13 grudnia 40 lat temu ze ściśniętymi ze wzruszenia gardłami wsłuchiwaliśmy się w przebijające barierę warkotu radiowego zagłuszania głosy i słowa poparcia płynące z całego świata. Ci, co zostali internowani — nie mieli już możliwości wyboru, o ich losie decydował, układając listy proskrypcyjne, stanowiące podstawę internowania komendant wojewódzki w Opolu — Urantówka. Ci natomiast, co pozostali na wolności stawali przed koniecznością działania. Trzeba było tak jak wtedy pamiętnej zimy w 1940 roku na Kresach, pod okupacją sowiecką zdobyć pożywienie na Wigilijną Wieczerzę, na zbliżające się Święta Bożego Narodzenia.
Trzeba jednak było w pierwszej kolejności odnaleźć miejsce, w którym komuniści przetrzymywali bez wyroku sądowego ojca, matkę, męża, żonę, siostrę, brata albo – przyjaciela. Trzeba było chodzić do pracy, uczęszczać do szkoły, do uczelni. Trzeba było nie dać się złamać i nie rezygnować z rozbudzonych w 1980 r. marzeń.
Wprowadzenie stanu wojennego w Branicach w województwie opolskim odbyło się podstępnie, z zaskoczenia — kiedy wszyscy już spali. Nad ranem 13 grudnia 1981 roku, przybyła z Głubczyc ekipa funkcjonariuszy SB w towarzystwie miejscowego milicjanta Homeniuka – zabrała z domu, około godziny trzeciej Antoniego Junoszę Szaniawskiego i Andrzeja Krynickiego. Zszokowanym gwałtownym najściem w nocy i uprowadzeniem mężów i ojców rodzinom — nie udzielano żadnych informacji.
Córka aresztowanego lekarza, mojego przyjaciela Agnieszka, która teraz jest również, tak jak jej ojciec wziętym psychiatrą w Warszawie – wyślizgnęła się przeszukującym mieszkanie esbekom przez okienko w piwnicy… i brnąc w koszuli nocnej, na bosaka w trzaskający mróz po śniegu… dotarła do mojego domu – informując, że u nich w domu rewizja, że jej ojca chcą ze sobą tajniacy zabrać.
Nie miałem zupełnego pojęcia o tym, co się dzieje, więc niezwłocznie przez telefon wewnętrzny szpitala, który nie został, tak jak inne linie telefoniczne wyłączony — powiadomiłem dyrektora szpitala doktora Kazimierza Mielczarka. Umówiliśmy się, że zaraz spotkamy się w domu aresztowanego przyjaciela.
Biegnąc w największym niepokoju — w połowie drogi jednak zawróciłem po dowód osobisty. Przypuszczając, że będzie mi potrzebny w kontakcie z milicją, To prawdopodobnie uratowało mnie od spotkania z dokonującą internowania ekipą, ponieważ, jak do domu przyjaciela dotarłem — esbecji już nie było. Wkrótce pojawił się dyrektor, z którym uzgodniliśmy, że razem pójdziemy na posterunek milicji, żeby się coś więcej dowiedzieć. Jednocześnie w trakcie z nim rozmowy cały czas — wydzwaniałem do znajomych działaczy „Solidarności”, wzywając ich do stawiennictwa w szpitalu.
Na posterunku MO w Branicach zastaliśmy przerażonego i tak na oko, trzeźwiejącego dopiero co — komendanta, który też w zaistniałej sytuacji s kompletnie się nie orientował. Ujawnił nam, tylko że krótko, jakąś godzinę przed nami wcześniej pojawili się u niego, nie wprowadzając go w szczegóły funkcjonariusze SB z Głubczyc — informując go zdawkowo, o jakiejś akcji, którą mają zamiar przeprowadzić.
Wróciliśmy wtedy z posterunku MO znowu do domu, skąd uprowadzono Antoniego i stamtąd, wiedząc już, że telefony zewnętrzne są wyłączone, poprzez linię szpitalną, zawiadamialiśmy o fakcie jego zatrzymania każdego, kogo się dało obudzić – prosząc o przybycie do szpitala.
Równocześnie byliśmy przekonani, iż najważniejszym naszym zadaniem w zaistniałej sytuacji, jest powiadomienie Zarządu Regionu „Solidarności” w Opolu, oraz — niezwłoczne przystąpienie do akcji protestacyjnej, w tym przypadku strajku okupacyjnego w szpitalu psychiatrycznym
W pracowni plastycznej, którą wtedy kierowałem, zaczęliśmy przygotowywać plakaty i transparenty — o bezprzykładnej prowokacji służby bezpieczeństwa.
Miałem tam nagromadzone z innych akcji „Solidarności” flagi biało czerwone, po które, co raz ktoś przybywał. Wpadłem też na pomysł, żeby obudzić kierownika kolumny transportu sanitarnego, jedynej jednostki szpitala dysponującej łącznością radiową. Jednak w eterze też było głucho !
Jedynym sposobem poinformowania władz związku, było dostarczenie kierowcy autobusu PKS, który o godzinie piątej rano wyjeżdżał do Opola — pisemnej informacji o wydarzeniach z prośbą o dostarczenie jej do Zarządu Regionu „S” w Opolu. Powróciłem do pracowni, jednak w trakcie malowania transparentu usłyszałem w radio, ogłaszającego o 6 rano stan wojenny Jaruzelskiego.
Wtedy — zgodnie z instrukcją wydaną przez Region Dolnośląski na wypadek wprowadzenia stanu wyjątkowego, zacząłem flagi i transparenty ludziom zabierać — prosząc ich jednocześnie o to, żeby się niezwłocznie udali do swoich domostw, bo prowadzenie teraz akcji protestacyjnej nie ma najmniejszego sensu, a może spotkać się ze straszliwym odwetem — z niewspółmierną do aktów i form sprzeciwu — represją. Toteż zgodnie z dyrektywą mocno zaniepokojeni opuściliśmy szpital, rozpraszając się po swoich domach.
A w Branicach z samego rana na ulicach pojawiły się patrole z indywiduami spod ciemnej gwiazdy, odzianych w najprzeróżniejszego koloru mundury MO, ORMO, rezerwy wojskowej itp. Na przykład niejaki Leon Grajewski, który przez lata uchodził za dobrotliwego staruszka, zapoznanego erudytę — teraz paradował w galowym uniformie oficera MO, bodajże w stopniu kapitana, co było rangą dotąd u nas, na głębokiej prowincji niespotykaną.
W południe jednak pod ciśnieniem wydarzeń postanowiono zebrać w budynku administracji szpitala Komisję Zakładową Solidarności. Na to spotkanie zostałem zaproszony przez osoby, z których jedna – później zrobiła „karierę” jako funkcjonariusz gminnego komitetu PZPR.
Osobiście byłem przeciwny temu zgromadzeniu !
Instrukcja bowiem z Wrocławia z Dolnośląskiego Zarządu Regionu wyraźnie zabraniała tego rodzaju aktywności. Pustych gestów, które w konsekwencji tylko narażały i dekonspirowały działaczy – ułatwiały pracę esbekom.
Poszedłem jednak na to spotkanie i w sposób zdecydowany nawoływałem do rozejścia się i niszczenia dokumentacji związku, tak aby nie mogła być ona wykorzystywana przeciwko jego członkom. Z największym trudem udało się mi o tym przekonać przewodniczącego i innych członków prezydium komisji. W końcu jednak wybiłem im z głowy „zamykanie się w formie protestu na oddziałach z najbardziej niebezpiecznymi pacjentami psychiatrycznymi”, czy barykadowanie się w kościele itp.”
Po 40 minutach wzajemnego przekrzykiwania się i oskarżania o kunktatorstwo, kolaborację tchórzostwo — zakończyliśmy zebranie i w rosnącym popłochu — ewakuowaliśmy się z budynku dyrekcji szpitala.
Rozpisałem się o tym spotkaniu w dniu 13 grudnia 1981 r. bardziej obszernie dlatego, że miało ono dwa tygodnie później swoisty ciąg dalszy. Było to także w niedzielę. Zjechała wtedy na posterunek milicji w Branicach specjalna grupa cywilnych funkcjonariuszy i rozpoczęła -intensywne dochodzenie, którego jak można było się zorientować — celem było wyjaśnienie, czy spotkanie w dyrekcji szpitala w dniu 13 grudnia 1981 r. naruszyło rygory stanu wojennego, czy też nie ? Czy uczestniczącym w spotkaniu osobom, a było ich tam wtedy z 11 działaczy — można by było postawić zarzut prowadzenia nielegalnej działalności ? Kogo by tu zamknąć jeszcze ? Specgrupa esbecka kolejno więc wzywała na komendę wszystkich ludzi uczestniczących w owym zebraniu. Wyznaczyli im nawet dodatkowe zadanie – informowania siebie nawzajem, o tym, kto teraz ma być przesłuchiwany i ma się na posterunku stawić
Moi koledzy byli porządnie wystraszeni. Jednak przed pójściem na posterunek pojawiali się u mnie w mieszkaniu, żeby się poradzić — jaką postawę mają przyjąć? Po powrocie z przesłuchania tak samo przychodzili, żeby opowiedzieć — jak ono przebiegało. Trwało to dobrych parę godzin. Wyglądało na to, że przesłuchujący pytali szczególnie o to, jak ja się wtedy, w niedzielę 13 grudnia zachowywałem i co mówiłem? Byłem więc przekonany, że mnie zamkną. Żonę poprosiłem, żeby spakowała trochę bielizny na zmianę. Ostatni jednak przesłuchiwany przyniósł rewelacyjną wiadomość, iż — ekipa funkcjonariuszy SB już się z posterunku MO zabrała, że wyjechali samochodami, kierując się w stronę Głubczyc. Pozostałem więc jedynym z uczestników zebrania w administracji szpitala, którego wtedy nie wezwali. Wyglądało na to, że w składzie przesłuchujących nie było aż takich wielkich gorliwców, żeby pozbawiać chorych przebywających w szpitalu psychiatrycznym — opieki, zamykając pracowników, tylko dlatego, że się na krótko w samo południe 13 grudnia spotkali.
Zostaw komentarz