjaciół twierdząc, że nie bronimy demokracji! – tu traci panowanie nad sobą, za co po sekundzie gani się myślach – Spokojnie Ryszard, jesteś panem sytuacji, panem samego siebie.

– Dość! – terapeuta niespodziewanie, po raz kolejny przerywa. – Wystarczy…

– Ale jak to? – wyraźnie zbity z tropu Ryszard robi dziwną minę. – Przecież walczę o demokrację, by żyło mi się, tzn. nam lepiej. Jak za Mieszka Łokietka, który zastał Polskę ówczesną a zostawił nowoczesną.

– Minął Pana czas, uważam, że ogólnie pan się mija… – terapeuta wzdycha jakby bezsilny. – Z prawdą.

Ryszard prostuje się na kozetce i kładzie wypielęgnowane dłonie na drogich, garniturowych spodniach. Pot spływa mu po czole niszcząc starannie zrobiony makijaż. Dolna warga lekko opada w oniemieniu. Znajduje jednak siły by zadać dwa, krótkie pytania – Czy to znaczy, że wiem pan co mi dolega? Jak mi pomóc?

– Nie jestem co prawda psychologiem, tym bardziej psychiatrą – terapeuta spogląda w swoje zapiski, po czym dodaje. – Narcyzm, mitomania, zaburzenia nastroju i urojeniowe, majaczenie, egocentryzm, fobia. Panie Ryszardzie…

– Słucham? – pyta przerażony, oczekując najgorszego. – Jak żyć?

– Odejść z polityki. Nie jest pan, najwyższa pora to sobie uświadomić, Petrusem, ale Brutusem, narodu polskiego.

– Wypraszam sobie… – protestuje oburzony znajdując w sobie resztkę sił.

– Przykro mi – odpowiada terapeuta. – Pora postawić tu kropkę.

– Już to zrobiłem – opuszcza bezsilnie głowę zrezygnowany. – Na samym początku…

Chciałoby się napisać – koniec, niestety mam niemal pewność (chociaż, jak wspomniałem, nie jestem narratorem wszechwiedzącym), że… ciąg dalszy nastąpi szybciej niż myślimy.

To jest autor artykułu.
Autor artykułu nie wierzy w medialną papkę.
Autor artykułu nie pokłada nadziei w osobach, które kreują media.
Autor artykułu myśli samodzielnie.
Bądź jak autor artykułu i WoJOWnicy!
Autor: (LS)W’15