Paweł pracując jako bosman Ośrodka Wypoczynkowego w malowniczej zatoczce Zalewu Zegrzyńskiego do Kościoła nie chodził, ponieważ akurat wtedy, kiedy była rano odprawiana Msza Święta on miał na przystani najwięcej pracy. Dopiero gdy wrócił do rodzinnego swego miasta, w wolne niedzielne poranki spostrzegł, że zaczęła mu coraz częściej powracać chęć odwiedzania tego miejsca aby tam, tak jak dawniej móc się w sobie wyciszyć i przywrócić równowagę porywczej swej naturze. Paweł lubił Kościół. Lubił to miejsce, choć nigdy się nie zastanawiał dlaczego. Dlaczego nawet jako młody chłopak zamiast spać do południa w niedzielę raniutko wstawał i na piechotę, na drugi koniec miasta szedł te cztery kilometry aby wysłuchać Mszy Świętej. Nie tylko lubił Kościół, ale i nawet tę do niego lubił drogę. Tę długą drogę podczas której miał czas na rozmyślanie, analizę tygodniowych wydarzeń i ogarnięcie wreszcie swych nieuporządkowanych jeszcze spraw.

Jednak w Wielką Sobotę lat dziewiędziesiątych bardziej chyba z przyzwyczajenia niż potrzeby ducha wybrał się wieczorem ze swą kuzynką Teresą do pobliskiego Kościoła na adorację grobu pańskiego. Choć było już sporo po dwudziestej ze wszystkich stron miasta szli pośpiesznie mieszkancy do Kościóła jakby jakiś niewidzialny magnes wszystkich w to jedno centralne miejsce przyciągał. Gdzie się oni pomieszczą, sobie pomyślał. Ale szedł jak wszyscy, aby i siebie i Teresę tam jeszcze wcisnąć i dopiero przekraczając olbrzymie drzwi Kościoła uświadomił jak ciężkie to będzie zadanie. W Kościele bowiem było już tak wielu ludzi, że nieprawdopodobieństwem wręcz było tam wejść. Jednak mimo to z wielkim trudem przeciskając się przez tą ciżbę, powoli przybliżali się do przygotowanej przez księży surowej skrzyni na kształt grobu z gipsową rzeźbą Chrystusa. Skąd przyszła ta nagła potrzeba znalazienia się w tym miejscu, zastanawiał się dyskretnie. Co oznaczało to dziwne pragnienie iść, iść i iść w tej ciasnocie by później już stojąc w zadumie przy Nim nie zastać niczego spektakularnego, a jedynie tę gipsową figurkę.

Tak bardzo go coś tam ciągnęło, że nawet nie spostrzegł, że w tej ciasnocie stracił kontakt z Teresą i w tej chwili nie wiedział gdzie jest. Zapewne zrezygnowała, pomyślał. Zrezygnowała i wróciła po prostu do domu. Trudno, on, Paweł Zaski nie zrezygnował i teraz stanął przy grobie i tak jak postanowił będzie choć przez pewien czas przy nim, choć za bardzo nie wiedział co dalej. Zdał sobie sprawę, że tak mało znał Kościół i swoją religię, że w takiej chwili nie wiedział po co przyszedł, ani co miał robić dalej. Ale choć czuł jeszcze ciągle w sobie tę silną wolę tu przyjścia nie wiedział tak naprawdę dlaczego tę siłę w sobie wykrzesał. Tłum zewsząd napierał na niego tak, że stać nawet było trudno, ale Paweł przybliżywszy się tak blisko jak tylko to było możliwe ani myślał ustępować. W tym ścisku postanowił jeszcze uklęknąć aby w ten sposób oddać cześć umarłemu Chrystusowi.

I tak klęcząc wyszukiwał w pamięci tekst którejś z modlitw jakie go kiedyś uczono, ale jak na złość żadna nie przychodziła do głowy. Ojcze nasz, ktoryś jest…, nie, pomyślał, w tej chwili potrzebna jest modlitwa inna. Nie codzienna. Inna tak jak ta chwila inną była. Więc po prostu poddając się głosowi serca swego spojrzał na tę piękną gipsową twarz i cicho rzekł:

– Panie, przyszedłem do ciebie i teraz nie wiem jak się modlić. Przykro mi, ale dotąd się jeszcze nie nauczyłem żadnej pasującej do tego momentu  modlitwy.

–  Podpowiedz mi co mam robić i co mówić bo nie wiem.

–  No powiedz w końcu, czy  mam dalej do ciebie mówić skoro milczysz, powiedz coś.

–  Milczysz, ale przecież ja do ciebie przyszedłem, więc nie zważając na to, że nie umiem się modlić  powiedz coś do mnie Chrystusie,  proszę.

– Powiedz obojętnie co, jeśli coś usłyszę to zrobię dokładnie  to co powiesz. Obojętnie co by to miało być. Zrobię to, ale odezwij się do mnie, Jezusie.

Miał wielką ochotę się w tym momencie Paweł z Chrystusem pokłócić. Bo dlaczego milczy. On, Paweł poświęcił wieczór, szedł w ścisku do Jezusa przez cały Kościół, a Jezus milczał. A przecież Paweł miał tyle spraw z Jezusem do omówienia. A on milczał. Pomyślał więc, że jeśli się nie pokłóci z Jezusem to przynajmniej powie wszystko co ma na duszy niczego w sobie nie chowając. Tak, powie to co ma do powiedzenia. Jeśli przypomni coś złego to przeprosi, jeśli coś dobrego to podziękuje, jeśli zaś się poczuje niewysłuchiwany to też powie.

Zastanawiał się co on, Paweł Zaski takiego w życiu złego zrobił, że miałby teraz czuć się na tyle winnym, że musiałby się za to na niego Jezus gniewać.  Jako dziecko zamiast się bawić z rówieśnikami musiał co parę dni wstawać o czwartej rano, aby wyprowadzić ich jedyną krowę, Mećkę nieco za miasto, aby sobie naskubała trawy, a on jeszcze zdążył do szkoły. Był później na lekcjach zmęczony i senny, ale nikomu nie chciał mówić dlaczego. Po powrocie również podobnie.

Mećka wieczorem znów była głodna i jeśli chcieli mieć mleko musiał Paweł na zmianę ze swym bratem  ją popaść w rowach okolicznych dróg. Jako kilkunastoletni chłopak też bardzo często zamiast się uczyć musiał iść do sąsiadów aby pomóc przy omłotach, przy sadzeniu ziemniaków, roztrząsaniu obornika po polach lub o co tylko sąsiedzi poprosili aby w zamian sąsiad zaorał i ich pole, omłócił i ich zboże, czy też przywiózł suche siano z pola do ich stodoły na zimę dla Mećki. Co on będzie mówił, przecież to wszystko Jezus wie.

Spojrzał Paweł jeszcze raz na pogodną jego twarz i nagle przeszył go dreszcz niewytłumaczalnej emocji. Spojrzał z obawą nieśmiało raz jeszcze i uświadomił sobie, że ta twarz do niego przecież mówi.

Mówi, choć nie padają słowa. Mówi i on to słyszy. Jakby jakaś wielka plansza stała przed nim, a na niej napisane do Pawła słowa. Czytał je. Wdzierały się w jego jaźń jednak nie poprzez czytanie, słyszał je dokładnie tak jakby ktoś je wypowiadał.

– Wstań z kolan, wstań i wyjdź.

–  Nie –

pomyślał Paweł, –  to nie były słowa Jezusa.  Był tu przecież niecałe parę  minut i już miałby wyjść ?

–  Nie –

To jego własna była wyobraźnia. Sam sobie wciskał słowa wiedząc, że od Jezusa ich nie usłyszy – pomyślał. To może nawet sam diabeł mu w głowie mieszał, aby wyprowadzić Pawła z Kościoła, a tym samym i odciągnąć od Jezusa.

–  Nie –

Nie da się szatanowi i nie wyjdzie. Będzie dalej słuchał i Jezusa uwielbiał i może jednak Jezus to zobaczy lub usłyszy …………..i  wtem się sam siebie przestraszył. Jak mógł być aż tak uparty i głupi. Przecież właśnie przed chwilą obiecał, że obojętnie co usłyszy tego usłucha. Ta piękna twarz i to kojące, dziwne uczucie, to dziwne przekonanie, że był właśnie w trakcie rozmowy, że nie był sam.

–  Jezu drogi, wstaję, wstaję i przepraszam, że wątpiłem –  wręcz krzyczał Paweł w swej duszy.

– Skoro chciałeś, skoro uznałeś, że nie powinienem być tu dłużej to wychodzę. Ze smutkiem w sercu, że nie byłem godzien tu dłużej zostać, ale skoro tego chcesz wychodzę.

I wstał, roztarł bolące kolana i się skierował do wyjścia znów się przeciskając przez tłum zebranych tu ludzi. Zazdrościł im. Zdał sobie sprawę, że ci wszyscy ludzie przychodzą do Kościoła, modlą się, śpiewają, znają kościelne pieśni, a on, Paweł nic. Przez trzy lata będąc poza Sokółką do Kościoła nawet ani razu nie przyszedł. I jeszcze rościł sobie prawo do bezpośredniej z umęczonym Chrystusem rozmowy. Ma więc za swoje. Musi wyjść i od nowa rozpocząć swoją drogę do Boga.

W drzwiach wyjściowych chłodny powiew świeżego powietrza sprawił, że bardziej trzeźwo spojrzał na to swoje wyjście. Przestało w tym momencie być ważne, że musiał wyjść. Uświadomił sobie, że dużo ważniejszym był już sam fakt, że w ogóle Jezusa usłyszał. A skoro usłyszał to znaczyło, że do niego, do Pawła ten Jezus przemówił. Zauważył go na tym łez padole, jego usłyszał prośbę o rozmowę i odpowiedział. W świetle gwiaździstego nieba się zatrzymał aby zapiąć kurtkę i szczęśliwy już miał się skierować w stronę domu gdy nagle usłyszał Teresę, której słowa, sprawiły, że kolana się pod nim ugięły, a w oczy się wcisnęły łzy niezmierzalnej niczym radości.

–  Dobrze Paweł, że wyszedłeś.  Słabo mi się w Kościele zrobiło więc wyszłam wcześniej i czekałam. Daj mi rękę bo zemdleję i upadnę jeszcze.

– A więc to datego miałem wyjść –

Cicho do siebie szepnął i się poczuł jakby ktoś lub coś zatrzaskując drzwi jego dotychczasowego życia razem ze wszystkimi jego błędami wprowadził w świat, w którym wszystko już będzie się kręciło w innym rytmie. W rytmie jego w tak niezwykły sposób  obudzonej wiary.

Wracali w ciszy absolutnej ponieważ bał się Paweł, że gdy opowie o słowach, które kazały mu wyjść Teresa mu nie uwierzy. A o niczym innym mówić mu się nie chciało. Już się nie martwił. Martwić się już nie miał powodu. Teraz wręcz upajał się swą wewnętrzną radością i satysfakcją, że już nigdy, nawet gdy wszyscy go opuszczą on już nie będzie w życiu sam.

Fot. Jan Lorek