O Alesiu Puszkinie nie wolno zapomnieć. O tym, jak wspaniałe obrazy tworzył, jakim talentem obdarzył go Najwyższy, jaką wrażliwością i wyobraźnią.

Po jakimś wernisażu przesiedziałam z nim, ubranym w beret, bite dwie godziny, rozmawiając o malarstwie (w końcu wygoniła nas pani sprzątająca). Słuchałam opowieści o kolorach ziemi jak zaczarowana. Opowiadał, opowiadał, tworząc nowy świat. Malował światłem niemal dosłownie, tworząc świat przesycony barwami jak u Chagalla, pełen znaczeń jak u Michała Anioła, z ekspresją barokowego mistrza.

O niewielu współczesnych artystach można powiedzieć, że widać po nich dotknięcie Ducha. Iskra płonęła jak ognik w dłoni Chrystusa.

Świat go nie zdążył poznać. Nie tak, jak powinien. To jedna z tragedii narodu białoruskiego – gdyby był to kraj normalny, artysta mógłby się skupić na tworzeniu. Ale to nie jest wolny i normalny kraj. I Aleś Puszkin zapłacił za to najwyższą cenę.

„Gdy to się wszystko skończy, przyjedź, dam ci ten obraz” – i pokazał na mały pejzażyk z tonacą w kipiącej roślinności chatą, na którym zachwyciło mnie złote migotanie liści. Maleńkie plamki światła.

Bardzo trudno mi przyjąć do wiadomości, że już go nie ma.

Zostało migoczące światełko.

Autor: Gerardyna Wrocławska