Jakiś czas temu pisałem o podwarszawskim GS-ie, który jest wygodną poczekalnią dla tych, którzy za moment osiągną wiek emerytalny wraz z należnymi temu stanowi świadczeniami. Jak zwykle sytuacji nie zaszkodzi pomóc, więc wspomniani aktywiści starają się, ile wlezie, by ich przyszły status nie był statusem nieudacznika-gołodupca z emeryturką 1000 zł, kiedy można tę sumkę zwielokrotnić…

Pani była prezes (eksPrez) & Przyjaciele nie po to tyle czasu rządzili, pardon… kierowali spółdzielnią, by teraz dać się wystrychnąć na dudka (czy: wydudkać na strychu) jakimś pieniaczom i warchołom, którzy łudzą się, że z pomocą sądu obalą dotychczasowy układ. To nic, że spółdzielnia corocznie zwiększa straty: najpierw było 100, 200, w roku ubiegłym już 300 tysięcy zł. To przecież przedsiębiorstwo prywatne (o czym szeregowi członkowie nie mają zielonego pojęcia) i nie ujmie się za nim żaden wymiar sprawiedliwości, dopóki sami udziałowcy (członkowie) o to nie wystąpią. A błędne decyzje w zarządzaniu przecież zawsze się zdarzają, nawet najlepszym. Więc pani eksPrez trzyma rękę na pulsie, żeby swoim podwładnym prezentować słuszną wersję wydarzeń, interpretować ewentualne zagrożenia, uprzedzać nieoczekiwane ataki wroga. A wroga widzi wszędzie, czającego się za każdym rogiem. Podobno natura ludzka jest taka, że każe patrzeć na bliźniego przez pryzmat własnych  doświadczeń i oczekiwań. Naiwniak z ufnością zwierza się wszystkim ze swoich trosk, kombinator natomiast podchodzi do każdego z dystansem, bo widzi w nim podobnego sobie cwaniaka, a nawet złodzieja.

Trudno mieć za złe, że ktoś walczy o swoje. Ale przecież trzeba respektować zasadę: „wolność mojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się twój nos”. Pani eksPrez zdaje się tego nie dostrzegać. Czyżby widziała drzazgę w cudzym oku, a belki w swoim już nie? Zawzięcie  broni swojego szańca wierząc, że to cały świat sprzysiągł się przeciwko niej, wbrew jej oczywistej racji. Mój znajomy powiada, że tak zachowują się kobiety w pewnym wieku, „sfrustrowane brakiem chłopa”. Nie wiem, szczęśliwie nigdy nie doświadczyłem tego braku przy mojej tradycyjnej, aczkolwiek niemodnej orientacji. Ale jeśli byłaby to prawda, że p. eksPrez potrzebuje ciepła (rodzinnego?), to proponuję wysłać ją do jakiegoś słonecznego kraju. Np. do Grecji. Obcowanie z tubylcami zapewniłoby jej  znajomość tej nacji. Nie musiałaby „udawać Greka”, gdy ktoś zarzuci jej niegospodarność albo prywatę. A może do Włoch? Klimat podobny, a i tradycje rodzinne mocno kultywowane, szczególnie na Sycylii. Jednak chyba Grecja lepsza ze względu na bliskość Turcji. Co prawda czułaby się tam „jak na tureckim kazaniu”, ale nadpodaż płci przeciwnej jest w tym wypadku niezwykle kusząca. Gdyby połknęła bakcyla, mogłaby tam zostać na dłużej. A jak nie, to może Cypr? To przecież też raj, i to – do niedawna – podatkowy.

Autor: PeKu