Sławomir Mentzen jest oburzony tym, że prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę dotyczącą podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, a następnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej. Prezydent, podpisując ustawę, jednocześnie podtrzymał swoje zastrzeżenia dotyczące jej konstytucyjności.

Mentzen natychmiast tę decyzję skrytykował, twierdząc między innymi, że podatek jest niezgodny z Konstytucją.
Tylko że o tym, czy ustawa jest zgodna z Konstytucją, nie powinien rozstrzygać ani Mentzen, ani Tusk, ani ktokolwiek inny w politycznym studiu telewizyjnym. Od tego jest Trybunał Konstytucyjny.

Można natomiast bardzo poważnie dyskutować o samej ustawie. O konstrukcji podatku, jego skutkach dla gospodarki, przedsiębiorstw i akcjonariuszy, a przede wszystkim o tym, czy i w jakim stopniu może on wpłynąć na ceny paliw.(Niestety wszystkie ustawy tego rządu to amatorszczyzna).

Można być zwolennikiem niskich podatków. Można uważać, że państwo nie powinno sięgać po dodatkowe daniny. Można również uważać, że nadzwyczajne zyski określonych przedsiębiorstw powinny zostać objęte dodatkowym obciążeniem.

To jest normalny spór gospodarczy.
Jest jednak coś, co w argumentacji Mentzena zwyczajnie mnie razi.
Bo kiedy mówimy o cenie paliwa, nie mówimy wyłącznie o kierowcach i koncernach paliwowych.

Mówimy o rolniku, który musi zatankować ciągnik. O firmie transportowej. O piekarzu, który musi dowieźć pieczywo. O sklepie, do którego trzeba dostarczyć towar. O przedsiębiorcy, który płaci za transport. I w końcu o zwykłym człowieku, który podjeżdża na stację i płaci rachunek.
Cena paliwa nie kończy się na dystrybutorze.

Koszt paliwa jest jednym z elementów kosztów transportu, produkcji i wielu usług. Dlatego zmiany tych kosztów mogą być przenoszone dalej, choć oczywiście skala tego wpływu zależy od całego szeregu czynników.

I właśnie dlatego dyskusja o paliwie nie jest wyłącznie dyskusją o interesie koncernów paliwowych. Nie jest też wyłącznie dyskusją o wysokości podatku.
To jest dyskusja o gospodarce, a gospodarka zawsze ma swój wymiar społeczny. I tutaj zaczyna się mój problem z Mentzenem.

Przypomina mi się rok 2021 i Polski Ład Mateusza Morawieckiego. Rząd zaproponował wówczas między innymi podniesienie kwoty wolnej od podatku do 30 tysięcy złotych oraz drugiego progu podatkowego do 120 tysięcy złotych. Były to rozwiązania przedstawiane jako sposób na pozostawienie większej ilości pieniędzy w kieszeniach Polaków.

A co zrobiła wtedy Konfederacja?

W głosowaniu nad całością projektu 1 października 2021 roku 10 z 11 posłów Konfederacji zagłosowało przeciw.
I właśnie dlatego warto dzisiaj przypomnieć ten fakt.

Jeżeli Mentzen występuje jako zdecydowany przeciwnik podatków i obrońca pieniędzy pozostających w kieszeniach Polaków, to warto zapytać, dlaczego jego ugrupowanie sprzeciwiało się również ustawie, która podnosiła kwotę wolną od podatku do 30 tysięcy złotych.
Oczywiście można odpowiedzieć, że Polski Ład był ustawą znacznie bardziej skomplikowaną i zawierał również inne rozwiązania podatkowe. I to jest uczciwy argument. Właśnie dlatego nie można sprowadzać całej debaty do jednego hasła.
Bo gospodarka nie jest tablicą, na której po jednej stronie zapisujemy słowo „podatek”, a po drugiej „wolność”.

Gospodarka to konkretni ludzie.
Ich pensje, emerytury, rachunki, ceny żywności, energii, paliwa i mieszkań.
To przedsiębiorca, który liczy koszt każdego kilometra.
To rolnik, który liczy każdą godzinę pracy ciągnika.
To rodzina, która pod koniec miesiąca sprawdza, ile zostało na koncie.
I dlatego coraz częściej mam wrażenie, że w Mentzenie zaczyna odzywać się Leszek Balcerowicz.

Nie twierdzę oczywiście, że Mentzen i Balcerowicz mają identyczne poglądy. Nie mają. Chodzi mi o pewien sposób patrzenia na gospodarkę.
Najpierw mechanizm.
Najpierw rynek.
Najpierw przedsiębiorca.
Najpierw podatnik.
A gdzieś na końcu pojawia się człowiek.
Tylko że człowiek nie żyje w podręczniku ekonomii.

Rano wsiada do samochodu, jedzie do pracy, tankuje, kupuje chleb, płaci rachunki i zastanawia się, dlaczego wszystko kosztuje coraz więcej.
Nie żyje wykresami.
Nie żyje tabelami..
I jeszcze jedna rzecz.

Konfederacja sama znalazła się dzisiaj w sytuacji, w której coraz trudniej mówić o niej jako o jednym politycznym organizmie. Mamy środowisko Grzegorza Brauna, mamy środowisko Mentzena, mamy Krzysztofa Bosaka i wcześniejsze pęknięcia oraz konflikty.

Mentzen i Braun to oczywiście zupełnie różne postacie. Nie chodzi o stawianie między nimi znaku równości.
Chodzi o coś innego.
O sposób prowadzenia politycznego sporu.
O język, który coraz częściej staje się ostrzejszy.
O debatę, w której niemal każdy problem państwa może zostać przedstawiony jako kolejna wielka polityczna wojna.

U Brauna przybiera to szczególnie konfrontacyjną formę.On politykę już maksymalnie zbrutalizował. Mentzen prowadzi ten spór inaczej, ale również często operuje bardzo ostrym językiem.
A przecież można się spierać cywilizowanie.

Można krytykować ustawę bez ogłaszania końca świata.
Można być zwolennikiem wolnego rynku i niskich podatków, a jednocześnie pamiętać, że za każdym wykresem, każdą tabelą i każdą decyzją podatkową stoją ludzie.

I właśnie o tym czasami zapominają ci, którzy gospodarkę próbują opisać wyłącznie językiem ekonomicznych reguł.
Państwo nie jest przedsiębiorstwem.
Nie jest też arkuszem kalkulacyjnym.
Państwo jest wspólnotą ludzi i tylko chyba prezydent i jego środowisko to rozumieją.