Wiele lat temu, gdy pracowałem w ambasadzie w Moskwie jedną z rzeczy, które zawsze mnie dziwiły było to jakim cudem niektórych pracowników technicznych ambasady stać było na samochody na które ja – mając jako dyplomata znacznie wyższą pensję – nijak nie mogłem sobie pozwolić. Tłumaczyłem to sobie tym, że w każdy w zasadzie weekend z żoną gdzieś żeśmy się wybierali – a to na kolację ze znajomymi z CD do restauracji, a to na jakąś wycieczkę, do kina, do filharmonii, do opery.

W warunkach moskiewskich – wówczas bodaj piątego najdroższego po Tokio, Oslo, Londynie i o ile dobrze pamiętam Zurichu – miasta świata aktywne życie towarzyskie i kulturalne oznaczało spore wydatki, a zarabialiśmy mniej więcej połowę tego, co nasi odpowiednicy z ambasad Czech, Słowacji i Węgier i jedną czwartą tego co Niemcy, Francuzi i inni. Poziom wynagrodzeń w polskiej dyplomacji był skandalicznie niski. Gdyby nie to, że pracowała również moja żona z mojej pensji starczałoby nam tyle, co na przeżycie.

Samochód sobie co prawda kupiłem, ale używany. Ale co zwiedziłem i co zobaczyłem, to moje. W zasadzie chyba nawet dziś, po ponad 10 latach od powrotu z Rosji, mógłbym oprowadzać wycieczki po Moskwie.

Kilka lat później okazało się, że w ambasadzie istniała grupa, która zajmowała się przemytem papierosów do Polski. Jeden z przemytników był na tyle jednak nierozgarnięty, że zamiast towar wozić przez Litwę postanowił pojechać bezpośrednio do Polski. Litwini zapewne polskiego samochodu na rosyjskich dyplomatycznych blachach by nie sprawdzili. Pewien młody polski celnik postanowił jednak zainteresować się człowiekiem, który co 2 tygodnie ruszał w daleką bądź co bądź podróż. Z tego, co wiem celnik ów miał opinię „narwańca”. Dla jasności szefowi szajki nic się nie stało, gdyż złożył zeznania obciążające innych. Żeby było jeszcze zabawniej dowiedziałem się, że dopiero niedawno przestał pracować w MSZ. Innymi słowy można było zostać złapanym na przemycie i jak gdyby nigdy nic dalej pracować dla „państwa”.

Po Moskwie trafiłem do Mińska, gdzie zostałem szefem placówki. Przez 4 miesiące jako charge d’affaires RP nie miałem jednak legitymacji dyplomatycznej, a mój prywatny wóz nie miał dyplomatycznych blach. Jeździłem po Mińsku (nie licząc oczywiście tych chwil, gdy jeździłem służbowo z kierowcą) jak turysta na polskich numerach i zawsze miałem przy sobie paszport dyplomatyczny, gdyż był to w efekcie jedyny mój dowód, że w ogóle legalnie znajduję się na Białorusi. Działo się tak, gdyż białoruski MSZ domagał się zwrotu dokumentów mojego poprzednika. Mój poprzednik zaś – surprise – co tydzień przekraczał granicę. Po co, tego nie wiem. Gdy poinformowałem MSZ, że chyba nie jest normalną sytuacja, gdy szef placówki nie ma wystawionych dokumentów dyplomatycznych dowiedziałem się, że nieładnie tak „donosić”. To, a nie brak akredytacji szefa placówki, było tym, co zainteresowało moich przełożonych.

Pewnego razu – w tym właśnie okresie – jechałem do kraju. Z kierowcą, służbowym „flagowym” Audi A8. Kierowca wziął mój bagaż jakby był lokajem. Ja nie widząc powodu by ktoś nosił mój bagaż odebrałem mu torbę podróżną (którą kierowca chciał położyć na fotelu) i otworzyłem bagażnik. I to był błąd. W bagażniku nie było otóż miejsca, bo było w nim kilkanaście pudełek z laptopami. Oczywiście kazałem je natychmiast usunąć, bo nie wyobrażałem sobie, by autem szefa polskiej placówki robić przemyt. Potem okazało się, że mój kierowca (ale i inni) co weekend jeżdżą do kraju. Minivanami. Sprawę zgłosiłem. Nikogo nie zainteresowała. Nic się nie stało. Nie mogąc zrobić absolutnie nic (w mojej ocenie jeden taki incydent powinien w kraju tak zagrożonym kontrwywiadowczo jak Białoruś kończyć się dyscyplinarnym zwolnieniem z pracy o co wnioskowałem, ale co się nie stało) wydałem zarządzenie, że każdy (ze mną i moją żoną włącznie oczywiście) ma obowiązek zdawania paszportów dyplomatycznych i służbowych do kancelarii tajnej ambasady, a paszporty mają być wydawane wyłącznie za moją pisemną zgodą. Dla jasności – po wydaniu zarządzenia skontrolowałem czy jest ono wykonywane. Szef kancelarii (człowiek bardzo uczciwy i popierający moje działania) powiedział mi z uśmiechem, że „wkurzył Pan kilka osób”.

Pewnego razu będąc w Warszawie spotykałem się z bardzo ważnym człowiekiem. Powiedziałem mu o tym co opisałem powyżej. Mój rozmówca – w stopniu generała – poradził mi, bym nie był taki „konfliktowy” i dodał, że „nic nie może” (i chyba była to nawet prawda, bo jak wielu przed nim i po nim dlatego został generałem, że nigdy nic nie mógł i nigdy nie był „konfliktowy”), uśmiechnął i powiedział, że to ciekawe co mu mówię, ale to wszystko „drobnica” (tak jakby w sprawie tylko o przemyt chodziło) po czym dodał, że „prawdziwy przemyt to idzie TIRami. Albo lasem”.

Tak mi się to wszystko przypomniało gdy przeczytałem, że od lata w Niemczech zarejestrowano już niemal 5.000 migrantów, którzy zadeklarowali – mimo stanu wyjątkowego na naszej granicy – że przybyli do Niemiec z Białorusi via Polska. Realna liczba tych, którzy już przedostali się na Zachód jest zapewne znacznie wyższa, bo nie wszyscy zmierzają do Niemiec i nie wszyscy się rejestrują.

Czemu tak się dzieje? Ano dlatego, że mamy od lat dziurawą granicę. Przez lata kariery robili ludzie, którzy wiedząc o tym, niczego z tym nie robili. Mam nadzieję, że w Straży Granicznej i w służbach są jeszcze niedobitki ludzi „konfliktowych” którym zależy i który wiedzą jak ją realnie uszczelnić, ale moje własne doświadczenie życiowe mi podpowiada, że ci, którym zależy raczej długo dla Polski nie pracują.

Moi hejterzy (a mam niemałe ich grono) gdy chcą mi zrobić przykrość zazwyczaj piszą, że mam „nadęty ton” (cokolwiek to miałoby oznaczać), albo, że mam nadwagę (to akurat prawda, choć w coraz mniejszym stopniu).

Ulubionym jednak chwytem jest sugerowanie, że jestem sfrustrowany bo nie jestem ambasadorem, bo nie udało mi się „wkupić w łaski”, bo nie pracuję dla państwa. Gdyby moi hejterzy to ostatnie napisali w czasie przeszłym mieliby rację. Jestem sfrustrowany, ale nie tym, że nie pracuję dla państwa, ale tym, że nie pracowałem dla państwa. Pracowałem dla nędznego ersatzu państwa. Dla jasności uważam, że zmieniły się dekoracje, doszedł lekko autorytarny zapaszek, ale co do istoty jak był ersatz, tak jest ersatz.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)