„Polacy, nic się nie stało” – chciałoby się zakrzyknąć ustami pani prezes, która postawiona w stan oskarżenia za niewypełnienie ustawowego i statutowego obowiązku, znalazła się w kłopocie zagrożona karą 2 lat pozbawienia wolności. Głupota to czy bezczelność, żeby po czterech latach trwania procesu (a raczej czekania na kolejne rozprawy), nie uświadomić sobie własnych błędów i iść w zaparte, bełkocąc coś o „małej szkodliwości czynu”.

Ale po kolei…

Fima, którą zarządzała pani prezes, liczyła ostatnio prawie 150 współwłaścicieli i funkcjonowała na majątku – lekko licząc prawie 40 mln złotych. Nietrudno wyliczyć, że na każdego z nich przypadało więc po 250 tys. Czy to dużo, czy mało? Wydaje się, że dużo, bo podwarszawska miejscowość pozbawiona przemysłu, w dużej mierze opierająca swoje przychody na działalności rolniczej i handlu, nie daje zbyt dużych możliwości bogacenia się.

„Firma pani prezes” też nie dawała tych możliwości, jeśli nie liczyć tzw. dywidend (właściwsze określenie: „ochłapów) w wys. 50 zł rocznie (!). Co ciekawe, przez długie lata nikt jakoś nie zabiegał o to, żeby przynajmniej dowiedzieć się, dlaczego te zyski są takie małe. Nie miał śmiałości. A na pewno  większość z nich nie miała także świadomości, że może to zrobić, że to ich interes i ich własność.

Cóż to za przedsiębiorstwo – zapytacie – gdzie właściciel nie wie, że jest właścicielem i że coś może mu się należeć i coś od niego zależeć? A jest takich „biznesów” w Polsce jeszcze 1200. Otóż mowa o spółdzielni. Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. Relikcie dawnej epoki, kiedy to prezes spółdzielni do spółki z przewodniczącym zarządu, niczym udzielni władcy na włościach rządzili handlem, zaopatrzeniem i usługami na swoim terenie, mając zazwyczaj wsparcie komunistycznej władzy lokalnej, tworząc w ten sposób wąską grupę beneficjentów, praktycznie nie do ruszenia. Ludzie wyrośli w tym systemie nie buntowali się, ani nie dochodzili swoich racji. Bo i jak? Jedyne źródło wiedzy, jakim mógłby być Statut Spółdzielni, strzeżony był pilnie w sejfie i nie tak łatwo było się z nim zapoznać. A jeszcze trzeba zrozumieć jego treść, co nie jest takie oczywiste, gdy udostępnią ci jakimś cudem dokument i każą ci go przewertować w stresie i pod nadzorem w ciągu np. pół godziny.

Wróćmy jednak do naszej firmy. Jak pokazują sprawozdania finansowe za kilka ostatnich lat, kondycja spółdzielni systematycznie dołuje. Z wykazywanych kiedyś zysków nie zostało nic, a co gorsza, ostatnie trzy lata przyniosły systematycznie rosnące straty. Żeby je zrównoważyć, pani prezes postanowiła uciec się do triku najprostszego, tzn. sprzedać część majątku nieruchomego. „Przypadkiem” pojawił się oferent, który za „nieatrakcyjną i kiepsko położoną działkę” (już w granicach administracyjnych Warszawy) proponował „godną” zapłatę, tyle że 2-3 krotnie niższą, niż podobne nieruchomości w tamtym terenie. Aby transakcja mogła być zrealizowana, potrzebna była akceptacja Walnego Zgromadzenia Członków Spółdzielni.

I tu „zaczęły się schody”. Z inicjatywy kilkorga nowych członków spółdzielni, niezwiązanych z zastanymi układami i powiązaniami, zawiązała się naturalna opozycja, która zaproponowała rozwiązanie inne: po co reanimować trupa, skoro można sprzedać cały majątek, podzielić między wszystkich współwłaścicieli, pozbyć się kłopotu i rozstać w zgodzie. Jak powiedzieli, tak zrobili. A raczej próbowali zrobić, bo nie wzięli pod uwagę faktu, że naruszają tym wieloletni, coraz gorzej ale w dalszym ciągu działający mechanizm „prywatnego folwarku”, czy – jak wcześniej pisałem – „firmy pani prezes”.

Mechanizm ten był prymitywnie prosty. Dochody z majątku spółdzielni pozwalają na wieloletnią jeszcze jej wegetację. Długo będzie można lepiej lub gorzej łatać dziury w niezrównoważonym budżecie (np. poprzez sukcesywne podnoszenie opłat czynszu za dzierżawione sklepy, restauracje, składy i magazyny), ale co równie istotne, tak samo długo będzie można trwać „przy korycie”, czerpiąc zyski ze stałej pracy w administracji i zarządzie, za którą otrzymuje się stałą pensję w wys. 4-8 tys. zł. Szczególnie jest to istotne dla zasiedziałych pracowników, którzy lada moment wybiorą się na emeryturę i relatywnie wysokie zarobki podniosą im w znaczący sposób średnią do wyliczeń świadczeń nabytych. A to, że nieracjonalną gospodarką rujnują firmę, to już nie ich problem.

Tyle, jeśli chodzi o tło społeczno-finansowe sprawy. Trzeba by jeszcze powiedzieć, w jaki sposób doszło do epilogu w sądzie. Otóż opozycja idąc za ciosem postanowiła zwołać nadzwyczajne walne zgromadzenie członków, na którym planowała dogłębnie poinformować i uświadomić pozostałych, a w konsekwencji doprowadzić do podjęcia decyzji o likwidacji spółdzielni. Wszystkie możliwe warunki ustawowe i statutowe zostały spełnione. Władze spółdzielni uznały to jednak za niewystarczające (bezpodstawne?), zignorowały słuszne żądanie dużej liczby (1/3) spółdzielców-współwłaścicieli i nie zwołały walnego. Ponieważ było to jednocześnie działanie wbrew prawu, zagrożone sankcją do 2 lat pozbawienia wolności, sprawa czeka na rozstrzygnięcie w sądzie karnym.

Nie mając poważnych argumentów na swoją obronę, pani prezes  próbuje ratować się sformułowaniem o małej szkodliwości czynu. Czy jest ona mała, czy duża, orzeknie sąd. Wydaje się jednak, że duża. Bo milionowe kwoty, jakich dotyczy sprawa, setki ludzi zainteresowanych rozstrzygnięciem (150 członków + ich rodziny to prawie 1000 osób, czyli połowa miejscowej populacji), a przede wszystkim rozgłos, jaki sprawa uzyska i to, że opisywany konflikt może być precedensem dla 1200 jeszcze funkcjonujących GS-ów w Polsce, każe mieć nadzieję, że sąd podzieli to zdanie.

Inny werdykt może zostać odebrany jako sygnał przyzwalający na nierespektowanie prawa, machlojki, kumoterstwo, prywatę, czyli to wszystko, od czego chcielibyśmy odejść w nowej sprawiedliwej Polsce.