KOD i WSI. Artykuł z „Niezależnej”. Mnie jednak przeraża zupełnie coś innego.

Mój znajomy młody dziennikarz (nie z „prawej” strony), fajny facet powiedział mi, że boi się zająć tą postacią. „Lubię swoją twarz, ręce, nogi, w ogóle lubię żyć i być zdrowym”. Sprawdził trochę i taki wyciągnął wniosek. I miał dużo racji. Państwo jest bezsilne, a rechot zielonych ropuch słyszę coraz głośniej. Oni mają siłę i nie mają skrupułów. Za nimi stoją równie bezwzględne instytucje: prywatne armie wywiadowcze, potrafiące prowadzić prawdziwą pracę operacyjną, kryjące się za przysypiającymi, starszymi panami w mundurach pracowników ochrony z III grupą inwalidzką.

Dziennikarz nie chce ryzykować, a ja czekam tylko kiedy na mnie jacyś „chuligani” napadną, bo nie mam zamiaru przestać. Czasem sobie myślę, że konieczna w Polsce jest jakaś żelazna miotła, która dokładnie uprzątnie nasz kraj. Uczciwi oficerowie, nawet o pokręconych życiorysach, nie mają czego się bać. Wbrew pozorom jest ich wielu, lecz sterroryzowani są przez widmo seryjnego samobójcy i owe zielono-niebieskie ropuszki, rozmieszczone praktycznie wszędzie, uzależniające od siebie wszystkich. Tak się dzieje, gdy zapomina się o podstawowych zasadach etycznych i widzi wyłącznie srebrniki. Vanitas vanitatum et omnia vanitas.

W pracy wszyscy nazywali mnie „Szczota”. Jestem jednak sam i nie dam rady tego wszystkiego zmieść, ale przynajmniej będę próbował, chociaż ropuszki rechocą ze śmiechu i nazywają mnie frajerem, zdrajcą i kanalią.