17 stycznia 2026 roku w Asunción Unia Europejska podpisała umowę z Mercosurem. Podpis złożony. Zdjęcia zrobione. Uściski dłoni zaliczone. I właśnie w tym momencie zaczyna się problem.
Bo podpis nie oznacza zgody, a zgoda nie oznacza legalności. Umowa nie obowiązuje, dopóki nie zostanie ratyfikowana przez Parlament Europejski oraz parlamenty państw UE i Mercosuru. Klucz leży w Parlamencie Europejskim. Bez jego „tak” – nie ma umowy. I dokładnie dlatego Komisja Europejska próbuje zrobić europosłów w konia.
Ursula von der Leyen i brukselscy technokraci chcą, by część handlowa umowy zaczęła działać zanim Parlament zdąży ją ocenić. Najpierw zniesienie ceł. Potem kontyngenty. Potem otwarcie rynku. A dopiero na końcu – debata i głosowanie. Fakt dokonany zamiast demokracji. Presja zamiast decyzji. Szantaż zamiast procedur.
Parlament ma zostać postawiony pod ścianą: albo zaakceptuje coś, co już funkcjonuje, albo wywoła polityczną burzę, cofając decyzje Komisji.
Jeśli europosłowie się na to zgodzą, skompromitują się do reszty. Udowodnią, że są niepotrzebni, a realna władza leży w rękach nie wybieranych niemieckich urzędników.
Mercosur, jak każda wielka umowa handlowa ma plusy i minusy. Niestety największe straty poniesie europejskie
rolnictwo, a szczególnie polskie.Rolnictwo Mercosuru to nie rodzinne gospodarstwa. To agroimperium. Setki tysięcy hektarów w jednym ręku. Milionowe areały.
Agroholding za agroholdingiem. Państwowe subsydia, tania logistyka, porty skrojone pod eksport. Standardy środowiskowe i sanitarne nieporównywalne z europejskimi. Koszty? Nie te same. Zasady gry? Też nie.
I teraz ktoś chce wmówić polskiemu rolnikowi, że to „uczciwa konkurencja”.
Jak ma konkurować gospodarstwo z Mazowsza czy Podlasia z brazylijskim molochem, który produkuje na skalę kontynentu, pod parasolem państwa i bez unijnych ograniczeń?
Jakby tego było mało, brazylijski minister spraw zagranicznych Mauro Vieira dolał oliwy do ognia, ogłaszając, że tekst umowy jest zamknięty. Koniec rozmów. Zero renegocjacji. Zero dodatkowych zabezpieczeń. Zero klauzul ochronnych. Zero protokołów interpretacyjnych(a Polska ma tylko dwa zabezpieczenia na wódkę. Ciekawe kto to negocjował?).
Czyli: bierzecie wszystko albo nic.
Dla Polski to fatalna wiadomość. Oznacza, że wszystkie opowieści o „symetrii standardów”, „ochronie rolników” i „bezpieczeństwie żywnościowym” można włożyć między bajki. Deklaracje bez pokrycia. PR zamiast realnych gwarancji.
Spór o Mercosur to nie jest spór o handel. To spór o uczciwość. O to, czy wolny handel może być sprawiedliwy, czy ma być tylko wygodny dla największych. Umowa, która ignoruje różnice w standardach produkcji, kosztach środowiskowych i modelach rolnictwa, nie ma społecznej legitymacji.
A bez społecznej zgody nie da się budować ani wspólnego rynku, ani silnej Europy. Można za to bardzo szybko zbudować gniew. I ten gniew wróci -na ulicach i przy urnach wyborczych.
Zostaw komentarz