Miałem się nie chwalić, ale się pochwalę. Rozmawiałem dziś z młodą, ładną i w dodatku inteligentną pisarką. mam nadzieję, ze się nie zanudziła, chociaż zapisała prawie pół zeszytu. Nie powiem z kim, bo nie wiem czy sobie życzy, a jest sławna. Fajna i miła rozmowa, która i mnie zobligowała do pisania w końcu „Resetu”, czyli trzeciej części poprzednich dwóch (ale konstrukcja logiczna!) Moje książki nie rozchodzą się tak jak jej, ale chyba jednak pisać dalej warto.

Nie wiem czy przeczyta mój post, ale dziękuję za „kopniaka” w mózgopis.

To jak już o pisaniu, to fragment „Resetu” z pierwszego rozdziału (więcej rozdziałów nie ma):

„Szybko zacząłem się ubierać. Zaskoczył mnie ten „gość” i nie spytałem kto niepokoi mnie w wolną sobotę. Kolejny prokurator? Kolejny biskup? Kolejny stremowany funkcjonariusz z tych ich służb? Jak oni to nazwali? UOP. Niech będzie. Ubecja to ubecja, mniejsza o nazwę. Nie ukrywam, że zaniepokoiłem się i zaciekawiłem jednocześnie. Byłem przekonany, że po histerii roku 1990, a później, po półrocznym festiwalu gróźb Jareckiego i jego rządu, dadzą mi wreszcie spokój. W 1991 napisałem do Maszczyka krótki list. Przypomniałem mu delikatnie o sobie, gratulując „właściwych dla kraju decyzji”. W rezultacie odwiedził mnie biskup Koleski, pogadał chwilę, pomodlił się, a potem udzielił mi rozgrzeszenia i poszedł. Następnym był dziennikarz z „Elekcyjnej”. Zaproponował wywiad i całkiem niezłą sumę. Jak on się nazywał? Warski? Leski? Jakoś tak. Nieważne. Pogadałem, przyznałem się, pobiłem w piersi, podkreśliłem, że to wszystko to była tylko moja inicjatywa i drugi raz nie zabiłbym człowieka. „Elekcyjna” wydrukowała moją „spowiedź” i na chwilę miałem spokój. Do czasu Jareckiego i jego prokuratora – Listowskiego. Przesłuchiwał mnie godzinami, straszył, groził wręcz, ale im bardziej groził, tym lepiej widziałem jego bezsilność. Obserwowałem, jak powoli traci zapał. Nie zrozumiał, że w tle działa system, który systematycznie spycha go na polityczny śmietnik. Jego i jego mocodawców. Z Jareckim na czele. Rok temu system wygrał, a oni zniknęli z takim samym hukiem, z jakim się pojawili, a mnie przeniesiono do Barczewa. Dostałem pokój po Kochu, w pustym skrzydle, nazywanym „administracyjnym”, ponieważ mieściły się w nim pomieszczenia biurowe pracowników więzienia, oddzielone kratą od korytarza z pokojami dla więźniów. Sześć klitek Po trzy z każdej strony. Po śmierci gaulaitera korytarz pozostał pusty i zdecydowano się na przerobienie go na pokoje dla gwałtownie rozrastającej się administracji, lecz pojawiłem się ja i plany odłożono na przyszłość. Mój pokój był w końcu korytarza. Po lewej stronie, patrząc od strony kraty, oddzielającej go od urzędników. Po Kochu. Nie obchodziło mnie to jednak. Nareszcie znów byłem sam. W pokoju miałem radio, wygodne łóżko, stół, regał, a nawet małą kuchenkę. Telewizora nie chciałem. Po co? Zarabiałem wystarczająco na więzienne „życie”. W dodatku raz na miesiąc Marzena przysyłała mi paczki z jedzeniem, ubraniem i papierosami. Nie chciałem, by odwiedzała mnie. Bałem się, że ktoś ją namierzy, skojarzy ze mną i znów jacyś żądni sensacji dziennikarze napiszą kolejne bzdury. Leszek studiował w Poznaniu. Dostanę przepustkę, to ich odwiedzę. Ostatnią miałem w 1989, trzymiesięczną. Potem miałem dostać w 1992. Na dłużej, ale jak zwykle polityka spieprzyła moje plany. Podszedłem do drzwi i skinąłem głową strażnikowi. Poszliśmy w kierunku kraty. Pan Janek otworzył ją i przepuścił mnie przodem. Nie zamknął jej nawet. „Wszystko niezgodnie z regulaminem.” – uśmiechnąłem się w duchu, idąc do wyjścia z bloku.

– Do szefa. – oznajmił strażnik i wskazał ręką, bym skręcił w prawo, gdzie mieścił się gabinet dyrektora. Wszedłem do dużego sekretariatu. „Jak na Rakowieckiej.” – pomyślałem – „Na lewo dyrektor, na prawo zastępca.”.

– Co to za ważny gość, panie Janku? – zapytałem ponownie.
– Nie wiem. Dyrektor rano zadzwonił i kazał mi otworzyć swój gabinet. „Jakiś ważny prawnik z warszawskimi pełnomocnictwami.”. Nic więcej nie chciał powiedzieć, panie Pawle. Pan wchodzi, a ja się tu pokręcę. Jak skończycie to proszę iść do siebie. Nie zamknąłem. Zobaczymy zresztą o co chodzi. –pytanie nie pasowało do odpowiedzi strażnika. Wzruszyłem ramionami i wszedłem do gabinetu dyrektora Zakładu Karnego w Barczewie. Strażnik starannie zamknął drzwi za mną. Po chwili usłyszałem skrzypienie kolejnych. Do sekretariatu”.

Książka jest w mojej głowie, teraz muszę przelać to na papier, ale już mogę powiedzieć, że będzie to pozycja zamykająca cykl, zdarzeń opisany w powieściach „Weryfikacja” i „Czas Nielegałów„.