Nie wiem, czy któryś z wysoko postawionych niegdysiejszych bojowników o wolność i liberalną demokrację pamięta słowa, którymi z lubością w głosie dzielił się ze słuchaczami młody Michnik i nieco mniej młody Kuroń – otóż wg Lenina państwo policyjne to takie, w którym policjant zarabia więcej od nauczyciela.

Tymczasem w III RP obie grupy zarabiają za mało. Mimo przewagi policyjnych wypłat.

Nie tak dawno przez Polskę przeszła epidemia „psiej” grypy, która dziwnym trafem położyła sporą część policjantów.

Na szczęście antidotum w postaci podwyżek pozwoliło zlikwidować wirus.

Do tego stopnia, że popularny wśród kibiców akronim CHWDP znalazł nowe wytłumaczenie:

Chorzy Wracają DPracy.

Nauczyciele chcieliby choć  trochę dorównać.

Najważniejszy związek zawodowy, działający w tym środowisku, jasno formułuje ekonomiczne cele protestu:

ZNP rozpoczyna Ogólnopolską Akcję Protestacyjną Pracowników Oświaty.

Żądamy wzrostu wynagrodzeń na poziomie 1000 zł od stycznia 2019 roku.

Jednocześnie zachęcamy nauczycieli do troski o swoje zdrowie.

Prosimy rodziców o wyrozumiałość. Jest to także protest o lepszą szkołę.

Zarobki nauczycieli zaczynają się od 1751 zł netto. Pensje nauczycieli muszą wzrosnąć!

Teraz!

Nauczyciele chcą protestować – tak wynika z ankiety przeprowadzanej przez ZNP od połowy listopada. W ankiecie zapytaliśmy nauczycieli o formę protestu, którą należałoby zorganizować w ramach walki o wyższe pensje. Wypełniło ją 230 181 osób. Najczęściej nauczyciele wskazywali na akcję podobną do protestu policjantów (93 tys.) oraz na strajk w formie strajku ogólnopolskiego, lokalnego, włoskiego (łącznie 102 137). Nauczyciele mogli też zaproponować inne rozwiązania protestacyjne, co też bardzo liczne zrobili.

Wyniki ankiety ZNP oraz wczoraj zainicjowana – oddolna akcja nauczycieli – pokazują, jak bardzo pedagodzy są zdeterminowani. Dzisiaj z powodu niskich pensji doświadczeni pedagodzy odchodzą z zawodu. W wielu szkołach i przedszkolach brakuje nauczycieli.

Obradujący dziś Zarząd Główny ZNP podjął decyzję w sprawie protestu. Domagamy się realnego a nie symbolicznego wzrostu wynagrodzeń na poziomie 1000 zł od stycznia 2019 roku.

Zachęcamy także nauczycieli do dbania o swoje zdrowie.

https://znp.edu.pl/ogolnopolska-akcja-protestacyjna-pracownikow-oswiaty/

Wg danych dostępnych na stronie www. Ministerstwa Edukacji Narodowej

W roku szkolnym  2016/2017 było 673 323 etatów, zaś w 2017 r. było ich 691 000. Wzrosła również liczba nauczycieli, która w roku szkolnym 2017/2018 wyniosła 694 636, czyli o 10 139 więcej niż rok wcześniej.

https://www.gov.pl/web/edukacja/rok-szkolny-20182019-niepodlegla-drugi-rok-wprowadzania-zmian-w-systemie-edukacji

Do dalszych rozważań przyjmijmy więc liczbę etatów.

Gdyby faktycznie rząd spełnił żądania nauczycieli artykułowane przez Sławomira Broniarza i jego związkowców to wówczas uchwalony już budżet na 2019 rok zostałby obciążony dodatkową kwotą

1.000,- zł x 691.000 [etaty] = 691.000.000,- zł miesięcznie

12 x 691.000.000,- zł = 8.292.000.000,- zł rocznie

To jednak nie koniec.

Powyższa kwota powinna być powiększona o składki ZUS w części płaconej przez pracodawcę.

Po kolei:

Emerytalna – 9,76 %

Rentowa – 6,50 %

Wypadkowa – 1,80 %

Fundusz Pracy – 2,45 %

Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych – 0,10 %.

W ten oto sposób dochodzimy do 20,51 %.

O taką kwotę musimy więc podnieść sumę rocznych podwyżek, o jaką walczy ZNP niespełna rok przed wyborami parlamentarnymi.

8.292.000.000,- zł * 1,2051 = 9.992.689.200,- zł

Tymczasem sztandarowy program rządu PiS, czyli tzw. 500+ to około 24,5 mld zł rocznie (2018).

https://tvn24bis.pl/z-kraju,74/koszt-programu-rodzina-500-plus-w-2018-roku-komentarz-rafalskiej,805410.html

Czy stać nas na kolejny wydatek?

Zanim jednak ktoś odpowie na to pytanie w sposób zdecydowany zastanowi się przez chwilę.

Kwota 1000,- zł to kwota brutto.

W niej tkwią niczym miny na dnie otwartego morza daniny na rzecz Państwa.

Pomińmy podatki, ale zatrzymajmy się nad wiecznie głodnym i nienasyconym tworem biurokratycznym, wymyślonym ongiś przez kanclerza Bismarcka.

Nad ZUS.

W dowolnej kwocie wynagrodzenia brutto oraz składek ZUS obciążających pracodawcę zawarte są składki na ubezpieczenie emerytalne – 19,52%, ubezpieczenie rentowe – 8%, chorobowe – 2,45%, wypadkowe 1,80%, zdrowotne – 9%. A także Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych – oba razem 2,55%.

Czyli 43.32% (liczone od wynagrodzenia brutto).

Podwyżka 8 miliardów 292 miliony zł brutto oznacza, że kwota 3.592.094.400,- zł trafi do ZUS.

To jeszcze nie koniec.

Podwyżki są opodatkowane.

Tyle, że netto.

Po odjęciu od kwoty podwyżek części składek płaconych przez pracownika, kosztów uzyskania przychodów, części składki zdrowotnej to, co zostanie, mnożymy przez 18%.

I otrzymamy kolejną państwową daninę, czyli podatek. Przy czym koszty uzyskania przychodów możemy sobie darować, gdyż chodzi o podwyżkę, a to znaczy, że już zostały odliczone.

Mniej więcej byłoby tak:

8.292.000.000,- zł * (1-0,0976-0,015-0,0245) = 7.155.166.800,- zł

Ostatnią kwotę zmniejszamy jeszcze o 7,75% (część składki zdrowotnej odliczana od podatku) i mamy wreszcie kwotę do opodatkowania.

6.600.641.373,- zł.

Kolejna danina dla Państwa to 1.188.115.447,- zł.

Zatem netto nauczyciele żądają

7.155.166.800,- zł * 0,91 – 1.188.115.447,- zł = 5.323.086.341,- zł

 

Tak naprawdę realna podwyżka wyniesie nie 1000,- zł, a jedynie 642 zł (w przeliczeniu na etat).

Więcej niż połowa tego trafi do ZUS.

Gdyby więc sprawę rozpatrywać w kategoriach netto widzimy, że nauczyciele żądają niespełna 22% środków przeznaczonych na program 500+ w 2018 roku.

To tylko jedna strona medalu.

Po komunie odziedziczyliśmy państwo z systemowym dławieniem popytu wewnętrznego.

Telewizor kolorowy, na który trzeba było oddać wielokrotnie więcej średnich miesięcznych pensji niż za samochód małolitrażowy w Niemczech zachodnich był tego najbardziej jaskrawym przykładem. Tak było za najbardziej prozachodniego Edwarda Gierka.

PRL i cały Układ Warszawski miały przynajmniej na usprawiedliwienie to, że szykowano się do wielkiej wojny w obronie pokoju, więc zamiast na masło trzeba było pieniędzy na czołgi i armaty.

Dokładnie tą samą drogą kroczyła Japonia po I wojnie światowej.

Radykalna zmiana nastąpiła po militarnej klęsce, kiedy zamiast dbać o to, by armia była uzbrojona po zęby zaczęto kombinować, by każdemu wystarczyło ryżu.

Tymczasem Polska ponad pokolenie temu wkroczyła na drogę budowania kapitalizmu, a jedyny efekt to ten, że nawet płace w Chinach zaczynają doganiać nasze (stan na 2015).

Pamiętamy jeszcze oburzenie, z jakim ówczesny guru ekonomiczny Ryszard Petru grzmiał przeciw programowi 500+.

Jego zdaniem to pisowskie rozdawnictwo groziło scenariuszem greckim.

Podobnym mędrków było więcej.

Der Onet, gazeta.pl i inne równie wiarygodne media co chwilę opisywały patologie wywołane tym antypolskimantyeuropejskim „rozdawnictwem”.

Gdyby były konsekwentne powinny również dziś pisać o nauczycielach, którzy strajkują po to tylko, by zdobyć pieniądze na piwo i np. dopalacze.

Tymczasem życie pokazało, co naprawdę znaczy 500+ dla społeczeństwa.

Latem tego roku byłem nad morzem. Polskim morzem. Pomiędzy kebabami w ilości na kilometr nadmorskiego bulwaru niespotykanej nawet w… Turcji udało mi się wypatrzeć małą, lokalną smażalnię ryb.

Już po drugiej wizycie zaprzyjaźniłem się z właścicielem.

Jego zdaniem mali i drobni przedsiębiorcy powinni ustawić się w kolejce na Nowogrodzkiej i czekać cierpliwie na Prezesa.

Po to tylko, by złożyć mu osobiście podziękowania.

500+ bowiem pozwolił na to, by nad morzem pojawili się również ci ubożsi. A więc ci, którzy korzystali z takich lokali gastronomicznych jak ten, który odwiedzałem. Bogaci bowiem tam nie zachodzą, choć ryby ma świeżutkie, prosto z morza a nie głęboko zamrażane gdzieś tam nad Morzem Chińskim a następnie przewożone tygodniami do Polski, co oferują knajpy z przyciemnionymi szybami i klimatyzacją.

Tylko u niego obroty w porównaniu do stanu sprzed wprowadzenia 500+ skoczyły o jakieś 30 – 40 %.

To samo odczuli właściciele małych sklepów, pensjonatów.

Tak samo stało się w głębi kraju.

500+ dało impuls do utrzymania na powierzchni małych rodzinnych przedsiębiorstw, które lada moment upadłyby zdławione przez sieciówki w rodzaju Lidla, Biedronki czy Aldi’ego.

Podwyżka dla nauczycieli będzie miała ten sam skutek.

Nie mówiąc już o zasileniu ZUS kwotą, która będzie jego własnym przychodem, a nie kolejną dotacjo-pożyczką z budżetu.

Pora najwyższa zrozumieć, że zaciskanie pasa po to, by na około wszyscy inni mieli z nas korzyść prowadzi donikąd.

Jestem więc za nauczycielami.

Jestem także za pracownikami ZUS, którzy zarabiają jeszcze mniej, niż wspomniani wyżej.

Oni jednak zamiast strajku odchodzą coraz wyraźniej do sieciówek, gdyż nawet na kasie można więcej zarobić niż mając wyższe wykształcenie i 25 lat stażu w największej biurokratycznej instytucji świata.

Państwo jest tak bogate, jak jego obywatele.

Mówienie o walce ze smogiem, nakładanie na ludzi kar za to tylko, że powodowani biedą palą czym popadnie, a nie drogim i dobrym węglem z naszych kopalń nieco przypomina westchnienie pewnej arcybogatej pani – nie mają chleba? Niech jedzą ciastka.

Nic nie da nawet najbardziej uczony wywód o pozytywnych walorach zdrowej żywności, gdy z trudem stać na żywienie się najtańszymi wyrobami z Biedronki.

Na nic najbardziej ekologiczne rozwiązania w nowym samochodzie, skoro za jego cenę mogę kupić sobie 6-8 starych.

Smog itp. jest wytworem biedy, a nie kaprysem społeczeństwa.

Nie ma innej drogi.

Popyt wewnętrzny musi rosnąć szybciej, niż następuje wzrost gospodarczy.

A wszelkie mówienie o tym, że „dodruk” pieniądza może pobudzić inflację w sytuacji, gdy tylko 13% środków płatniczych na rynku pochodzi od Państwa, cała reszta zaś została wykreowana przez komercyjne banki, jest tylko próbą wmówienia społeczeństwu, że musi trwać na kolanach.

Jak widać odpowiedź na pytanie czy stać nas na kolejny wydatek? jest tożsama z odpowiedzią na inne:

Czy Polska ma być rezerwuarem taniej siły roboczej czy też zgodnie z ogłoszonym nie tak dawno planem Morawieckiego po 25 latach marazmu i wygaszania gospodarki wreszcie odbije się od dna i zacznie stawać się normalnym państwem?

Rządzący niech się nie łudzą. Nauczyciele to nie jest ostatnia grupa, która będzie domagać się podwyżek.

Zacierający zaś rączki z nieukrywaną radością Schetyna zapomniał już, że jednym z największych strajków przed upadkiem rządów PO-PSL była wielka manifestacja 18 kwietnia 2015 roku, a więc jeszcze wtedy, gdy opozycyjni „intelektualiści” uważali za niemal pewne zwycięstwo Bronisława Komorowskiego w nadchodzących wyborach.

Manifestacja początkowo miała być organizowana tylko przez ZNP.

Jednak z czasem dołączyły się inne związki.

Lewicowość związku zawodowego (każdego!) jest bowiem jego immanentną cechą.

Tak samo, jak występowanie przeciw władzy obojętnie, jaka by ona nie była.

Bo bronić mają ludzi pracy przed władzą, a nie występować jako kolejny organ tejże.

19.12 2018

.

.