Magdzie, Maciejowi i Damianowi dedykuję. Bogusiowi nie, bo zaspał, ale może załapać się na kolejny odcinek, zwłaszcza, że piszemy go wspólnie.

Bezkresny Rumun, któremu przyśniło się, że jest kulawym Węgrem.

Przestałem pisać. Definitywnie. Już nic nie wyjdzie spod mojego pióra. – powiedziałem w obecności dopiero co przebudzonego Rumuna w Parku Pokoju, zgniatając nogą puszkę po Harnasiu.

– U nas, w Maramureszu ludzie też nie piszą, ale za to pięknie śpiewają – odpowiedział na pocieszenia stary Rumun. – Jak skowronki śpiewają, nie jak te tępe miejskie kury, gołomby. Więcej one srają niż śpiewają. I dokuczają mi. Wiedzą kiedy zasypiam i specjalnie siadają wtedy na mojej głowie i srają.

– Chciałbym mieć podobne zmartwienia jak ty, stary Rumunie. – westchnąłem ciężko.

– Czyli jakie? – zapytał stary Rumun nakładając plaster owczego sera na pajdę chleba.

– Takie zwykłe, jak inni ludzie. – odpowiedziałem szorstko.

– Pytam, bo kiedyś przyśniło mi się, że jestem Węgrem, a do tego kulawym. Dwa nieszczęścia w jednym. – wyobrażasz to sobie? – zapytał stary Rumun unosząc wysoko brwi.

– Nie widzę nic złego w byciu Węgrem. – odpowiedziałem.

– Chyba pan żartujesz. – odpowiedział stanowczym i poważnym tonem stary Rumun.

– Węgrzy, wszyscy Węgrzy są źli. Są jak jeden wielki wrzód na dupie Europy Środkowej – powiedział stary Rumun wstając z ławki w Parku Pokoju. – Widzisz te góry zapytał lekko poetycko stary Rumun.

– No widzę! – odpowiedziałem szybko i bez zastanowienia bo nie było się nad czym zastanawiać.

– No, to Karpaty. Góry rumuńskie, których granice mojej ukochanej ojczyzny nie były w stanie zatrzymać. Tak duże były!

– I co? – zapytałem.

– To, że byłyby jeszcze większe gdyby nie Węgrzy. Bo oni wciąż chodzą i wypłaszczają. Góry wypłaszczają, bo jak ich w swoich granicach dzięki Bogu już nie mają, to innym wypłaszczają. Oni – zauważ pan – noszą takie ciężkie buty. Do wypłaszczania specjalnie zrobione. Żeby nam, i Słowakom dokuczać nieustannie. Przyjeżdżają w Karpaty i wypłaszczają.

– Jasne, ale Ziemia i tak jest przecież płaska – odpowiedziałem z lekceważącym przekąsem.

– Owszem, teraz tak, bo ją Madziarzy wypłaszczyli, wcześniej była okrągła. – powiedział stary Rumun i wyciągną zza pazuchy miniaturową owcę wołoską – to dla pana, ode mnie i od całego narodu rumuńskiego, żeby pan zapamiętał, że Węgrzy są źli.

– Dziękuję, ale nie mogę przyjąć tej owcy, bo tylko wprawiony w swoje rzemiosło pasterz jest w stanie ją utrzymać przy życiu. – powiedziałem.

– Niby tak, ale wystarczy, że będziesz ją pan trzymał razem ze świnkami morskimi. I albo one z czasem zbaranieją, albo owca się ześwini.

Idzie Straż Miejska, schowajmy się razem pod ławką przykrywszy się wcześniej pana płaszczem z wełny piżmowoła. – powiedziałem i przytuliłem się do starego Rumuna w tęsknocie za Rumunią, którą wczoraj opuściłem.

Szok postrumuński.

Gdy wracam z Rumunii czuję niepokój przemieszany z ekstazą. Zamykam oczy i wciąż widzę Rumunię. A gdy je otwieram, widzę Park Pokoju, w którym hoduję starego Rumuna. Naprawdę boję się, że on kiedyś wyjedzie do Krakowa, Wrocławia czy Warszawy. Wiem, że go kuszą. Pokazywał mi sms-y. „Zerwij z Zenderem i jego pseudorumuńskimi iluzjami”, albo „Zender nie jest prawdziwym Rumunem, tylko za takiego się nieustanne przebiera”. I inne takie złośliwości.

Dopóki stary Rumun siedzi w Parku Pokoju, jestem bezpieczny. Jak tylko z niego wyjedzie, to na pewno umrę. Jak mój Tato, bez ostrzeżenia. Najlepiej w środku jakiegoś długiego weekendu. Ale stary Rumun siedzi i poprawia czapkę, głaszcząc czule zminiaturyzowaną owcę wołoską.

Tych kilka dni po powrocie z Rumunii przeżywam trudno.