Kim był ś.p. Zbigniew Wodecki? Emanacją tego, czym kiedyś była polska piosenka, a szerzej: polska estrada, w tym także opolska. Oparta na profesjonalizmie, na tekstach i muzyce pisanych przez zawodowców, na wielkich orkiestrach, sprawnych aranżerach, słowem – na tym, co legło u podstaw jej popularności i ponadczasowości. Bywało, ze ocierała się o ludyczną prostotę, ale i wznosiła się „W żółtych płomieniach liści” ku niebu poezji, godząc różne gusta.

Piszę w czasie przeszłym, bo teraźniejszy … to zupełnie inna historia. Smutna. Zeszłoroczne Opole pokazało, że tamten, może cokolwiek niedzisiejszy świat przestał być punktem odniesienia. Okazało się, zresztą po raz nie wiem który, że można bełkotać, nie zaśpiewać ani jednej czystej nuty, można prezentować piosenkopodobne potworki z “muzyką własną i słowami szwagra”, można w świetle jupiterów i przed kamerami pokazać skrajne amatorstwo i żenującą nieudolność i … “nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”. I to nie tylko w koncercie debiutów …

Kiedy również rok temu ktoś wpadł na pomysł, by nasze czołowe profesjonalne wokalistki zaśpiewały z orkiestrą, nastąpiła sromotna klęska i pogrom. Obroniły się tylko Małgosia Ostrowska i Kayah. Reszta – poległa, pokazując, że “królowe są nagie”. Częściowo rozgrzesza je fakt, że Polskie Radio od dwudziestu kilku lat … nie ma ŻADNEJ orkiestry, żadnego big bandu! Miało Orkiestry: Studia S2 Andrzeja Trzaskowskiego, Zbigniewa Górnego, Henryka Debicha, Jerzego Miliana, Edwarda Spyrki i nagle, “cudownie”… przestało mieć. Po prostu prymitywni, pozbawieni skrupułów i elementarnej kultury politycy jednym ruchem zlikwidowali je, bo “tak będzie taniej i rynkowo”.
Chciałoby się rzec – no to macie swój rynek. Stragany, kapusta, buraki, smród i ubóstwo.
Z odejściem tych orkiestr gdzieś przepadli sprawni kompozytorzy, autorzy tekstów/poeci, rozpierzchli się aranżerowie i dyrygenci (np. Zygmunt Kukla został kierowcą autobusu), polikwidowano studia piosenki, które były miejscami, gdzie wynajdowano i kształcono talenty, gdzie tworzono dla nich repertuar. Dobry i popularny. Tak dobry, że do tej pory broni się nawet na wiejskich weselach.

Zostało nie wiadomo co: “ni pies ni wydra, coś na kształt świdra”. I coroczna chałtura dla garstki wycierusów estrady, odgrzewających w nieskończoność swoje nieświeże kotlety.
Opole już dawno przestało być festiwalem polskiej piosenki – ta legła w nierównym boju już lata temu. Stało się festiwalem corocznej chałtury i lansu, gdzie podmiotem wbrew nazwie nie jest PIOSENKA, tylko CELEBRYTA – mniejsza o to, jak i co śpiewający.

Gdy się zestawi produkt kalectwa językowego, muzycznego i wykonawczego typu “Jesteś bohaterem” z jakimkolwiek utworem w wykonaniu ś.p. pana Zbigniewa, będzie wiadomo, o czym mowa.

Pozostawił on nam, jak się okazało na koniec swojej drogi twórczej, memento. Jest nim fenomenalna produkcja, wydobywająca z mroków historii perłę polskiej muzyki rozrywkowej – „1976: A Space Odyssey” Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir. Jest tam wszystko, czego dziś w polskim popie nie ma: w szczególności w Opolu. Dlatego nie przyłączam się do chóru żałobników ani protestujących przeciw temu, czy owemu. Ten cały cyrk nie ma najmniejszego znaczenia. Żeby Opole się podniosło, trzeba najpierw zreanimować prawdziwą, dobrą, polską piosenkę. A to się nie stanie na pstryknięcie palcami.

Na teraz, na dziś i jutro pozostają nam płyty. W tym wszystkie pana Zbigniewa, którego nb. poznałem na FPP w Opolu i którego zachowam we wdzięcznej pamięci. Miłego słuchania.

Zbigniew Wodecki, fot.: © Jarosław Kruk/Wikimedia Commons/cc-by-sa-3.0