Już od dawna nie zajmuję się nauką, więc nie wypowiadam się jako insider, niemniej – nauka jest bliska mojemu sercu, więc czuję potrzebę wypowiedzenia się.
Powiem tak. Problem jest po pierwsze taki, że mamy nauki przyrodnicze, które – pomijając najnowsze ekscesy „antyrasowego” ich potraktowania w krajach zachodnich, zasadniczo funkcjonują w ramach dość zobiektywizowanych metryk, które pozwalają na sensowną ocenę wyników. Można oczywiście próbować odgórnie wyznaczać „priorytety”, co powinno po prostu prowadzić do wygenerowania odpowiednich strumieni finansowych – prywatnych i publicznych, które motywowałyby zespoły naukowe do zajęcia się obszarami szczególnie istotnymi dla gospodarki. Osobiście uważam, że rządowy plan zbudowania przynajmniej dwóch (Orlen + KGHM) „czeboli”, które będą wytwarzały realne zapotrzebowanie na prace badawczo-rozwojowe jest niezły. Do zadań ministerstwa powinno tu należeć przede wszystkim takie alokowanie sił i środków, aby nauka polska nawet w tych obszarach, gdzie gospodarka „nie ssie” nie traciła kontaktu z nauką światową, żeby polskie kadry naukowe były na bieżąco, jeśli chodzi o śledzenie i nadążanie za tym, co ważne w nauce światowej. Rzecz jasna, trudno, aby nagle w Polsce powstało siłami wyłącznie publicznych budżetów naukowych jakieś niesamowicie zaawansowane centrum badań nad komputerami kwantowymi, czy techniką kosmiczną – niemniej, wydaje mi się, że tutaj bariery systemowe można dość łatwo pokonać, tworząc kilka dobrze wyposażonych „centers of excellence” chłonących najzdolniejszych adeptów i oferujących im warunki porównywalne z nauką światową.
Problemem są nauki humanistyczne, co do których nie ma zobiektywizowanych oczekiwań i które są obszarem wojny ideologicznej. Z jednej strony jest słuszne oczekiwanie, że państwo będzie w sensowy sposób finansować badania nad tym, czym raczej nie zajmie się nauka światowa: polską historią, językiem, etnografią, i tym wszystkim, co dotyczy polskiej kultury. Z drugiej strony, zderza się to z oczekiwaniami samych naukowców, którzy czują uwewnętrznioną potrzebę integracji swoich badań z głównym nurtem humanistyki światowej. I tutaj rozpoczyna się galimatias, gdyż główny nurt humanistyki zachodniej ma charakter ostro lewicowy, kontestujący w ramach różnych „teorii krytycznych” to wszystko, co zdaniem prawicowo zorientowanego elektoratu, ma charakter fundamentalny dla zachowania etnosu, jego kultury, a nawet samej polskiej państwowości.
Patrząc na to, co stało się ostatnio z Instytutem Filozofii i Socjologii PAN nie mogę nie odnieść wrażenia, że stało się to, przed czym zatrudnionych tam znajomych od pewnego czasu przestrzegałem: niezależnie od tego, jak bardzo w doniosłe są ich osiągnięcia wg miary humanistyki światowej, rządzone przez prawicę państwo po prostu nie ma żadnego interesu w tym, aby finansować i doceniać ośrodek naukowy, którego kadry są istną wylęgarnią myśli radykalnie lewicowej, umocowują „lewacki” dyskurs w systemie polskiej debaty publicznej i nadają mu najwyższą rangę.
To, że przy okazji wylewa się dziecko z kąpielą, jest przykrym, lecz spodziewanym efektem takiej percepcji upolitycznienia nauki. Zaznaczam, że to upolitycznienie nie jest przypadkowe, ale jest bezpośrednią konsekwencją przyjęcia „krytycznego” paradygmatu przez główny nurt humanistyki światowej!
Nauki humanistyczne całkiem świadomie weszły w politykę i same uważają się za ważny czynnik kształtowania debaty politycznej, dostarczając podbudowy teoretycznej pod przeróżne programy „zmiany społecznej” serwowane przez lewicę. Duża część naukowców, zwłaszcza młodych, nie kryje się ze swoim „aktywizmem” – osoby te chętnie zajmują ostre stanowisko w mediach, a nierzadko robią kariery w polityce.
Same wybory polityczne naukowców budzą zaniepokojenie prawicy. Prawie 30% pracowników naukowych deklaruje, że zagłosowałoby na partię „Razem”! Tymczasem na dwie największe partie polityczne w Polsce, czyli na PO i PiS głosowałoby po 10% pracowników naukowych w Polsce. Badanie przeprowadzono w 2018 roku. Jak jest teraz – nie wiadomo, ale – nie zdziwiłbym się, gdyby odsetek radykalnie lewicowych naukowców jeszcze się zwiększył, bo taki jest właśnie trend światowy.
Jednym słowem, w percepcji prawicy humanistyka akademicka stała się wsobnym systemem radykalnie lewicowej indoktrynacji studentów. Czy można zatem było oczekiwać braku reakcji ze strony prawicowego rządu na taki obraz nauki polskiej?
Osobnym zagadnieniem jest, czy prawica ma tu coś do zaproponowania, poza działaniami sticte reakcyjnymi? Czy proponowane przez prawicę rozwiązania są sensowne?
Tutaj za wcześnie na odpowiedź. Wstępny obraz jest mizerny, niemniej – wydaje mi się, że prawica zdecydowała się na implementację w Polsce strategii sformułowanej przez Christophera Rufo, amerykańskiego stratega konserwatywnego związanego z gubernatorem Florydy, Ronem DeSantisem, który uważa, że jedyną możliwością „odzyskania” akademii przez prawicę jest głęboki „restart” instytucji naukowych, sprowadzający się do kompletnej wymiany rad naukowych (w USA – rad powierniczych) sprawujących nadzór nad poszczególnymi placówkami.
W Polsce, gdzie mamy ustawową autonomię Uniwersytetu, na pierwszy ogień pójdzie oczywiście PAN. Prawica będzie chciała, uważam, całkowicie przebudować tę instytucję – być może nawet poprzez jej marginalizację i powołanie nowej Akademii w nowych ramach. Zauważam, że podobny zabieg zastosowały władze sowieckie w 1948 r., marginalizując skupiającą elitę przedwojennej nauki polskiej Akademię Umiejętności, a na jej miejsce powołując właśnie PAN. Uważam to za wysoce prawdopodobny scenariusz.
Prawica uważa bowiem PAN (a przynajmniej jego „humanistyczną” część) za spadkobierczynię „komuny” – korporację z gruntu „zlewaczoną” i nie ma już żadnej nadziei na to, że możliwa jest jakaś reforma przywracająca bardziej neutralny politycznie charakter tej instytucji.
Zostaw komentarz