Mam już dość! Z jednej strony kompletne potępienie Lecha Wałęsy, z drugiej zaś – obrona godna obrony Stalingradu. Od ściany do ściany. Jedynie sam Lech Wałęsa w swoim samobójczym stylu, bo chyba nawet obrońcy mu już nie doradzają, mówi i pisze to co zwykle, czyli ciska gromy naokoło na wszystkich, którzy śmią kwestionować pomnik, jaki mu zbudowano. O wiele lepiej byłoby, gdyby zszedł z piedestału i pogadał normalnie z ludźmi. Jestem pewien, że wtedy miałby szansę wyjaśnić kilka rzeczy. Nie o to jednak chodzi.

Dla mnie w tej całej historii TW „Bolek” jest najmniej ważną sprawą, bez względu na to, kim on jest. Raz jeszcze napiszę: w domu byłego ministra spraw wewnętrznych, człowieka, który był filarem poprzedniego systemu i miał ogromny wpływ na wszystko, co działo się w PRL, znaleziono dokumenty operacyjne. Materiał nacisku, który mógł zostać użyty nie tylko przez niego i posłużyć do szeregu działań, osłabiających Polskę. Ten fakt, bo to już jest fakt, jest dla mnie najważniejszy. To po pierwsze.

Po drugie, należy natychmiast zadać pytanie ile takich materiałów nacisku jest jeszcze w „prywatnych” rękach. Nie wierzę, że w willi Kiszczaka było wszystko, tak, jak nie wierzę, że chciwość wdowy była przyczyną jej wizyty w IPN. Jeśli chciałbym rozłożyć państwo, podważyć jego fundamenty i jednocześnie pogłębić podziały oraz „napuścić” jednych na drugich, zacząłbym od powolnego sączenia jadu, wzmagającego wzajemną nienawiść.

Oznacza to też, że nadal ktoś inny, ktoś z zewnątrz, trzyma w ręku mocne karty, a ilość „matrioszek” i ich uplasowanie może być wyjątkowo korzystne dla owego gracza. Tym powinniśmy się zająć. To jest właśnie sprawa dla kontrwywiadu i winna być realizowana zgodnie ze sztuką operacyjną, a nie jedynie poprzez czytanie biografii, którą bardzo łatwo jest stworzyć, opisałem to w artykule „Matrioszki”(czytaj) i na tej podstawie zakładanie czyjejś agenturalności.

Wydaje mi się także, iż wszyscy zaczęli działać tak, jak zakładał scenarzysta tej całej awantury.
Nie bronię nikogo. Po prostu, inaczej na to patrzę i staram się zrozumieć kontekst, a nie koncentrować się na najmniej istotnym, choć najjaskrawszym, szczególe. Może dlatego, że w takich sytuacjach przypomina mi się „Upadek Ikara” Breughla? A może dlatego, że nie potrafię uwolnić się od myślenia, które warunkowało mój ogląd świata przez wiele lat? Nie wiem. Warto jednak pomyśleć w ogóle.