Dziennik wojny – Mafijne wojny w ukraińskim aparacie władzy – dni 126-224 piątego roku (1581-1678)
Obrazek wprowadzajacy od Dmytro Kadubina.
REKLAMA
Po trzech miesiącach bardzo dla mnie intensywnych (służbowo i prywatnie) wracam powoli do pisania.
Zebrało się trochę, więc żeby nie robić kobyły, podzielę to na kilka tematów.
Na początek Ukraina.
No tu jest niezła jazda. O ile armia ukraińska trzyma się nieźle, a lokalnie nawet ma spore sukcesy (choć ofensywa dronowa nie przełożyła się – zgodnie z moimi przewidywaniami – na jakieś duże przełamanie), to państwo ukraińskie trzeszczy.
Trzeszczy głównie z powodu postępującego upadku autorytetu prezydenta i rozpadu dotychczasowego systemu pewnej „zgody narodowej”, z której wyłamywały się tylko jednostki, szybko pacyfikowane przez ogół publiki. Tym razem jednak jest inaczej, a prezydent Zełeński jest zmuszany do kolejnych politycznych odwrotów. Słabnąca pozycja prezydenta z jednej strony ośmiela tych, którzy chętnie go dopadną, jak służby antykorupcyjne NABU i SAPO, z drugiej prowokuje służby specjalne do walki o dostęp do funduszy, a szczególnie do półlegalnych interesów (pisałem o tym, jakie mają one znaczenie dla funkcjonowania służb).
Niewątpliwe sukcesy na polu tworzenia i produkcji coraz lepszych broni typu drony i rakiety, w tym rakiety balistyczne, nie zmieniają sytuacji samego prezydenta. Nie zmieniają jej nawet sukcesy 3 Korpusu „Azow”.
Nie zmieniają, bo Ukraińcy większe zagrożenie widzą w korupcji, niż w wojnie. Mniej nienawidzą Moskala, niż własnego polityka (a Moskali nienawidzą serdecznie).
Po kolei.
Rozpętana przez prezydenta Zełeńskiego antypolska i probanderowska histeria wypaliła się dość szybko. Przez dwa miesiące można było w ukraińskich mediach przeczytać tonę bełkotu, włącznie z tym, że Polska to taki sam okupant, jak Rosja. A w czerwcu znaczna część Ukraińców stwierdziła, że sprawy sporne z Polską należy załatwić polubownie.
Co prawda prawie nikt nie stoi na stanowisku, że Ukraina ma przyjąć polską optykę i spełnić wszystkie polskie żądania (1%), ale niewiele więcej uważa, że należy narzucić Polsce stanowisko ukraińskie. Oba skrajne poglądy to zaledwie 5% respondentów. Jedna trzecia jest zdania, że historią powinni zająć się specjaliści, a nie politycy, zaś ponad połowa stoi na stanowisku, że każdy ma własną historię i nic nikomu do tego
Jak na skalę antypolskiej propagandy, jaką Kijów w tym czasie wyprodukował, to słaby wynik. Oczywiście, my wolelibyśmy, żeby za porozumieniem była wyraźna większość, ale już fakt przyjęcia do wiadomości, że nie musimy akceptować ukraińskiej wersji historii jest naszym sukcesem i porażką Bankowej (czyli Urzędu Prezydenta Ukrainy).
W ślad za tą porażką Kijów zaczął lansować postać Iwana Mazepy, którego pomniki mają zastąpić obalone posągi Lenina.
Jest to oczywiście gest bardziej antyrosyjski, niż antypolski, ale z polskim stanowiskiem się liczący.
W podobnym duchu należy widzieć ekshumację i pogrzeb Jewhena Konowalca, twórcę i pierwszego szefa OUN. Co prawda obciąża go terrorystyczna działalność na Kresach i zniweczenie wszelkich prób porozumienia ze strony polskiej (w tym zamachy na Józefa Piłsudskiego, czy Bronisława Pierackiego) – nie kierował nimi bezpośrednio, bo przebywał wtedy na emigracji, ale dawał im ramy polityczne. Jednak nie był inicjatorem, planistą, ani wykonawcą masakr w czasie wojny. Nie był, bo nie zdążył, NKWD zlikwidowało go w 1938. Dał im „tylko” ideologiczne ramy w postaci koncepcji narodu etnicznego i odrzucenia kompromisów politycznych.
Jest więc dla Polaków bardziej akceptowalny, niż Bandera, czy Melnyk, a jednocześnie nie daje paliwa nacjonalistycznej opozycji, że prezydent Zełeński ugiął się pod polską presją.
Generalnie jednak po zapowiedziach sprowadzenia i pochowania uroczyście Bandery, Konowalec jest ustępstwem na rzecz Polski – jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało.
Prezydent Zełeński odpuścił, bo już w czerwcu było widać, że po chwilowym niewielkim skoku jego popularność znowu spada.
I oczywiście, wpływ na to miała także afera z ministrem obrony Ukrainy Michałem Fedorowem, który został spuszczony w lipcu, a potem wymuszona na prezydencie dymisja Aleksandra Syrskiego (nareszcie), jednak oba te wydarzenia miały miejsce w lipcu, a trend spadkowy (czego na grafie nie widać) pojawił się już w czerwcu.
Ciężko pojąć, czemu w takiej sytuacji prezydent Zełeński zdecydował się na tak absurdalny ruch, jak odwołanie ministra obrony Michała Fedorowa. W dodatku w tak głupi sposób, który kosztował go kolejne cofnięcie się pod presją ulicy.
Ale znów po kolei.
W ramach poprawiania pogarszających się nastrojów, prezydent Zełeński postanowił zmienić rząd. Bo jak burdel przynosi straty, wymienia się firanki. Premier Swirydenko, która wynegocjowała umowę surowcową z USA i eksport broni dla wybranych partnerów (własne fundusze dla Ukrainy) dostała propozycję na ambasadora w Stanach. Przy okazji prezydent Zełeński chciał dyskretnie odwołać umoczoną w korupcję Oksanę Stefaniszynę. Swirydenko jednak odmówiła i 14 lipca rzuciła kwitem wobec Werhownej Rady. Razem z nią poleciał cały rząd.
Dwa dni później prezydent Zełeński powołał nowy gabinet, w którym nie było już Michała Fedorowa, a na czele Ministerstwa Obrony stał jako pełniący obowiązki Eugeniusz Chmara, wywodzący się z jednostki specjalnej Alfa podległej SBU.
To z kolei policzek dla wywiadu wojskowego GUR, którym kierował do niedawna obecny szef Urzędu Prezydenta generał Budanow (o konflikcie między tymi służbami dalej).
Fedorow o tym, że nie będzie w nowym rządzie dowiedział się w ostatniej chwili przez posiedzeniem parlamentarnej frakcji partii prezydenckiej, która miała klepnąć skład nowego gabinetu. Ponieważ mają większość, więc formalne głosowanie w izbie jest… formalnością.
Prezydent Zełeński zaproponował Fedorowowi różne stanowiska, nie mające charakteru decyzyjnego, w tym wicepremiera ds. innowacji wojennych lub doradcy prezydenta ds. modernizacji wojska. Fedorow uznał je jednak za „dekoracyjne” i odrzucił. Zapowiedział, że wróci do rządu tylko na stanowisko ministra obrony narodowej i z realną władzą.
Fedorow wprost mówił, że sprowokowanie premier Swirydenko do rzucenia dymisją było elementem gry, której celem było usunięcie jego.
Dlaczego?
Bo technokrata spoza struktur siłowych, patrzący nie trepiarsko, a nowocześnie i budujący siłę dronową armii, był w sporze z głównodowodzącym SZU generałem Syrskim. Fedorow oskarżał Syrskiego o zbyt sztywne podejście do schematów i nieliczenie się z życiem żołnierzy (w sumie słusznie).
Decyzja prezydenta, szczególnie w tak głupi sposób przeprowadzona wywołała masowe protesty ulicy, a część wojskowych, w tym generał Michał Drapaty, a szczególnie jednostki liniowe zaprotestowali. Zastępca dowódcy sił powietrznych pułkownik Jelizarow rzucił rezygnacją.
Syrski wspierany przez sztabowy beton początkowo się puszył, ale kiedy ulica dała prezydentowi Zełeńskiemu ultimatum, że do 24 lipca Syrski ma być odwołany, prezydent potulnie zdjął „Rzeźnika” na trzy dni przed upływem terminu.
To druga po zadymie wokół NABU i SAPO sytuacja, kiedy prezydent Ukrainy ugina się pod presją ulicy.
Na miejsce Syrskiego powołany został dobrze notowany w społeczeństwie i mający dobre relacje z Fedorowem Michał Drapaty.
Formalnie poprzez p.o. ministra obrony narodowej Eugeniusza Chmarę prezydent Zełeński kontroluje armię, ale faktycznie powoli ją traci. Zwolennicy Fedorowa nie wybaczą mu odwołania ich ministra, a popierający Syrskiego – ugięcia się pod presją ulicy.
I tu na pełnej wjeżdża wojna (dosłownie) w stylu mafijnym między ukraińskimi służbami.
W nocy z 1 na 2 września w mieszkaniu przy ulicy Szumskiego w dzielnicy Berezniaki w Kijowie dochodzi do strzelaniny. Szybko się okazało, że strzelały do siebie jednostki specjalne: członkowie Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego podległego GUR oraz „Alfy” podległej SBU. Do wymiany ognia doszło w mieszkaniu jednego z dowódców RKO podczas próby przeszukania go przez SBU. Sam oficer został wcześniej pojmany przez bezpiekę. W wyniku strzelaniny trzech żołnierzy GUR zostało rannych.
I teraz zaczyna się cyrk, bo mamy dwie różne wersje.
Służba Bezpieczeństwa Ukrainy twierdzi, że prowadziła śledztwo w sprawie próby zamachu na jednego z liderów rosyjskiej opozycji – mówi się, że chodzi o przywódcę Czeczenów Ahmeda Zakajewa – i w trakcie postępowania wyszli na Stiepana Kapłunowa, zastępcę dowódcy RKO. Kapłunow miał się przyznać do uczestnictwa w spisku. W czasie przeszukania mieszkania Kapłunowa zespół śledczy miał zostać zaatakowany przez uzbrojonych ludzi.
Wersja GUR jest cokolwiek inna. Według niej SBU uprowadziła Stiepana Kapłunowa i torturami wymusiła na nim przyznanie się. Mieszkanie miało zostać przeszukane w celu znalezienia materiałów kompromitujących Kapłunowa i RKO. Kiedy bezpieczniacy przyszli do mieszkania czekali już tam na nich ludzie z RKO.
Wybuchła afera, prezydent Zełeński nazwał całą sytuację niedopuszczalną. Zostało wszczęte śledztwo a zarzuty postawiono po jednym funkcjonariuszu SBU i żołnierzu RKO.
A teraz niuanse.
Rosyjski Korpus Ochotniczy wchodzi w skład nieformalnej struktury wykonawczej GUR pod kryptonimem „Tymur”. To osobista „gwardia” generała Budanowa, wykonawcy wszystkich najsłynniejszych operacji specjalnych GUR. Budanow wielokrotnie uczestniczył bezpośrednio w ich operacjach podobnie, jak w działaniach „Krakena”, ale to „Tymur” jest jego „dzieckiem” i jego ekipą („Kraken” to bardziej azowcy pod parasolem GUR).
Dla Moskwy wrogowie równie, jeśli nie bardziej znienawidzeni, jak „Azow”.
„Alfa” to z kolei matecznik p.o. ministra obrony Eugeniusza Chmary i narzędzie byłego szefa kontrwywiadu SBU, a od rekonstrukcji rządu p.o. szefa całej SBU Aleksandra Pokłada.
Aleksander Pokład to z kolei klasyczny policjant-łowca szpiegów z bogatą przeszłością.
Wywodzi się z Donbasu, gdzie pracował w milicji. Stąd przeszedł do SBU. W czasie prezydentury Janukowycza (tego, co chciał zrobić prorosyjski zwrot i został obalony przez Majdan) był społecznym asystentem dwóch niewyróżniających się niczym posłów z Partii Regionów, która była politycznym zapleczem Janukowycza. Posłowie nie wyróżniali się na tyle, że jeden – Iwan Myrnyj, były sowiecki sołdat i milicjant – nadzorował w Werhownej Radzie służby zwalczające przestępczość zorganizowaną, a także współpracę międzynarodową w tym zakresie, drugi zaś – Rafił Safiullin – był ministrem młodzieży i sportu od 2010 do upadku Janukowycza w 2014. Po ucieczce szefa do Rosji obaj wycofali się z Partii Regionów i zniknęli z horyzontu. Myrnyj był jeszcze posłem z prorosyjskiego Bloku Opozycyjnego, późniejszej Platformy Opozycyjnej – Za Życiem, która była bazą werbunku prorosyjskiej agentury i kolaborantów.
Dorobek Myrnego to między innymi poparcie ustaw dających Janukowyczowi władzę dyktatorską w 2014 roku i sprzeciw wobec ustawy podkreślającej suwerenność Ukrainy nad całym Donbasem w 2018 roku. Aha, przepchnął ustawę likwidującą karę za nielegalne wzbogacenie się.
Trudno powiedzieć, czy Pokład był ich „aniołem stróżem” z ramienia SBU, czy też oni go promowali. W każdym razie w 2014 się odnalazł w nowej strukturze władzy i kontynuował karierę.
STOP!
Bo tu się robi ciekawie.
Zanim Pokład trafił do milicji miał według byłego generała SBU Olmeczenki odsiadywać wyrok sześciu lat za rozbój i udział w gangu (reket). Tylko, że w publicznych wykazach wyroków z tego okresu nic nie ma. Nie ma wyroku na takie nazwisko. Poza tym, Pokład skończył studia w 1996. Gdyby wtedy został skazany, to wyszedłby w 2002, a w 2003 na pewno był już w milicji w Połtawie. I to w dochodzeniówce.
Milicja wzięła do dochodzeniówki skazanego przestępcę? Wątpliwe. Prędzej, jeśli z wyrokiem to prawda, był już wtedy milicjantem pod przykrywką, rozpracowującym grupy przestępcze. Częścią tego zadania mógł być pobyt w więzieniu i rozpracowywanie struktur przestępczych w więzieniach. W tamtym okresie bosowie reketu potrafili kierować swoimi grupami zza krat.
To by tłumaczyło wyczyszczenie akt.
W milicji kierował wydziałem taktycznym dochodzeniówki, czyli po prostu ATkami.
Potem w 2006 roku zrobił uprawnienia adwokackie. W 2007 został asystentem społecznym Rafiła Safiullina, który zajmował się sportem, a więc obszarem, który przestępczość zorganizowana bardzo lubi.
W 2011 złożył pozew o przywrócenie do służby w resorcie spraw wewnętrznych, ale nie wiadomo, kiedy ze służb MSW odszedł.
W 2012, gdy Safiulin został ministrem młodzieży i sportu, Pokład zaczął asystentować Myrnemu – posłowi nadzorującemu zwalczanie przestępczości zorganizowanej i współpracą międzynarodową w tym zakresie.
Był jego asystentem aż do 2019 roku. W międzyczasie w 2014 roku znów pojawił się jako zastępca szefa dochodzeniówki w Sumach, a w roku następnym trafia do SBU i to w samej centrali kontrwywiadu, gdzie został najpierw zastępcą szefa 5 Departamentu, a następnie w 2019 szefem.
„Piątka” to powołana w 2014 roku struktura kontrwywiadu SBU zajmująca się działaniami wymierzonymi w Rosję i jej agenturę na Ukrainie. Szczególnie zainteresowana terenami okupowanymi. Ujawnienie się rosyjskiej agentury, szczególnie wywodzącej się z SBU (oficjalnie prowadzone są śledztwa przeciw ponad trzystu osobom wywodzącym się ze struktur siłowych – w większości policjantów), po 24 lutego 2022 na terenach okupowanych to klęska właśnie 5 Departamentu.
Rok później, w 2019, prowadził operację przeciw szefowi „Alfy” generałowi Waleremu Szajtanowi, który na zlecenie Moskwy przygotowywał prorosyjski przewrót. Szajtan został skazany za zdradę na szesnaście lat więzienia. W nagrodę Pokład został szefem całego kontrwywiadu.
Kompromitacja kontrwywiadu po 24 lutego 2022 (przypomnę, że przed inwazją rosyjska FSB jawnie werbowała grupy dywersyjne w Kijowie) nie zachwiała karierą Pokłada. Za to, że struktury państwa masowo (choć nie tak masowo, jak w 2014 roku) przechodziły na stronę Rosji w Charkowie, czy Chersoniu, poleciał szef całej służby Iwan Bakanow (kumpel prezydenta Zełeńskiego z podwórka bez doświadczenia w służbach), awansowali zaś fachowcy.
W sierpniu 2023 roku Pokład został zastępcą szefa całej służby Maluka. Kiedy Maluk odszedł w zeszłym roku (pociągnęła go afera Energoatomu, która utopiła też Jermaka) Pokład został zastępcą nowego szefa Eugeniusza Chmary. Kiedy Chmara został ministrem obrony narodowej w ramach ostatniej rekonstrukcji rządu, Pokład awansował na p.o. szefa SBU.
I….
Natychmiast wszedł w ostry konflikt z GUR.
Z powyższego życiorysu wyłania się policjant-łowca szpiegów. Z wieloletnim doświadczeniem, prawdopodobnie dłuższym, niż formalna przynależność do SBU. Skuteczny, ambitny, bezwzględnie lojalny. I najprawdopodobniej pragnący zmazać ze służby hańbę zdrady z 2014 i kompromitacji w 2022 roku.
I kompletnie nie czujący gry operacyjnej i innych elementów pracy klasycznego wywiadu.
Pokład jest bulterierem prezydenta Zełeńskiego, ale można zastanawiać się, na ile to postawa Rocheforta z „Trzech muszkieterów”, który był bezkrytycznym narzędziem w rękach kardynała Richelieu, a na ile cyniczne wykorzystywanie cech charakterologicznych Pokłada przez prezydenta.
W każdym razie Maluk odszedł z szefa SBU, bo nie chciał być narzędziem Bankowej w walce z NABU i SAPO. Pokład nie miał tego problemu. Przeciwnie. To jego ludzie szturmowali biura NABU i to on zebrał materiały mające świadczyć o infiltracji NABU i SAPO przez FSB.
Do tego Pokład mentalnie ukształtowany w milicji/policji nie rozumie, czym jest w istocie kontrwywiad.
Dla policjanta sukcesem jest rozbicie grupy przestępczej, zatrzymanie sprawców przestępstw, postawienie ich przed sądem i doprowadzenie do skazania.
Dla kontrwywiadowcy sukcesem jest sytuacja, w której przeciwnik nie ma dostępu do najważniejszych tajemnic państwa. Mawia się, że postawienie szpiega przed sądem jest porażką kontrwywiadu – na pewno w tym znaczeniu, że przy okazji demaskuje się własną siatkę agenturalną i metody pracy. Znacznie ważniejsze jednak co innego. Każdy szpieg to konkretny zasób osobowy, informacje i wejście w strukturę jego służby.
Powiedzmy, że w otoczeniu polskiego prezydenta służby namierzają szpiega. Prezydent zostaje ostrzeżony, żeby uważać na tę osobę i nie mówić przy niej za wiele. Jednocześnie zaczyna się – często wielomiesięczna – obserwacja figuranta i ustalanie:
jak się dostał w otoczenie głowy państwa?
kto był jego promotorem (w znaczeniu dostępu, nie pracy doktorskiej)?
z kim się kontaktuje i kto z nim współpracuje?
jakie ma nawyki i procedury sprawdzające (chodzi o to, jak sprawdza, czy nie jest obserwowany)?
i wiele, wiele innych.
W momencie namierzenia kolejnego członka siatki także jego obejmuje się obserwacją.
W ten sposób można się dowiedzieć bardzo dużo o sposobie funkcjonowanie służb przeciwnika, jego procedurach, systemach komunikacji itp.
Taka obserwacja może trwać miesiące, a nawet lata.
W którymś momencie można zacząć z przeciwnikiem grę operacyjną. Opcji jest dużo. Od przewerbowania któregoś z elementów siatki (niekoniecznie głównego szpiega) aż po obstawienie głównego figuranta swoimi ludźmi, którzy będą go „karmić” spreparowanymi przez nasze służby informacjami. On wcale nie musi wiedzieć, że jest rozpracowywany.
Zwinięcie wrogiego szpiega (i całej siatki) następuje najczęściej tuż przed jego wyjazdem do własnego kraju tak, żeby nie wywiózł żadnych informacji (nie wszystko da się ująć w raportach, a po powrocie agent jest dokładnie odpytywany o takie pierdoły – ważne dla pracy szpiegowskiej – jak najczęściej używane męskie kosmetyki, czy najbardziej popularny temat rozmów. Dla wywiadu nie ma informacji nieistotnej.
Jeśli następuje zdjęcie szpiega, to na ogół razem z całą siatką tak, żeby na jakiś czas sparaliżować służby przeciwnika. Po takiej wsypie trzeba bowiem zmienić absolutnie wszystko: zalegendowanie oficerów operacyjnych, sposoby i kanały komunikacji i łączności, hasła… wszystko. To zabiera czas, a my zyskujemy przestrzeń na uszczelnienie systemu.
To jednak nie mieści się w umysłach Pokłada i jego ludzi, którzy działają w stylu sowieckiej milicji, na wynik. Tak, żeby pochwalić się liczbą ujawnionych szpiegów i wrogów narodu. A że w miejsce jednego prawdziwego zdjętego przedwcześnie szpiega, którego znamy, przeciwnik przyśle dwóch nowych, których nie znamy, działających w oparciu o siatkę, której nie znamy, czyli dalej będziemy, jak dzieci we mgle, to już do Pokłada nie dociera. On ma nagłówki w mediach.
W umyśle Pokłada nie mieści się też to, że jednostki specjalne GUR, działające w ramach struktury „Tymur” są dowodzone przez ludzi powiązanych z rosyjskimi służbami, czy wręcz będący ich byłymi kadrowymi oficerami.
Ryzykowne?
Bardzo, ale przy odpowiednim prowadzeniu przez służby ukraińskie – bardzo efektywne. RKO, w skład którego wchodzą na przykład dezerterzy z wojsk pogranicznych Erefii, doskonale wiedzą, jak i gdzie skrycie przekroczyć granicę Rosji. Tego nie da żadne szkolenie.
Osobna sprawa to wykorzystanie tych ludzi do infiltracji służb przeciwnika. Przecież każdy z nich ma znajomych i przyjaciół, czy też rodzinę po tamtej stronie. Wie, kto może być podatny na werbunek. W rosyjskich służbach też są ludzie z przerażeniem patrzący na degrengoladę ich kraju i coraz większą zależność od Chin. I część z nich we współpracy z „alternatywną Rosją”, czyli Ukrainą widzi drogę do uwolnienia własnego kraju z chińskich kleszczy. Dla Rosjan Ukraińcy nie są odrębnym narodem (na terenie „ruskim” tradycja kilku odrębnych państw jednego narodu sięga średniowiecza, więc to nie jest problem), a Chińczycy owszem, są obcy, więc wielu Rosjan może nie postrzegać takiej współpracy w kategorii zdrady. Przeciwnie, z ich perspektywy zdrajcami są elity władzy popychające Rosję do podporządkowania Chinom.
Nie mieściło się w umyśle Pokłada także to, że Denis Kiriejew, uczestniczący w negocjacjach w Homlu na Białorusi w 2022 roku, jest elementem gry operacyjnej GUR przeciw służbom rosyjskim (według generała Budanowa to Kiriejew zawiadomił go 23 lutego 2022 roku, że w nocy nastąpi inwazja). Ludzie Pokłada uznali Kiriejewa za rosyjskiego agenta, uprowadzili i zamordowali zanim GUR zdążył zareagować (opisywałem tę historię, była z tego gruba afera, po której Budanow i Maluk robili sobie zdjęcia, jak podają sobie ręce).
W odniesieniu do Rusłana Magamedrasułowa „objęta sankcjami technologia” okazała się… konopiami technicznymi, a Dagestan w Rosji, w którym miał mieszkać teść Magamedrasułowa i odbiorca towaru, okazał się Uzbekistanem, czyli niezależnym, choć powiązanym z Rosją państwem. W dodatku teść okazał się ojcem. Świadka, który podawał, że Uzbekistan SBU postawiła przed sądem z zarzutem, że kłamał podczas zeznań (bo mówił, że Uzbekistan, a miało chodzić o Dagestan), ale sąd go uniewinnił. SBU została więc z niczym.
Co do Wiktora Husarowa to jest jeszcze gorzej. Prokuratura wycofała się z zarzutu zdrady i przekazywania informacji Rosjanom. Husarow przyznał, że od 2012 do 2015 przekazywał niejawne informacje z baz MSW… zastępcy szefa ochrony prezydenta Ukrainy Dymitrowi Iwańcowi(!) i że kontynuował to po ucieczce Iwańca na Krym, co skończyło się w listopadzie 2015 roku. Dane te, pochodzące z bazy ARMOR (obecnie raczej archiwalnej) to po prostu ewidencja osób z informacjami, czy były notowane lub karane, w związku z jaką sprawą, czy są poszukiwane itp. Dla zastępcy szefa ochrony prezydenta to ważne informacje, pozwalające weryfikować ludzi kontaktujących się z głową państwa. Iwaniec podczas urzędowania miał prawo wystąpić o dane z tego zbioru, ale powinien zrobić to zgodnie z procedurą…
Wiecie, jakie jest podejście do procedur na Wschodzie?
Wiecie.
Szybciej było poprosić o dane z pominięciem procedur.
Oczywiście, dane z ARMORa to też znakomity materiał werbunkowy dla wrogiego wywiadu. Ale trzeba udowodnić, że po ucieczce z Kijowa na Krym Iwaniec pracował dla wrogiego wywiadu. Tego nie zrobiono.
Prokuratura nie miała dowodów (bo nie dostarczyła ich SBU), że Iwaniec w tym czasie pracował dla służb rosyjskich, więc zarzut zdrady upadł. Zostało tylko bezprawne przekazanie informacji osobie niepowołanej, ale to się przedawniło w zeszłym roku, zanim doszło do procesu.
Co ważniejsze, wbrew narracji SBU z lipca 2025 roku, sprawa nie dotyczyła działalności Husarowa w strukturach NABU, której w 2015 jeszcze nie było. Czyli zarzut o szpiegostwie w agencji był bezpodstawny.
I tak jest z pozostałymi blisko dwudziestoma ludźmi. Najcięższe zarzuty to udział w wypadkach drogowych i sfałszowanie oświadczenia majątkowego.
SBU jest tak głodne sukcesów, że rzuca się na każdą bzdurę w przekonaniu, że to coś dużego.
Ale takimi ludźmi łatwo można grać. Wystarczy rzucić im trop, żeby sami za nim pobiegli.
O co chodzi w strzelaninie na Szumskiego?
Od 2 stycznia 2026 roku generał Budanow został szefem Biura Prezydenta Ukrainy. Jego miejsce na czele GUR zajął Oleg Iwaszczenko ze Służby Wywiadu Zagranicznego. Ale bądźmy poważni. Budanow nadal pociąga w GUR za sznurki i de facto służba ta jest jego zapleczem.
Wkrótce potem ze stanowiska SBU odchodzi Maluk (ale zostaje w służbie).
Budanow jest teraz „drugim po Bogu”. Na tyle mocnym, że próbuje prowadzić własną politykę (wizyta w Warszawie w sprawie konfliktu o UPA) i naprawiać błędy szefa.
To nie może się podobać prezydentowi Zełeńskiemu. Przy okazji rekonstrukcji rządu usuwa ministra Fedorowa, blisko współpracującego z GUR, która przecież używa dronów w swoich operacjach i zapewnia produkcji dronów ochronę kontrwywiadowczą i drącego koty z posłusznym prezydentowi, a przede wszystkim mocno niepopularnym Syrskim. Po protestach na nowego ministra obrony zostaje wyznaczony Eugeniusz Chmara z SBU, co osłabia pozycję Budanowa. Co prawda mianowanie generała Draptego głównodowodzącym SZU jest wzmocnieniem Budanowa, ale Drapaty pracuje pod nadzorem Chmary, co ogranicza jego możliwości.
Atak SBU na RKO i GUR jest kolejnym ciosem w pozycję Budanowa.
Trudno bowiem oczekiwać, że człowiek o osobowości prezydenta Zełeńskiego ścierpi pod swoją bezpośrednią władzą ludzi mających większe zaufanie społeczne i znacznie mniejszy elektorat negatywny…
Z pierwszą trójką (Załużny, Fedorow, Budanow) prezydent Zełeński przegrywa nawet w kategorii twardego elektoratu
Andrzej Jermak był wygodny, póki nie został zdmuchnięty aferą korupcyjną, bo powszechnie nielubiany nie stanowił zagrożenia. Załużny i Fedorow popularni musieli odejść. Budanowa tak łatwo pozbyć się nie da, bo wie za dużo, ale można powoli osłabiać jego pozycję.
Wystarczy podrzucić trop chartom z SBU, a one już radośnie pobiegną, nie zastanawiając się nad sensem swoich działań…
A jak jesteśmy przy korupcji.
4 i 5 września NABU i SAPO w ramach operacji „Kartagina” przeczesały tak zwane call center, czyli instytucje zajmujące się telefonicznymi wyłudzeniami. Operacja była częścią szerszych działań, które zostały przeprowadzone w całej Europie. W trakcie postępowania wyszło, że parasol przestępczej działalności dawał urzędnik Urzędu Prokuratora Generalnego Sergej Kropywa „Kanclerz”. Miał on nie tylko – nie za darmo – chronić nielegalne interesy, ale też „prać” uzyskane tą drogą pieniądze. W skład grupy mieli wchodzić prokuratorzy i osoby z otoczenia prokuratora generalnego Rusłana Krawczenki, między innymi jego zastępca Maria Wdowyczenko. Biuro Prokuratora Generalnego Ukrainy zostało przetrzepane. Posypały się aresztowania.
Krawczenko zaprzeczył udziałowi w grupie przestępczej, ale na spotkaniu z prezydentem Zełeńskim i szefem SAPO Aleksandrem Kłymenką oraz szefem NABU Semenem Krzywonosem został zmuszony do dymisji.
Po czym…
Wyjechał do UE, oficjalnie w służbowej delegacji do Brukseli, gdzie oświadczył, że złożył przeciw Krzywonosowi zawiadomienie o przestępstwie (dotyczące fałszerstwa dokumentów i fikcyjnej adopcji dziecka, związanej ze starą sprawą – wszystko dotyczy roku 2007, czyli prawdopodobnie już jest przedawnione, bo dla najcięższych przestępstw przedawnienie wynosi na Ukrainie 15 lat). Drogie zawiadomienie Krawczenko skierował przeciw komuś z bliskiego otoczenia Aleksadra Kłymenki, dotyczące wpływania na sędziów, łapówek i unikania mobilizacji.
Semen Krzywonos oświadczył, że oficjalnie żadnego zawiadomienia o prowadzonej wobec niego sprawie nie dostał.
Smaczku sprawie dodaje fakt, że podczas przeszukań w biurze Marii Wdowyczenko znalezione zostały materiały ze śledztw wymierzonych w funkcjonariuszy NABU i SAPO.
A teraz niuanse.
Rusłan Krawczenko prokuratorem generalnym został w czerwcu 2025 roku i to on autoryzował naloty SBU na biura NABU i SAPO w lipcu tamtego roku. Ustawa o nowej podległości służb antykorupcyjnych była pisana pod niego. Wcześniej miał ubiegać się o przyjęcie do NABU, ale został odrzucony.
Gdzieś w tle tej całej afery jest fakt, że część call center prawdopodobnie była używana jako narzędzia werbunku jednorazowych agentów do antyrosyjskich dywersji – co prawda w naszych mediach pisze się o tym jako o strategii rosyjskiej, ale to Ukraińcy byli pierwsi popychając Rosjan w 2023 roku do podpalania komisji werbunkowych w Rosji.
Mamy więc toczące wojnę o przeżycie państwo, w którym służby cywilne i wojskowe prowadzą ze sobą już nie rywalizację, a otwartą wojnę, prezydent niszczy każdego, kto ośmieli się być bardziej popularny, niż on, szef kontrwywiadu w sowieckim stylu łapie szpiegów na akord, bez zastanowienia się nad konsekwencjami, a w dodatku wbrew regułom sztuki kontrwywiadowczej, prokuratura chroni przestępców i prowadzi śledztwa przeciw służbom antykorupcyjnym.
To, że Ukraina jeszcze się trzyma to cud. Tym cudem jest morale i bohaterstwo jej żołnierzy.
No to przechodzimy do frontu.
Tu jest ciekawie, choć… poza jednym odcinkiem nic się nie dzieje…
No może nie całkiem nic, ale faktycznie front się generalnie ustalił, jeśli nie liczyć niedużych zysków po jednej i drugiej stronie – najczęściej ukraińskiej.
Tak, jak pisałem wiosną, letnia ofensywa Moskali ugrzęzła zanim się na dobre zaczęła. Główną siłą, która sparaliżowała moskiewskie zdolności ofensywne, były ukraińskie wojska dronowe, które zdezorganizowały rosyjską logistykę. Uderzenia w drogi, tory i środki transportu nie spowodowały systemowego paraliżu rosyjskiej logistyki, ale zakłóciły ją na tyle, że skuteczne działania zaczepne stały się praktycznie niemożliwe. To z kolei otworzyło drogę do lokalnych przeciwuderzeń ukraińskich. I to nie takich bardzo lokalnych, bo na pięćdziesięciokilometrowym odcinku od Pierwszotrawennego (Pierwszomajowego) do Daczne (które jest nadal po stronie rosyjskiej) odbili łącznie ponad czterysta kilometrów kwadratowych terenu.
Tylko tu małe zastrzeżenie: zielony odbity obszar to w większości po prostu ustabilizowane tereny do niedawna podawane jako szara strefa. To znaczy, że Moskali już dawno tam nie ma, a teraz jedynie SZU umocniły się na już osiągniętych pozycjach. W istocie to skutki działań z przełomu zimy i wiosny bieżącego roku, o których pisałem.
Niemniej ofensywa dronowa umożliwiła Ukraińcom ustabilizowanie tych pozycji.
Na innych odcinkach jest gorzej. Mimo spowolnienia Moskale przekroczyli Hajczul i pełzną w kierunku Zaporoża.
Tyle, że za Hajczulem (biała linia umocnień po prawej) znajdują się kolejne (żółte to wybudowane w 2025, czerwone to wykopane w 2026, a białe są z 2024 i pełnią rolę przedpola, czarne kółka to umocnione miejscowości).
Żebyśmy rozumieli, o czym mówimy, to najnowsze konstrukcje ukraińskich umocnień, przetestowane w Donbasie mają trzy rzędy zasieków z drutu kolczastego (raczej żyletkowego), trzy linie rowów przeciwczołgowych, pomiędzy nimi smocze zęby i dopiero właściwą linię okopów. Całość opiera się na rzece, drodze lub innej przeszkodzie terenowej. Nawet taktyka przenikania małymi grupami niewiele tu daje.
W dodatku cały umocniony odcinek podzielony jest na samodzielne pozycje „kwadraty”, pokrywające znajdujące się między nimi strefy śmierci. Utrata jednego kwadratu powoduje, że sąsiednie „forty” zamieniają go w strefę śmierci. Jest to powrót do koncepcji, które obowiązywały w Układzie Warszawskim, gdzie właśnie każdy pluton miał zajmować pozycję umocnioną zdolną do samodzielnej obrony okrężnej i osłanianą przez podobne sąsiednie pozycje innych plutonów. Pomiędzy pozycjami, tak jak teraz, nie miało być bezpośredniej łączności transzeją, umożliwiającą komunikację.
Zatem „marsz na Zaporoże” w istocie będzie kolejnym wielomiesięcznym pełzaniem Moskali po własnej krwi i odchodach.
Rzeczywista zmiana nastąpiła na odcinku północnym koło Lymana.
Walki na tym odcinku relacjonowałem dość dokładnie. I sygnalizowałem zadyszkę Moskali, którzy utknęli na linii rzeki Nitrius na północ od Lymana. Nie mogąc obejść Lymana od północy, podjęli próby przenikania od wschodu, czyli de facto ataku frontalnego, ale skrycie.
Z umiarkowanym skutkiem.
Rosyjskie dowództwo zaczęło traktować ten kierunek jako drugorzędny, skupiając się na ataku na Słowiańsk od wschodu, co szczególnie po upadku Siewierska zaczęło wyglądać na możliwe do osiągnięcia. Siły moskiewskie koło Lymana zostały rozrzedzone, część przesunięto na kierunek słowiański.
Zginęło wtedy ponad dwadzieścia osób, głównie kobiet, z których najmłodsza niedawno ukończyła osiemnaście lat.
Tragedia.
Rosja oskarżyła Ukrainę o zbrodnię wojenną, a Ukraińcy najpierw twierdzili, że w budynku szkoły realizowany był kurs operatorów dronów dla batalionu „Rubikon”. Potem Sztab Generalny SZU podał, że celem był sztab „Rubikonu”.
„Rubikon” faktycznie działa na kierunku ługańskim, a szkoła zawodowa od roku nie pracuje w trybie stacjonarnym. Uczniowie uczą się zdalnie. W budynku mogło więc być cokolwiek.
To było 22 maja.
Chwilę później 3 Korpus „Azow” zaczął przygrywkę do operacji „Vivaldi” (pierwsza część „Wiosna”). Tak, jak „Cztery pory roku” Vivaldiego podzielona jest ona na cztery części.
W pierwszej, wiosennej fazie zgromadzono siły i oczyszczony został zachodni brzeg Nitriusu aż do Oskiła i odbite Seredne. Oczyszczona została Nowoseliwka. Uzyskano w ten sposób podstawę do pierwszego uderzenia.
We wrześniu, po oczyszczeniu Nowoseliwki i uwolnieniu Serednego Ukraińcy przyznali, że prowadzą dużą operację. Do tego momentu „Trójka” zachowywała absolutną ciszę medialną.
Faza II „Lato” – 20 września nastąpiło uderzenie na nawis operacyjny na północ od Lymanu: Drobyszewo i Szandrychowo. Kluczowe dla całej operacji jest Szandrychowo, bo ono przez swoje położenie daje możliwość rozwijania działań w obie strony
Rosjanie uznają, że to jest główny kierunek natarcia i rzucają wszystko, co mają, w tym batalion dronowy „Rubikon” – być może osłabiony przez utratę w maju części kadry dowódczej.
„Trójka” zaczyna polowanie na operatorów z „Rubieża”, co ułatwia jej fakt, że na obszarze działań nie ma gdzie się ukryć. „Rubież” zostaje zmasakrowany i wycofany na drugą linię w celu uzupełnienia strat.
Dziś, kiedy cały rosyjski wysiłek szedł na zatkanie wyłomu pod Szandrychowem, dowódca „Trójki” legendarny generał Biłecki ogłasza początek trzeciej fazy „Jesień” i wykonuje uderzenie z rejonu Karpówka-Głuszenkowo na Nowe. Główną siłą uderzeniową Ukraińców były stare pojazdy BTR-60 wypełnione materiałami wybuchowymi i przerobione na zdalnie sterowane lądowe drony kamikadze.
Biłecki powtórzył tu w zmienionej wersji zagrywkę Azerów z wojny z Armenią w 2020 roku, kiedy to Azerbejdżan przerobił na latające drony kamikadze stare samoloty An-2.
W wyniku dzisiejszego uderzenia do niewoli dostało się od pięćdziesięciu do dwustu pięćdziesięciu (według różnych źródeł) Moskali. Dawno nie było tak dużej liczby jeńców
W naszych mediach można przeczytać o „przełamaniu frontu na szerokości dziewięciu kilometrów”, ale nie. Do przełamania jeszcze daleko choćby ze względu na ukształtowanie linii frontu. Choć dzisiejsze uderzenie rzeczywiście było dla Moskali miażdżące, to jego najdalej idącym skutkiem będzie odcięcie moskiewskich sił operujących na wschodnim brzegu Żerebca na wysokości Jampolówka-Nowomichajłówka.
Jak jesteśmy przy dronach, to oczywiście 3 Korpus cały czas urządzał polowania na rosyjską logistykę, co paraliżowało zdolność Moskali do reagowania.
Przeprowadzone też zostały dronowe desanty, w czasie których ukraińskie ciężkie kwadrokoptery przerzuciły za linię frontu lądowe drony kamikadze.
W operacji „Vivaldi” drony faktycznie używane są na potęgę i w różnych konfiguracjach. Tu na przykład dron lądowy, który przed wjechaniem na pozycję wroga odpala w jego stronę dwie rakiety Bullsipke.
Dla porównania szturm dronów kamikadze na rosyjską pozycję pod Kupjańskiem (inny odcinek).
A to już smaczek nad smaczki. Dron latający ewakuuje uszkodzony dron lądowy.
„Trójka”, a konkretnie „Kraken” chwali się ewakuowaniem spod ognia grupy cywilów za pomocą drona lądowego.
W tym samym czasie na odcinku Chersońskim drony ratują głodujących mieszkańców Oleszek na terenie okupowanym (o tym następnym razem).
Drony są dziś takim samym powszechnym środkiem walki, jak karabin automatyczny, czy ręczny granatnik przeciwpancerny.
Ale warto tu wylać kubeł zimnej wody na rozpalone głowy.
Co prawda w czasie defilady z okazji Święta Niepodległości paradowały równymi rzędami drony, mające dać wrażenie najbardziej nowoczesnej armii świata (nie było ani jednego żywego żołnierza), ale…
W paradzie uczestniczyło (łącznie z częścią morską w Odesie) około stu sztuk dronów. To w istocie niewiele.
W rzeczywistości, siły bezzałogowe mają do dyspozycji tylko jeden batalion operujący wyłącznie dronami lądowymi. Większość sił dronowych to drony latające i morskie. Bardzo ważne, wręcz kluczowe zarówno w ataku, jak i w obronie, ale nadal nie usuwające żołnierza z pola walki. Z dronów lądowych praktycznie wszystko to maszyny logistyczne, dostosowywane do uderzeń kinetycznych. Nadal to za mało, żeby wykluczyć klasyczne siły zbrojne.
Co więcej, żywotność dronów lądowych o jakiegoś czasu spada z piętnastu-dwudziestu misji na jeden dron zanim zostanie zniszczony do trzech-czterech misji. Wrogami maszyn są głównie miny, ale też inne drony zarówno lądowe, jak i latające.
To nadal jest wyższa przeżywalność, niż przeciętnego żołnierza na froncie, ale też wyraźnie widać, że dronoza, jaka panuje w naszych mediach to co najmniej gruba przesada.
Na koniec.
Prezydent Trump zawarł z Danią porozumienie w sprawie Grenlandii, wbrew prochińskim, promoskiewskim i proniemieckim mediom, jak Onet, Cesarz Kung-fu Panda Kubuś Puchatek Xi niczego w Waszyngtonie nie uzyskał, zaś władze Ukrainy obraziły kolejnego sojusznika.
Oni chyba inaczej nie potrafią. Na koreańskich kontach wqrw, jak u nas w kwietniu, a te dzbany tylko dolewają oliwy do ognia.
Szcze ne wmerła Ukraina, ale w Kijowie robią wszystko, żeby to zmienić.
Zostaw komentarz