Znowu doprowadzili finanse publiczne na skraj katastrofy. Przerabialiśmy to już przed 2015 rokiem. Po latach nieudolnych ich rządów udało się wtedy naprawić finanse państwa, uszczelnić system i załatać wiele dziur w budżecie. Dziś coraz poważniejsze staje się pytanie, czy podobna operacja będzie jeszcze możliwa i jaką cenę zapłacą za nią Polacy. My wszyscy.
Tak to jest, kiedy do władzy dochodzą lewusy, partacze i nieudacznicy, którzy na niczym się nie znają, ale doskonale opanowali sztukę zdobywania stanowisk, obsadzania urzędów swoimi ludźmi i życia na koszt podatników. Rządzenie państwem to jednak nie zabawa w politykę, nie medialny spektakl ani konkurs na najbardziej efektowną konferencję prasową. To odpowiedzialność za gospodarkę, budżet i przyszłość milionów obywateli. Odpowiedzialność, której nie da się zastąpić propagandą i kolejnymi obietnicami.
Rachunek i tak przyjdzie. Zaciągnięte zobowiązania trzeba będzie spłacać, podobnie jak odsetki od rosnącego zadłużenia. W debacie publicznej pojawiają się kwoty przekraczające 100 miliardów złotych rocznie na same odsetki. To pokazuje skalę problemu, z którym Polska może się mierzyć w kolejnych latach. A przecież mówimy o pieniądzach, które zamiast na rozwój, inwestycje, ochronę zdrowia czy bezpieczeństwo obywateli będą przeznaczane na obsługę długu. Do tego dochodzą zobowiązania związane z programem SAFE. Politycy mogą składać kolejne deklaracje, ale matematyki nie oszukają.
I w tym samym czasie mamy kolejny skandal, który powinien wywołać publiczną debatę. Ministrowie Kierwiński i Siemoniak mieli wydać 2878 decyzji przywracających emerytury byłym funkcjonariuszom SB, czyli ludziom aparatu komunistycznych represji. Średnio daje to około czterech decyzji dziennie. Dla porównania, w czasie siedmiu lat rządów PiS uwzględniono 36 takich wniosków. Jeśli te dane się potwierdzają, różnica jest uderzająca i wymaga jasnego wyjaśnienia. Nie chodzi przecież o abstrakcyjne liczby, lecz o sprawiedliwość wobec ludzi, którzy walczyli o wolną Polskę, oraz tych, którzy byli przez komunistyczny aparat prześladowani.
A kto za to wszystko zapłaci? Oczywiście obywatele. Nie politycy, którzy podejmują decyzje, nie partyjni nominaci zajmujący wygodne stanowiska, lecz zwykli ludzie. Również ci, którzy bezmyślnie głosowali na tę ekipę, wierząc naiwnie w jej obietnice. Wszyscy będziemy obciążeni skutkami ich błędów. Wyższymi podatkami, ograniczaniem wydatków publicznych, słabszymi perspektywami gospodarczymi i wieloletnim zaciskaniem pasa.
Długi nie znikają od propagandy, a państwa nie da się prowadzić na polityczny kredyt bez końca. Kiedy przychodzi czas rozliczeń, rachunek trafia do obywateli. I właśnie dlatego nie można pozwolić, by politycy bezkarnie przerzucali konsekwencje własnych decyzji na społeczeństwo.
To trzeba zmienić. Potrzebne są odpowiednie przepisy, które wprowadzą rzeczywistą odpowiedzialność za doprowadzanie finansów publicznych do niebezpiecznego stanu. Oczywiście nie za sam fakt podejmowania trudnych decyzji, lecz za działania niezgodne z prawem, nadużycia i świadome naruszanie obowiązków. Państwo nie może być prywatnym folwarkiem.
Kto bierze odpowiedzialność za władzę, musi również odpowiadać za skutki swoich decyzji.Polska nie jest własnością polityków.