Kiedy Donald Tusk dziś z triumfalną miną ogłasza, że „Unia dała zielone światło na budowę elektrowni jądrowej”, to naprawdę trudno powstrzymać śmiech. Unia niczego nie dała — żadnych pieniędzy, żadnego realnego wsparcia, jedynie zgodę, czyli dokument, który można byłoby sobie powiesić na ścianie, gdyby ktoś lubił takie biurokratyczne bibeloty.
Ale Tusk ogłasza sukces. Sukces na miarę człowieka, który nie ma czym się pochwalić, więc świętuje samą zgodę na zaciągnięcie nowych zobowiązań. Zgody, którą każdy kraj w UE dostaje, jeśli tylko grzecznie pokiwa głową w rytm brukselskiej muzyki.
Tylko że jest w tym wszystkim pewien szczegół, o którym Donald Tusk bardzo nie chce przypominać.
On już jedną elektrownię jądrową budował.
W 2011 roku powstała spółka PGE EJ1. Przez lata przejadała publiczne pieniądze z taką sprawnością, że jakby ją zgłosić do Księgi Rekordów Guinnessa, to miałaby tam swoją osobną kategorię. Zatrudniono setki ludzi, znajomych, „ekspertów”, doradców, podwykonawców,…
Ile poszło?
Ponad 100 milionów złotych tylko na same wynagrodzenia.
Łączny koszt — prawie miliard złotych. Pieniądze publiczne wydane.
Na co?
Na nic.
Na pustkę. Na trawę rosnącą na polu, gdzie według Tuska miała stać nowoczesna elektrownia jądrowa.
A szefem tego wszystkiego był kolega Tuska— Aleksander Grad, mistrz świata w zarabianiu publicznych pieniędzy bez konieczności dostarczania czegokolwiek.. zarabiał 100 tysięcy miesięcznie. Tuskowy człowiek, idealny do roli kierownika budowy, która nigdy nie powstanie.
I dziś, po latach, historia wraca.Druga próba. Ten sam człowiek. Ten sam model. Ten sam schemat.
Rząd Tuska znów próbuje sprzedać Polakom tę samą bajkę: że teraz „już na pewno”, już „tym razem powstanie”. A Unia Europejska znowu została przedstawiona jako wybawca — choć przecież nie dała żadnych pieniędzy, tylko kolejny papierek, który pozwala Tusko-urzędnikom grać w tę samą grę co dekadę temu.
Gra na czas.
Gra na stanowiska.
Gra na wielkie interesy dla swoich.
Jeśli ktoś uważa, że ta nowa elektrownia powstanie, to uwierzył też pewnie w Yeti, potwora z Loch Ness i neutralność klimatyczną UE w 2040 roku.
A teraz najważniejsze – to wszystko było kompletnie niepotrzebne.Bo Polska miała realną, szybką i nowoczesną alternatywę.
Amerykanie zaproponowali nam budowę małych reaktorów jądrowych SMR — technologii, która powstaje w kilka lat, jest tania, bezpieczna, skalowalna, a przede wszystkim daje prąd szybciej niż jakakolwiek gigantyczna elektrownia jądrowa budowana „na wieczne jutro”.
SMR-y to była konkretna oferta.To było partnerstwo z USA.To była droga do prawdziwej niezależności energetycznej.
I co zrobił rząd Tuska?
Wyrzucił to do kosza. Bo SMR-y nie dawałyby setek stołków, wieloletnich kontraktów, miliardów do podziału i tysięcy okazji, żeby „konsultować”, „nadzorować” i „opracowywać strategie”.Gigantyczna elektrownia jądrowa?
O, to już co innego. Można powołać spółkę. Zatrudnić ludzi. Uruchomić rady nadzorcze. Zlecić analizę, potem analizę analizy, potem audyt analizy, a potem ekspertyzę audytu analizy.
Jak w 2011.Jak zawsze.
I dlatego dziś Tusk nie mówi prawdy. On nie buduje elektrowni. On buduje system. System pieniędzy, wpływów i znajomości.Elektrownia jest tu tylko pretekstem.
SMR-y mogły powstać naprawdę. Mogły działać dla Polaków. Mogły dać tani prąd za kilka lat.Ale dla tego rządu były zbyt uczciwe, zbyt szybkie i zbyt skuteczne.
A co najgorsze — zbyt bezpieczne dla budżetu państwa, bo nie pozwoliłyby nikomu „wyparować” kolejnych setek milionów.
I dlatego powstaje dokładnie to, co już kiedyś zrobiono: drugi rozdział tej samej fikcji, ten sam wał tylko w nowym opakowaniu.
A potem mówią ludziom, że „Unia nam pomaga”.
Nie.To już nie jest pomoc.
To jest romans na koszt polskiego podatnika. I jak każdy taki romans — skończy się rachunkiem, który zapłacimy wszyscy. Czy w końcu ktoś go za to rozliczy?
Zostaw komentarz